Smutno, smutno mi.

Październik 16, 2018

Obudziłam się o piątej rano i w ciemności,
gdy jeszcze byłam bezbronna dopadła mnie świadomość,
straszna świadomość, że dziś jest ten pierwszy dzień,
gdy nieodwołalnie zostałam sama.
Karolcia wyleciała wczoraj do Manchesteru,
a Gusia pojechała do Wrocławia.
Obecność Karolci przez ostatni miesiąc
jakoś osłabiła siłę rażenia tego pierwszego dnia października,
było dużo zamieszkania, harmider, ciągły ruch,
tak uśpiła się moja czujność i dziś nie byłam przygotowana.
Smutno, cholernie mi smutno.
Nie dlatego, że ich nie ma w domu,
ale dlatego że ich powroty do domu
to już nie będzie zwykły powrót z wakacji na stałe.
Tak, tak, wiem, ta cholerna pępowina i dodawanie skrzydeł
i dzieci się chowa dla świata,
i co tam jeszcze… tak, ja przecież to wszystko wiem.
Ale nie wie tego ta moja tęsknota,
tępa dzida której nie da się racjonalnie niczego wytłumaczyć.
Pies osowiały, koty zdezorientowane,
wsadziłam jeden kubek i talerzyk do pustej zmywarki.
***
Nie pisałam, bo nie miałam czasu.
Moje dziewczyny jakoś tak są bardzo czasochłonne.
A działo się dużo, oj dużo.
Dzień przed wyprowadzką Gusi do Wrocławia
pokłóciłyśmy się wszystkie trzy tak bardzo,
że one nie miały już matki,
a ja córek i oczywiście każda z nas
w tej właśnie chwili w to właśnie wierzyła.
Przy czym dodać należy,
że zaciekle zwalczające się obozy były dwa- ja i one.
(Niestety, wpajając w moje córki przekonanie,
że mają być dla siebie oparciem i ostoją w życiu
sama podcięłam swój własny konarek,
bo jak jedna stoi w opozycji do mnie, to druga natychmiast jej broni,
a kto ma bronić mnie przeciwko nim?)
Pogodziłyśmy się w czasie pozwalającym na zachowanie godności,
czyli niemal bezwłocznie.
Kłótnia stulecia oczyściła napiętą atmosferę,
każda z nas przeżywała wyjazd Gusi,
a jak nie wiadomo
o co chodzi, to właśnie o to chodzi.
Guśka na razie stawia się w domu na każdy weekend do poniedziałku,
liczba jej wrocławskich znajomych lawinowo rośnie,
jest zadowolona i widzę, że jej się to studiowanie podoba.
(Studia jakby nie dały jeszcze o sobie znać).
A ja miałam mnóstwo radości urządzając jej ciepłe gniazdko,
choć musiałam się na początku zmagać z oporem materii
( -Mamo, robisz ze mnie księżniczkę!
– A co, nie jesteś? ).

***
Potem dodam parę zdjęć, przed i po.
Ciężko było zniwelować efekt nijakiej łazienki
i wściekle żółtej rolety w oknie, nie wspominając
o żółtych kwadratach na szarej wykładzinie.
Ale myślę, że się udało.
Jeżeli ktoś myśli inaczej,
to przecież mu nie zabronię:))
Ale niech pamięta- w ścianę nie można było wbijać gwoździ,
a odkrycie świata gwoździ bez wbijania jest jeszcze przede mną.
Na razie miłego dnia,
spróbuję ukoić się kubkiem latte
i wtulaniem w kocio-psie futerka.
Li

Reklamy

Maksymalne pragnienie mimalizmu.

Wrzesień 17, 2018

Niespodziewanie jutro przylatuje Karolcia, prawie na miesiąc!
Oddała promotorowi swoją pracę magisterską,
której tematu nawet nie usiłuję zrozumieć,
ale brzmi bardzo mądrze, haha.
W związku z powyższym radosnym wydarzeniem
poniedziałek zaczęłam od pracy fizycznej,
bo musiałam przekopać się przez rzeczy
pracowicie gromadzone przeze mnie w pokoju Karoliny.
Jest tam składowisko walizek, stary leżak,
suszarnia i składowisko prania,
które leży już tak długo, że trzeba je prać drugi raz.
W domowych robotach mam miszcza,
zaprawdę powiadam Wam,
jak już zostanę sama,
to zredukuję ilość rzeczy do absolutnego minimum.
Albo przynajmniej sobie o tym pomarzę!
Li.


Święta lista.

Wrzesień 16, 2018

Pokój Gusi w akademiku ma 16 metrów,
ale gdy zrobiłam listę „rzeczy niezbędnych do kupienia”,
to podzieliłam go na
kuchnię, łazienkę, salon, sypialnię i pokój do pracy.
(Wówczas 60 pozycji listy jakoś razi mniej, haha…).
Zadanie nie jest łatwe.
Mocny, nasycony kolor żółtej rolety w oknie
i żółte kwadraty na szarej wykładzinie
(w dodatku szarej z kroplą niebieskiego, nie cierpię tego odcienia)
nie dają pola do popisu.
Wyposażenie wnętrz zaczęłyśmy od rzeczy najważniejszych-
kupiłyśmy cotton balls,
a potem poszewki (białe w złote kółeczka) na ozdobne poduszki,
bo wiadomo że poduszki w dużych ilościach muszą być.
(Będą podpierać plecy, spracowane podczas długich godzin nauki).
Rzeczą niezbędną była też złota patera, złote doniczki
w  charakterze pojemników na długopisy i piękne złote świece,
dobrze będą prezentować się na parapecie.
Złote dodatki niebanalnie przełamią biurowość wnętrza,
będą tajemniczo migotać wieczorami
i w ogóle będą Guśce bez przerwy przypominać mamusię
– miłośniczkę złotego rozświetlacza:)
Można poszaleć, zaprawdę powiadam Wam.
Czarne ozdobne lusterko z Ikea też przemaluję na złoto.
Szukam teraz jakichś przerysowanych złotych,
wręcz barokowych, a nawet rokokoko ram na zdjęcia na ścianę.
Niezbędny jest też jakiś szalony obraz do łazienki.
Łazienka jest paskudnie nijaka,
będzie mieć więc dodatki w kolorach pastelowego różu z szarością,
to prawie jak w domu.
Kolorystycznie jesteśmy rygorystyczne-
różowa szczotka do WC powala subtelnością odcienia,
kosz na pranie jest klasyką różowej pasteli,
dywanik łazienkowy ma odcień minimalnie mocniejszy,
a ręczniki są słodkie jak lukier.
Kontrastowa będzie zasłona do prysznica-
jest zgaszoną wariacją na temat rozgryzionej jagody.
Mamy zabawę, a zabawa osłabia rodzące się tęsknoty.
Przed nami jeszcze kilkanaście pozycji,
a potem zostaną jeszcze do kupienia rzeczy z drugiej listy pod tytułem:
„Produkty dla Gusi, żeby nie umarła z głodu i pragnienia”,
na pierwszym miejscu jest wybór herbatek,
bo jak jest dobra herbatka,sok malinowy od babci Misi
i dużo cytryny to jest prawie jak w domu.
Tu stanęły mi w oczach łzy, ech..
Li.
PS. Wiadomo, że będą zdjęcia przed i po.
Widok szczotki do WC w charakterze różowego dodatku-bezcenny.


Po piątku zawsze jest sobota, tego na szczęście jeszcze nikt nie zmienił.

Wrzesień 14, 2018

Wiadomo, że czas leci nieubłaganie,
a jednak nie mogę uwierzyć,
że moje małe, słodkie Gusiątko z blond loczkami
jest już dorosłą kobietą,
że zrobiła prawo jazdy i jeździ autem.
Dziś po raz czwarty pozwoliłam jej pojechać samej,
bez mojej denerwującej asysty na siedzeniu pasażera.
Pojechała z Karą i Saszą do weta,
a potem przyjechała po mnie pod sąd.
Myślę, że ma za sobą jakieś 1500 km,
jeździ coraz lepiej, ale to nie znaczy
że ja – matka kwoka-mniej się denerwuję.
***
Znowu nad miastem wisi ta szczególna chmura
pod którą nieruchomieje powietrze.
Siedzę przy moim oknie z widokiem
i ani listek się nie porusza.
Przed chwilą odwiedził mnie Mecenas, wszedł przez okno,
podstawił łepek, pomruczał i tyle go widziałam.
Zezuś doszedł do siebie, znowu szaleje po murkach,
ale przynajmniej wiem, gdzie go w razie czego szukać.
Piątek, piątunio!
Ale mus pracować, mus.
Za to będę mieć piękny wieczór,
czego i Wam życzę!
Li.


Czy osoby takie jak ja powinny mieć zwierzęta? Zaznacz tak, lub nie.

Wrzesień 13, 2018

W komentarzu pod poprzednią notką przeczytałam,
że jestem zbyt zajęta, by mieć zwierzęta.
Nie przejęłam się rzecz jasna tym kategorycznym stwierdzeniem,
bo jednak -mimo najwidoczniej stworzonych przez bloga pozorów-
mam poczucie odpowiedzialności.
A może jednak?
Bo jest tak:
Psa wzięłam ze schroniska, ot, zwyczajny kundel,
każdego z czterech kotów z jakiejś strasznej kociej bidy.
Kara uwielbia chodzić ze mną do pracy.
Koty zasadniczo są mało wymagające,
bo ileż czasu trzeba poświęcić na
wyczyszczenie kuwety dwa razy dziennie (ideał),
podanie do stołu trzy razy dziennie (minimum),
pieszczoty i głaskanie co najmniej godzinę dziennie,
z tym że dla Bobcia zawsze razy dwa,
szczotkowanie raz w tygodniu (ideał),
wizyty u weta raz w miesiącu (norma), itp., itd.
Rzeczywiście osoby takie jak ja nie powinny mieć zwierząt.
Pies powinien zostać w schroniskowym boksie,
oooo jak bardzo nie byłoby problemu.
Sasza powinna zostać w miocie z martwą matką,
też już byłaby martwa, nie byłoby problemu.
Szary na wieki powinien zostać w pudle omotanym sznurkiem,
w lesie koło Swoszowic, nie byłoby problemu.
Bobcio mógł spokojnie bytować na zaniedbanych działkach,
z jego problemami z dziąsłami i zębami mógłby nauczyć się jeść trawę,
pewnie już by nie żył, nie byłoby problemu.
Boluś, mój ukochany Boluś na swoje (nie)szczęście
został znaleziony przez Gosię,
wyrzucony jak śmieć, był na krawędzi życia i śmierci.
Po co go znalazła? Po co ratowała?
Mógłby już nie żyć, nie byłoby problemu.
Mam piątkę zwierzaków, które w moim domu są królami życia.
Śpią gdzie chcą, mają 150 metrów do codziennego obejścia,
mają 25- metrowy taras, okupują go do późnej jesieni.
Są kochane,karmione, pieszczone,
mają wybaczone wszelkie szkody i tony sierści.
Wybaczam nawet jakieś siki po złości (celuje w tym głównie Szary).
Gdy przychodzę do domu to cała piątka
wita mnie przy drzwiach z podniesionymi ogonkami,
gruchają, mruczą, patrzą z miłością, ocierają się,
śpią na mnie, wtulają się, ufają.
No i z tego że czasem mnie nie ma w domu cały dzień?
Mają siebie!
Mają dom, ciepło, mięciutko, miski pełne, czasem zapolują na muchę,
zawsze na ćmy, rozniosą dla draki każdy bukiet żywych kwiatów,
żwirek znajduję w najodleglejszych kątach,
to są szczęśliwe koty i szczęśliwy pies.
Li.


Szukam zrozumienia i pocieszenia.

Wrzesień 12, 2018

Gusia poleciała na kilka dni do Berlina,
a ja teoretycznie mam więcej czasu.
Gdzie ten czas, pytam?
Wczoraj wyszłam z domu o ósmej rano, wróciłam po północy.
Czekała na mnie armia obrażonych zwierzaków
i taras w wiadomym stanie,
nawet nie mogę mieć pretensji do psa.
Wrzesień oszalał i wbiegł w dwunasty swój dzień,
a ja nawet nie zauważyłam pierwszego.
Wstałam o szóstej rano i jestem głęboko nieszczęśliwa.
Dobrze, że mam bloga, bo na pewno
ktoś mnie pocieszy:)
Li.


Jak zdjęcie satelitarne uratowało życie czarnego kota

Wrzesień 10, 2018

Historia swój początek miała pewnie z piątku na sobotę tydzień temu,
bo gdy w sobotę rano sadziłam michałki i wrzośćce,
to czarnego Zezusia już nie widziałam.
zez1
Asystował mi tylko Mecenas z Bandytą.

zez2
W niedzielę wpadłam na chwilę do pracy,
kotów w ogrodzie nie było, ale słyszałam miauczenie.
(Miaukot jak miaukot).

zez3
W poniedziałek przed wyjazdem do Wrocławia koty karmiła Gusia
i ten miaukot ją zaniepokoił.
A JA TO ZLEKCEWAŻYŁAM.
W pracy nie było mnie do czwartku.
W czwartek dwa koty czekały na mnie przy oknie,
ale czarnego nadal nie było.
Zaczęłam go wołać, nie przyszedł,
ale gdzieś w oddali znowu usłyszałam miaukot,
tylko jakby słabszy.
ZNOWU TO ZLEKCEWAŻYŁAM!
(CHOĆ ZIARNO NIEPOKOJU ZOSTAŁO ZASIANE).
W piątek kotów nie było, zawołałam je,
po moim głosie natychmiast odezwał się miaukot
tak pełen bólu i rozpaczy,
że zaczęłam działać, bo byłam już pewna,
że Zezuś musiał wpaść w jakieś tarapaty.
Na akcję zabrałam ze sobą kancelaryjnego kolegę R.,
sceptycznie nastawionego
(bo niby ja robię rumor i podnoszę larum-bezpodstawnie.
R. należy do tej grupy ludzkości,
która jest przekonana,
że koty zawsze spadają na cztery łapy.
Wybaczam mu, bo bardzo go lubię, jak Skorpion Skorpiona,
jesteśmy urodzeni 4 listopada, on zaledwie 24 lata później).
Poszliśmy za mur, zza którego do nas przychodzą koty.
Jest tam restauracja „Kiełbasa i Sznurek”,
jak nazwa wskazuje grasowała tam Magda Gessler.
(Co jej przeszkadzało we wcześniejszej nazwie „Cudawianki”?).
Z ogródka restauracji można było zobaczyć więcej niż z naszego ogrodu,
miaukot dobiegał zza wysokiego muru, nieznanego mi wcześniej.
No i zaczęliśmy naszą odyseję po kamienicach przy ulicy św. Marka.
Jak już udało nam dostać się na podwórko
(a uwierzcie, w tych pięknych kamienicach mało kto mieszka,
na dwadzieścia domofonów, odzywał się jeden,
to po wysokim murze i kocie nie było śladu.
Po penetracji wszystkich podwórek opadły mi ręce.
I wtedy wpadłam na pomysł, by włączyć Google Maps.
Kamienica przy Marka 8 jest ogromna, ma piękny dziedziniec z oficyną.

zez9
Byliśmy na nim wcześniej.
Dopiero na zdjęciu satelitarnym zobaczyłam, że oficyna
ma malutkie podwóreczko, otoczone wysokiem murem,
na zdjęciach to wygląda jak cień,
a było to ostatnie  możliwe miejsce, gdzie mógł być kot.

zez4

Kot na mój widok zapłakał, a ja razem z nim.
Znaleźliśmy żywy szkielet, który nie miał szans wydostać się z pułapki- podwórka głębokiego jak studnia.
Nie wiem jak on tam wpadł, cud że się nie połamał.

zez5

zez7zez8

zez6

Biedak musiał tam  tkwić conajmniej tydzień.
Na szczęście we wtorek było urwanie chmury,
więc przynajmniej mógł  napić się wody,
choć na pewno nie miał gdzie schować się przed ulewą.
Nie chcę myśleć, jak się bał i nie chcę myśleć jaka czekałaby go śmierć.
Nie mogę uwierzyć, że nikt z tej kamienicy,
ani z kamienicy obok nie słyszał jego płaczu,
skoro ja go słyszałam z dużo większej odległości.
Na tym podwóreczku jest tylko trzepak,
a kto teraz trzepie dywany?
Tam pewnie nikt nie wchodzi!
Kot ma zdarte pazury, próbował wdrapywać się na mur.
Zezuś ma zeza, podejrzewam że słabo widzi,
na pewno to nie pomaga w skakaniu z murku na murek.
Nie mogę sobie wybaczyć, że nie zaczęłam go szukać wcześniej,
o ile mniej by cierpiał.
Mam poczucie, że go zawiodłam, bo on przecież mnie wołał!
Dochodzi teraz do siebie, dziś wygłaskałam go przepraszająco,
mam ogromne poczucie winy, ogromne,
zawiodło mnie moje serce matki, choć R. twierdzi,
że właśnie ono uratowało Zezusia.
No i ukłon dla Googla, gdyby nie ich zdjęcie satelitarne,
nie znalazłabym tej sieroty.
Li.
PS. A we Wrocławiu było świetnie, wszystko tak jak trzeba.


Październik już się zbliża, już puka do mych drzwi.

Wrzesień 2, 2018

W weekendy śniadania jadamy „na mieście”.
Kraków potrafi gastronomicznie rozpieścić, zaprawdę powiadam Wam.
Mamy listę, którą po kolei realizujemy,
ale są miejsca, do których regularnie wracamy, tak jak dziś do „Handelka”.

I śniadanie było w  ostatniej, leniwej godzinie
pędzącej do poniedziałku niedzieli.
Gusia poszła do swojej ciężkiej pracy kelnerki w „Miyako Sushi”,
a ja postanowiłam rozpocząć mozolną wspinaczkę na stos prania,
swoją Golgotę, a wręcz prywatne Himalaje,
wiecznie rosnącą górę- świadectwo nierównowagi
pomiędzy szalejącą codziennie pralką
i obsesją na punkcie kociej sierści,
a rzadko używanym żelazkiem.

Jutro rano jedziemy z Gusią do Wrocławia.
Musimy obejrzeć to, co wynajęłyśmy przez internet,
na ekranie wygląda nieźle.
(Gdy pomyślę o akademikach z czasów moich studiów…:))
Ale pokój musimy ocieplić, urządzić, udomowić,
kupić mnóstwo drobiazgów,
dużo herbatek, specjalne akademikowe kubeczki,
jakieś przytulności, to będzie jej dom, i jak ja to zniosę…
Dobrze, że Karolcia przyleci na koniec września
i zawieziemy to nasze dziecko razem.
I zostawimy też razem.
Nie będzie tylko na mnie :)
Li.
PS. Przesadziłam z linkami?

 


Im więcej magistrów, tym mniej kultury.

Sierpień 31, 2018

Grabowski

Jaki(e) trafne!
Sytuacja polityczna nabrzmiała już tak bardzo,
że obchodzą mnie wybory na Prezydenta Warszawy.
Moi dziadkowie ze strony ojca i siostra ojca pochowani są w Warszawie
i są to moje jedyne wątłe więzi z tym miastem.
(Poza mieszkającymi tam przyjaciółmi).
Ale mam taką alergię na Patryka Jakiego,
że burzy się we mnie ta mała cząstka warszawskiej krwi.
Co za … , no!

Li.


Wersja nocna

Sierpień 30, 2018

noc2

Noc1

W nocy od strony ogrodu jest tajemniczo i trochę bajkowo.
Kiedyś, w naszych pierwszych kancelaryjnych
dniach w tym miejscu,
zostałam już sama, coś tam jeszcze sobie dłubałam,
kręciłam się, układałam,
nagle zobaczyłam za oknem jakąś wielką, ciemną postać.
Serce stanęło mi w gardle, strach natychmiast spętał zdrowy rozsądek,
zanim skonstatowałam, że to swoje odbicie widzę w szybie,
minęło kilka straszliwych chwil.
W dodatku miałam w ręce długi nóż, którym rozcinałam paczki…

***
Po 12 godzinach wyczołguję się z pracy w ciemną noc.
Idę na pożegnalną kolację- Starsza jutro wraca do Anglii.
Trzy tygodnie minęły tak szybko!
Zamówimy butelkę wina i jutro będzie futro,
płacz i rozpacz.
Oczywiście, że  to tylko ja będę szlochać,
to jest silniejsze ode mnie,
absolutny brak opanowania.
Li.


Spokojny ogród w centrum Starego Miasta.

Sierpień 30, 2018

ogród2
Ogród jest tylko nasz.
Króluje w nim stary orzech obrośnięty bluszczem.
Orzech to egoista, mało co urośnie w jego pobliżu.

Ogród1
Największą ozdobą ogrodu są trzy koty- Mecenas, Zezuś i Bandyta.

ogród9
Koty mieszkają w piwnicy posesji za murem,
ich Pani jest nawet prawdziwą hrabiną,
ale nie dba o swoje zwierzaki.
Mamy więc na stanie dochodzące stado,
które codziennie
(z sobotami, niedzielami i wszelkimi świętami!)
czeka na moje przyjście
z pyszczkami przyciśniętymi do szyby,
jestem bowiem ich jedyną karmicielką.
Pani hrabina uważa, że koty wykarmią się same (piwnicznymi szczurami),
nawiasem mówiąc trudno odmówić jej racji,
skoro załatwiły sobie stołówkę u mnie-
i tak już dzień w dzień od dwóch lat.
Koty na początku bardzo nieufne,
teraz wskakują bez pardonu przez okno,
moszczą się na kancelaryjnych fotelach
i bardzo im się to podoba.

ogród3

Ściana budynku jest godnie zapyziała, jak to w Krakowie.

ogród6

Kawa pita w ogrodzie ma magiczną moc-zatrzymuje na chwilę czas. Uwielbiam to!

ogród5

ogród4

ogród11

Mecenas uwielbia leżeć na ciepłym kamieniu, wyluzowany prawda?

Li.


Różem w szarość!

Sierpień 29, 2018

widok
Miałam pisać codziennie, ale czasem wpadam w taki konflikt z czasem,
że skupiam się wyłącznie na działaniach obronnych,
a blog zostaje daleko z tyłu, tam gdzie starcy, kobiety i dzieci.
***
Deszcz zawiódł i nie spadł.
Siedzę przy moim oknie z widokiem
i od czasu do czasu odrywam oczy od ekranu,
mam szczęście, że  wokół mnie jest  tyle piękna.
Patrzę na różowe szkło- a moja okienna szklana kolekcja ma w sobie bardzo miłą historię:
Otóż w kwietniu tego roku przydarzyło mi się nieszczęście,
(choć słowo „nieszczęście” jednym wyda się na wyrost,
dla mnie to było nieszczęście)-
w salonie odpadła ze ściany  niedawno powieszona półka z moimi zbiorami.
Z najładniejszymi i najcenniejszymi rozalinowymi karafkami!
IMG-20180624-WA0005
Fachowiec od siedmiu boleści powiesił ją na niewłaściwych dyblach.
Płakałam jak dziecko,
bo w szklany pył poszło tyle pięknych przedmiotów, takich unikalnych,
to straty nie do odrobienia, i nie mam na myśli wartości materialnej.
IMG-20180624-WA0007
Pożaliłam się spontanicznie komuś miłemu,
(ech- właściwie to moje żale słyszało pół świata).
Kilka dni później znalazłam w pracy na swoim biurku
piękną karafkę  i czekoladki.
Byłam tak zakręcona, że bezmyślnie postawiłam ją w oknie,
nawet nie zastanawiałam się skąd ta karafka, była i  już.

Takie czary.

Ale gdy tydzień później znalazłam na biurku dwa razy większą karafkę,
kieliszki i kolejne czekoladki,
to już wiedziałam,
że kryje się za tym jakaś tajemnica.
Biuro solidarnie milczało jak zaklęte,
ale znalazłam sposób, by złamać pewne słabe ogniwo,
farba została puszczona,
a raczej potwierdziły się
tylko moje domysły co do osoby ofiarodawcy.
Ofiarodawca jednak do dziś żarliwie zaprzecza,
i to jest takie urocze!
Bo ja wiem, że to On, a On wie, że ja wiem.
Te śliczne szkła tak cieszą oczy i tak pięknie filtrują/flirtują światło!
Nawet gdy jest szaro, to w moim oknie jest różowa łuna.
Li.


Wtorek-potworek.

Sierpień 28, 2018

Deszcz resztkami sił trzyma się krawędzi szarych chmur,
napinając do granic wytrzymałości próg bólowy w mojej głowie.
Powietrze lepkie i gęste od oczekiwania na ulgę,
plącze moje palce w bezproduktywnym stukaniu w klawiaturę.
Siedzę w pracy przy oknie z widokiem na szarość
i marzę o zapachu mokrych liści.
Odrętwiały umysł zdolny jest
li i jedynie do czynności ratunkowych,
piję więc kolejną kawę
i czekam.
Li.


Świat jest pełen znajomych znajomych.

Sierpień 27, 2018

Gusia studn

Im bliżej października, tym Gusia bardziej niepewna siebie.
Nie rozumiem tego, bo chodząc po tym świecie już tyle lat,
wiem że jedna rzecz się nie zmienia:
ładna, zgrabna i niegłupia blondynka
zawsze i wszędzie się odnajdzie lub zostanie znaleziona.
Mówię do niej- załóż wątek na forum,
albo poszukaj na fb ludzi ze swojego roku,
zagadaj, zrób pierwszy krok,
pewnie większość czai się tak jak Ty.
Ale to dziwne pokolenie
najbardziej na świecie boi się obciachu,
bo niby ktoś mógłby pomyśleć, że działa jak desperatka,
a tu trzeba trzymać fason,
udawać, że „samotność to moje drugie ja”.
Jednak, jednak przebiłam tę skorupę
i dziecko zalogowało się do grupy na fb „Prawo 2018”.
Nagle okazało się, że ma z wieloma ludźmi
ze swojego roku wspólnych znajomych-
czy to z Krakowa, czy sprzed lat
z wakacyjnych obozów we Włoszech czy w Bułgarii…,
to były stare, „nieużywane” kontakty,
ale opierające się przecież na wcześniejszej, realnej znajomości,
zawsze jest to jakiś punkt zaczepienia i pretekst do rozmowy.

Według teorii „sześciu kroków”
każdego z nas dzieli tylko sześć kontaktów
od dowolnie wybranej osoby na świecie.
Każdy zna kogoś,
kto przez swojego znajomego może dotrzeć do kolejnych osób
i w ten sposób, dzięki kolejnym sześciu kontaktom,
przeciętny Kowalski może przekazać liścik z pozdrowieniami Stingowi.
(A ja np. mogłabym przekazać pozdrowienia Trumpowi,
gdyby nie to, że nie poważam tego człowieka
i gdyby nie to, że wstydzę się, że znam Adriana).
Li.


Szuflada Agi i jej wpływ na pogrom moich moli.

Sierpień 26, 2018

szuflada a.
-Jak jestem zła, to sprzątam- powiedziała mi dziś B.,
której najbardziej na świecie zazdroszczę idealnego porządku w domu.
Idealnego, zaprawdę powiadam Wam, i-de-al-ne-go.
Musi być zła bez przerwy, bo u niej nie ma ani grama kurzu,
ani jednej niepotrzebnej rzeczy,
w garderobach jest jak w katalogu,
a w łazience, to już szkoda mówić.
Dlaczego, pytam z rozpaczą, dlaczego jednym się udaje,
a drugim- takim jak ja, nie?
Kocham porządek, a tak trudno jest mi go utrzymać.
Jestem porządkowym nieudacznikiem.
***
Na początku lipca byłam we Wrocławiu i nocowałam u Agi.
Widok jej szuflady z przyprawami doprowadził mnie prawie do łez.
(Powysyłałam zdjęcie do znanych mi nieperfekcyjnych gospodyń domowych.
A niech je szlag trafia, jak i mnie trafił:)
Wróciłam do domu bardzo zainspirowana.
Pewnego wakacyjnego popołudnia wzięłam się za kuchenne szuflady,
wyrzuciłam połowę ich zawartości,
zamordowałam zadomowione mole,
poukładałam alfabetycznie przyprawy,
byłam z siebie taka dumna!
Dziś szukałam majeranku,
długo szukałam,
znalazłam,
był pod „C”.
***
Obserwuję Szarego,  mojego dziewięciokilowego kocura.
Właśnie się obudził i leniwie przemieszcza z kanapy do miski.
Każdy krok jego cudownych, miękkich kocich łapek,
to kupka srebrnej sierści na niedawno odkurzonej podłodze.
(Nie ma to jednak żadnego związku z bałaganem w szufladach,
nie ma co się łudzić).
Zaraz pójdzie do kuwety i na tych cudownych łapkach
rozniesie żwirek po całym domu.
(Nadal jednak nie mogę znaleźć związku z bałaganem w szufladzie…)
***
A jak już zacznę sprzątać porządnie, wytoczę wielkie działa,
to nagle tracę rozpęd, ochotę i…
…wiadomo co:))
Li.


Po lekturze dzisiejszej prasy znowu mam odruch wymiotny.

Sierpień 24, 2018

Jakie znacie memy z Morawieckim?
Moje dwa ulubione:
1. Morawiecki trzymał do chrztu Mieszka I.
2. Gdy Alexander Bell uruchomił pierwszy telefon
miał już 3 nieodebrane od Morawieckiego.
:)))
***
Duch w narodzie nie ginie,
żeby tylko ten naród poszedł na wybory!!!
***
Li.


Będę wolną kobietą i muszę tylko uważać, by tą wolnością się nie udławić.

Sierpień 24, 2018

Rozpuściłam i rozpieściłam,
różnie więc bywało-czasem z tego drzewa zbierałam gorzkie owoce,
a czasem aż kapiące słodyczą.
Wychowanie to trudna sprawa zwłaszcza dla kogoś,
kto sam nie był właściwie wychowany
i żeby uprzedzić ewentualne zdumienie-
nie, nie chodzi o savoir-vivre.
Chodzi o życie, zwyczajne życie.
Miałam 14 lat, gdy moja matka wyprowadziła się z domu,
widywałam ją odtąd w weekendy i święta.
Zostałam z ojcem i dwójką młodszych braci.
Nauczyłam się wszystkiego- zajęć domowych,
gotowania, przykręcania kontaktu,
a jako wierna fanka MacGyvera potrafię wymyśleć coś z niczego.
Do tego moje dzieciństwo i młodość to czasy komuny,
ech… łezka się w oku kręci na wspomnienie proszku do mycia zębów.
Moja Gusia żyje w innej rzeczywistości-
niczego nie musiała zdobywać,
ani niczym nie musiała się przejmować.
Wszystko podane pod zgrabny nos.
A teraz nastąpi trzęsienie bezpiecznej ziemi,
bo dziecko wyjeżdża na studia do Wrocławia.
Będzie mieszkać sama.
Będzie musiała przeżyć.
Ogarnąć rzeczywistość.
Kupić jedzenie, przyrządzić posiłek, zrobić pranie,
powiesić, wyprasować, posprzątać, ułożyć,
pamiętać, kupić worki na śmieci, etc.
Starsza ogarnęła samodzielne życie w Anglii wręcz perfekcyjnie,
jest demonem porządku, organizacji
i jest świetnym ministrem własnych finansów.
Ma- jak to sama podkreśla- dwa oblicza.
Perfekcja w Anglii, brak perfekcji w domu,
widocznie w domu można byc sobą, haha…
W domu na szafce przy łóżku może mieć 5 kubków,
w Anglii gdy odstawiłam kubek nie na specjalną podstawkę,
miałam piekielną awanturę.
***
Najpierw rozpaczałam, bo co tak będę wracać do pustego domu.
A jednak rozum zwyciężył i zaczynam się cieszyć.
Zatęsknię to wsiądę w auto i po 3 godzinach u niej będę.
A może nareszcie, nareszcie, po 25 latach
będę żyła dla siebie, tak jak chcę.
A Gusia usamodzielni się, bo tylko tego jej brakuje
by stała się zdolna do dorosłego życia.
Jest inteligentna, ładna i dobra, da sobie radę.
A przede mną otwierają się wrota wolności,
przybywam!!!
Li.


Paul jest niezłą inspiracją, bo czy można nazwać go staruszkiem?

Sierpień 23, 2018

Oglądałam już parę razy i za każdym razem mnie wzrusza.
***
Dziś jest wielki dzień.
Nareszcie wzięłam się za busz na tarasie.
Przez te upały wcale nie chciało mi się na nim siedzieć,
w przeciwieństwie do ubiegłego roku, gdy rzadko z niego schodziłam.
Ale zmiana pogody dała mu szansę- przycinam, wywalam,
sadzę wrzośćce,
zrobiłam sobie wolny dzień w środku tygodnia,
może złapię jeszcze trochę lata jesienią.
Li.


11. Pozostać wiernym, choćby tylko samej sobie.

Sierpień 22, 2018

Przeczytałam ostatnio bloga, którego już w sieci nie ma,
czyli moją pierwszą „Licencję na bloga”, na Interii.
Rety, ale to były czasy, rok 2005, emocje rozpadu małżeństwa,
kobieta-koń (kto by pomyślał, że to już taka staruszka),
szaleństwa szalonej budowy domu na kamienicy w centrum Krakowa,
podróże i codzienna nieprzewidywalna karuzela.
I przede wszystkim ludzie, których już ze mną nie ma,
jak wiarołomna przyjaciółka,
której romans z Nemo wypłynął po latach
i prawie mnie staranował.
(Przeżyłam, choć szybko nabierałam wody
i cudem nie poszłam na emocjonalne dno).
Ludzie,  którzy wtedy byli dla mnie ważni,
a teraz nawet nie są nieważni, po prostu ich nie ma.
„Każda epoka ma swoje własne cele
i zapomina o wczorajszych snach”.
***
Moja Starsza mówi, że za bardzo przywiązuję się do ludzi,
a przecież od ludzi nie należy niczego oczekiwać.
Jak są to są, jak ich nie ma, to nie ma.
Walczę z tym jej poglądem.
bo jeżeli z kimś wiąże mnie przyjaźń,
to zawsze będę oczekiwać tego co daję sama-
lojalności, wierności i nieopuszczalności aż do śmierci.
To wcale nie jest za dużo, to zaledwie ramy  związku.
Wypełnieniem  jest wspólny śmiech,
spieranie się o wyższość wina nad piwem
i lubienie swoich wad.
***
Smutna prawda jest taka,
że prawdziwą wierność można dostać tylko od psa.
Li.


Od pogrzebu płynnie przechodzę do wakacji, bo takie właśnie jest życie.

Sierpień 21, 2018

Nie chcę pamiętać wczorajszego dnia.
Moja ukochana D. chowała ojca.
Byłam na pogrzebie, potem na stypie,
wróciłam, padłam, zasnęłam
i tyle było mojego poniedziałku.
Upał przekroczył zdolności adaptacji,
a zgrilowana na cmentarnej patelni,
marzyłam o piekielnym mrozie.
***
Przeniosłyśmy wakacje na wrzesień.
Nie znalazłam sensu dla wyjazdu z upału w upał,
z tłumu w tłum.
Poczekam do września,
niech będzie nareszcie jakaś korzyść
z braku dzieci w wieku szkolnym.
Miłego dla Was,
Li.


Twój internetowy wróg może mieszkać za ścianą, chodzić po tych samych schodach…

Sierpień 19, 2018

Niedzielę uczciłam przyjściem do pracy.
Perspektywa kilku dni wakacji
wymaga przed nimi wzmożonego wysiłku,
bo by odpocząć muszę zmęczyć się jeszcze bardziej,
taki paradoksik dzisiejszych czasów.
Ad rem:
Kiedyś, z siedmioma górami, za siedmioma rzekami,
w bardzo, bardzo zamierzchłych internetowych czasach
przejmowałam się negatywnymi komentarzami na swój temat.
Byłam naiwna, nie wiedziałam nic o internetowych trollach,
nie wiedziałam, że są ludzie, dla których internet jest
kanałem do wyrzygania swoich frustracji,
do dowalenia komuś,
nie wiedziałam, że można czuć się lepiej
robiąc komuś przykrość, świństwo i mieszać go z błotem.
Papier wszystko przyjmie, a monitor tym bardziej.
Miałam nawet momenty lekkiego załamania (o ja głupia!).
Miałam momenty, że przestawałam pisać,
bo świat wirtualny zaczął realnie wpływać na moje życie.
(A co na to Lec?
Anonim jest tylko wtedy dopuszczalny, gdy piszący go
rzeczywiście jest nikim
).
***
Ale życie pisze swoje scenariusze:
Miałam wielkiego, internetowego wroga.
Bóg jeden wie, ile razów od niej dostałam.
Nie będę pisać szczegółów, kto ma wiedzieć, ten wie.
Czułam do niej głuchą nienawiść, okropne uczucie,
bo jak można czuć nienawiść do nicka?
***
Osiem miesięcy temu byłam w O.
Po rozprawie siedziałam z towarzystwem w knajpce,
rozluźniona i zadowolona,
bo wynik rozprawy był po naszej myśli.
Siedziałam przodem do drzwi
i nagle podobno zrobiłam się blada, jakbym zobaczyła ducha.
Do do kawiarni weszła Ona.
Poznałam ją bez trudu,
bo jej zdjęcia podesłane przez życzliwych
wbiły mi się mocno w pamięć
(w internecie naprawdę nikt nie jest anonimowy).
Wstałam i bez zastanowienia do niej podeszłam.
***
29.12.2017.
Cześć Monika,
Piszę, bo ciągle nie mogę nadziwić się dzisiejszemu spotkaniu.
Gdzie jak
gdzie i z kim jak z kim – tego scenariusza nigdy nawet nie
przewidziałam. Faktycznie, świat jest mały.
Chciałam Ci tylko powiedzieć, że „na żywo” jesteś bardzo
pozytywna w odbiorze, co mnie trochę zdziwiło, bo obie wiemy,
jak się mocno „kochałyśmy”.
Stawiałam na jędzowatą, zadufaną w sobie
istotę, a tu zonk
:)))
Mam nadzieję, że tym samym topór wojenny został zakopany. Ja ze swej
strony przepraszam za wszystkie nieprzyjemności, jakich ode mnie
doznałaś. To było głupie i niepotrzebne.
A.
PS. I zobacz, Ty bywasz w O., a ja ostatnio dość często w
Krakowie. Ech, życie…

04.01.2018.
Cześć A.
i co ja mam napisać?
Odchorowałam ciężko Twoje akcje, ale to już dawno za mną.
Nie czuję żalu i autentycznie ucieszyłam się, gdy Cię zobaczyłam,
bo to dowód na to, jak mały i dziwny jest ten świat:)
I jak naprawdę niewiele trzeba, by się spotkać.
W O. byłam trzeci raz w życiu, rozwodziłam tam kogoś,
sprawę już skończyłam właśnie w piątek… ech…
ale i tak nie przestanę się dziwić.
Wszystkiego dobrego,
Monika
P.S. Zadzwoń, jak będziesz w Krakowie. Może zupełnie odetniemy się od przeszłości:)

05.01.2018.
Cześć,
No właśnie ja też się ucieszyłam, czemu zresztą dałam wyraz,
bo zaczęłam się do Ciebie tulić, o ile dobrze pamiętam…
bo nie wiem czy w tym zaskoczeniu
poplątanym z szokiem dobrze zapamiętałam.
Wiem tylko, że miałaś fajne perfumy :D
A świat jest naprawdę mały, tym bardziej,
że w tej kawiarni bywam bardzo, bardzo rzadko –
dosłownie raz na kilka lat – i umówiłam się tam tylko dlatego,
że dzieci mojej przyjaciółki z NY uwielbiają tamtejsze lody.
Myślę, że jeśli dojdzie do kolejnego spotkania, to już będzie łatwiej :)
Spokojnego dnia Ci życzę.
A.

***
Wczoraj pod moim postem o lekkim politycznym zabarwieniu
zaczęła pisać komentarze niejaka marula,
(nie)przypadkiem zwolennik pisownich metod niszczenia naszego kraju.
Wstrętne komentarze.
Ale wordpress ma cudowną funcję blokady i edycji komentarzy,
więc chętnie z niej skorzystałam
i będę blokować i kpić sobie z każdego,
kto będzie mnie obrażał.
Nie dlatego, że się tym przejmuję,
bo ja potrafię już z tego się śmiać.
Ale dlatego, że mam prawo wyboru czytelnika
i mam prawo wyrzucenia kogoś,
z kim mi nie jest po drodze.
Ja lubię wonności i perfumy, a nie szambo.
A straszenie mnie jest ryzykowne,
i to nie ja będę ponosić skutki tego ryzyka.
***
A o tym jaki świat jest mały napiszę jeszcze nie raz.
Mam wyjątkowe szczęście do takich historii.
Miłej niedzieli!
Li.


Niby o niczym, niby o głupocie, a we wszystko i tak wnika odór pislamu.

Sierpień 18, 2018

Nie miałam dziś dobrego dnia,
bo wisząca nad miastem ciężka chmura
zabrała mi szansę dobrego samopoczucia.
(Nie wykończy mnie życie, a wykończy mnie meteopatia).
Przelewam się między godzinami, zasypiam,
budzę się, patrzę z ulgą na deszcz,
potem znowu zasypiam, wieczorem odzyskuję moje życie,
ale sobota spisała się na straty.
***
Ocalony wieczór chciałabym podlać winem,
dla koloru,
ale co tak będę sama pić,
(choć podobno Ty plus wino, to już para).
Życie towarzyskie zamarło sierpniowo i w ogóle,
ludzie pozagrzebywali się w domach,
tych pozornych kokonach bezpieczeństwa,
wyczekują na zmianę, ale czy cokolwiek się zmieni,
jeżeli nikogo nie będzie na ulicznych barykadach?
***
Nie mogę swobodnie zadzwonić do mojej przyjaciółki sędzi,
bo jesteśmy podsłuchiwane,
gadamy więc o głupotach,
nie wchodząc na ważne tematy,
pytam, czy jest to normalne w XXI wieku
w rzekomo demokratycznym kraju?
Li.


Wieczorna realizacja potrzeby potrzebności.

Sierpień 17, 2018

Piątek ujął mnie końcem tygodnia.
Uzbrojona w pewność soboty mogę zwolnić
i całkiem spokojnie wypić herbatkę z rumianku i gruszki.
(Takie cuda są w Lidlu).

A słucham do upadłego tego:

Czekam na 00.30.
Mam wtedy stawić się w umówione miejsce
i odebrać moje dziewczyny z koncertu.
Jaka ja jestem im potrzebna:)
Li.


Moja młodość umiera coraz częściej.

Sierpień 16, 2018

 

Pamiętam z jakim wzruszeniem oglądałam ten filmik.

Umierają ludzie, którzy definiowali moją młodość,
kształtowali mnie jako człowieka,
rzeźbili moją wrażliwość,
hojnie dawali dobre emocje.
Opłakałam Korę, Stańkę, teraz Aretha.
(Nawet się nie obejrzę,
a to będę ja).
Li.


Przekleństwo wolnego dnia.

Sierpień 16, 2018

37351217_207029213299584_3759085669587091456_n(1)

Z niezrozumiałych powodów na wolny od pracy dzień
robię wielkie plany.
Mam zamiar pisać zaległe pisma, sprzątać zalegające kurze,
prać leżakujące pranie,
wyprasować to,
co z upływu czasu wypuściło już korzenie.
Budzik nastawiam na szóstą rano,
bo w pierwszym punkcie mojego planu
jest poranna kawa na tarasie.
***
Wstałam tuż przed południem.
Niebo za oknem miało wyraźne ślady udręczenia upałem.
Pies nawet nie drgnął,
koty leżały pokotem na płytkach w przedpokoju.
Kwiaty na tarasie usychając z pragnienia,
wydawały ostatnie tchnienie.
Mleko w lodówce miało termin ważności zaledwie do wczoraj,
a armia owocówek podniosła raban,
gdy tylko zbliżyłam się do pomidorów.
Zniechęcona do dnia od samego południa
postanowiłam zaszaleć i wyjść poza plan
do wanny pełnej cudownej, chłodnej wody.
Wypiłam w niej kawę,
co pozwoliło mi określić wstępną realizację planu na 10 %.
A potem było jak zwykle.
Nie zrobiwszy niczego więcej,
dotrwałam do końca wolnego dnia.
By nie stresować się brakiem 100% realizacji planu,
postanowiłam o nim zapomnieć.
***
Tyle gadam o upływie czasu,
a mam miszcza w jego marnowaniu.
Li.
PS. Wypełzłam z domu na dwie godziny na obiad ze znajomym.
Dziewczyny pojechały do babci,
co tak miałam sama w domu siedzieć.
Fajna knajpka – „ORZO”.

A zdjęcie autorstwa Gusi, po burzy kilka dni temu.
Jest piękne, prawda?
Ma dziewczyna to specjalne oko.


Żyjemy w epoce, w której tarta bułka nie jest z bułki.

Sierpień 14, 2018

Burza przyniosła ukojenie
i wtarła w rozgrzane upałem skronie chęć do życia.
Podobno jesteśmy w epoce antropocenu 
i nie jest to dobra wiadomość.
Z roku na rok jest coraz gorzej,
nie rozumiem jak przeciwnicy globalnego ocieplenia
mogą ignorować coraz wyższe temperatury,
coraz większe anomalia i topnienie lodowców.
(Czytałam, że najwyższy szczyt Szwecji tego lata stracił
4 metry czubka i nie jest już najwyższy).
Słońce parzy, nie można już normalnie opalać się na samym olejku,
a filtry to sama chemia, niszczą rafę koralową i mikroorganizmy.
Mam dość człowieka.
Kupiłam tartą bułkę,
bo sezon na kalafiora i fasolkę szparagową wymaga przyrumienienia.
Okazało się, że w tartej bułce nie ma bułki, jak boga kocham.
Skład: mąka pszenna, woda, drożdże, sól, oleje roślinne
(palmowy, rzepakowy, kokosowy, częściowo utwardzony palmowy)
w zmiennych proporcjach, mieszanka piekarnicza
(mąka sojowa, emulgator E481, regulatory kwasowości E262, E300.
I teraz mam zagwozdkę- czy tym wszystkim naszpikowane były bułki,
czy to nowa „odkrywcza” metoda produkcji bułki tartej?
Fasolkę zjemy prosto z wody.

***
Li.


Przy poniedziałku.

Sierpień 13, 2018

Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie, czym/kim chciałabym zostać,
to uznając że najpotrzebniejszą człowiekowi sprawą
jest bycie potrzebnym,
powiedziałabym, że chciałabym być powietrzem.
(„Wszak (nie) można żyć bez powietrza…”)
***
Podobno nadchodzi nowa fala upałów.
Ja ciągle jeszcze nie wypłynęłam po starej.
Trzeba będzie stać się kobietą oziębłą,
bo inaczej wybuchnę z gorąca.
***
Dostałam ostatnio fajny tekst:
„Muszę zmienić swój styl życia.
Temperatury ostatnich dni przekonały mnie,
że nie mogę iść do piekła”.
***
Miłego dla Was!
Li.


Wpływ Eda Sheerana na powrót Li.

Sierpień 12, 2018

Dlaczego nie pisałam?
Nie wiem. Naprawdę nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.
(Przelewają się we mnie wzburzone wody,
jestem tak pełna niezgody na dzisiejszy świat,
że schowałam się za mizerną obudowę monitora
i udawałam, że mnie nie ma).
Wczoraj jednak wstrząsnęła mną jedna rzecz
i stała się drogą do wyzwolenia:
rok temu, w wakacje siedziałyśmy na tarasie
i moje córki kupowały via net bilety na koncert Eda Sheerana.
Byłam taka zdziwiona, że kupują bilety na koncert za rok!
Ten rok wydawał mi się takim kawałem czasu,
tyle się mogło zdarzyć, a tu nagle koncert był wczoraj,
a tego roku życia prawie nie poczułam.
Może zaledwie jakieś tchnienie, gdy przebiegł w pośpiechu obok mnie.
Jestem zdruzgotana, bo niewiele pamiętam.
Jakieś drobne podróże- Malaga, Marrakesz, Manchester, Londyn,
jakieś spotkania, jakieś dziury w ludziostanie wokół mnie,
jakieś kina, koncerty, spotkania…
Matura Gusi, skandal maturalny, gdy okazało się, że
ma źle policzone punkty i to z dwóch przedmiotów,
walka o nowe świadectwo, rekrutacja, wściekłość na idiotyczny system,
dostała się na prawo do Wrocławia
i jestem z niej dumna.
Muszę pisać, muszę. Inaczej się uduszę.
Czytałam ostatnio notki z początków bloga,
niektórych spraw i sprawek już nie pamiętałam,
a przecież to moje życie!!!
Pamiętam cudze sprawy, nie pamiętam swoich.
Poświęcam  czas na pracę, a zapominam o czasie dla siebie.
***
Piszę więc do samej siebie:
Droga Li, codzienna notka obowiązkowa,
dla ćwiczenia mózgu i pamięci.
Bo lepiej pisać drżącymi palcami, niż zapomnieć co było wczoraj.
***
Smutno mi, że tak długo mnie tu nie było. Mam poczucie straty.
Ale spróbuję odbudować moją Li, kocham ją przecież,
jest wciąż we mnie, może trochę mądrzejsza mądrością życiową,
może trochę bardziej ironiczna, może mniej marzycielska,
ale to wciąż ja- Li.
Wracam z tak bliska, a taka długa ta droga była, o rety!!!
Li


Jestem po pięćdziesiątce i nie nie zawaham się tego użyć.

Listopad 6, 2017

Ku mojemu zdumieniu nic się nie zmieniło.
Po porannym niechętnym wstawaniu
poziom żalu za ciepłym łóżkiem nie uległ zmianie.
Nie zwiększyła się ilość pudru na twarz,
ani nie zmniejszyła ilość rozświetlacza- ciągle lśnię tak samo,
hahaha…
Rzut oka na oko też nie wpędził mnie w depresję,
ciągle mogę je malować i nie wyglądać jak dzidzia piernik.
Telefon od rana napieprza jak głupi, jak dawniej-przed pięćdziesiątką.
Pies tak samo domaga się spaceru,
koty zostawiają tyle samo sierści na moich czarnych spodniach,
kalendarz wrzeszczy terminami… ech może jakoś to bedzie,
bo jeszcze tak nie było, żeby nie było.
Postanowiłam wrócić do pisania bloga,
dobrze mieć ujście dla codziennych frustracji:)
Miłego dla Was!
Li.


671104, quo vadis, Li?

Listopad 4, 2017

Szłam przez nocny Kraków, ciesząc się,
że pamiętam skąd idę i wiem, dokąd idę.
Nieoczekiwanie ciepła noc otulała moje pięćdziesięcioletnie ciało,
a lekki wiaterek rozdmuchując mi grzywkę,
bezlitośnie ujawniał siwy pasek wstydu
centymetrowego odrostu włosów wolnych od brzemienia farby.
Miasto nocą nabrzmiewało od rozpustnych myśli
i dreszczyku niebezpieczeństwa,
ale uzbrojona w PESEL z magiczną datą 671104
byłam bezpieczna, przezroczysta,
niedotykalna, ot starsza pani
z seksapilem cioci Pelagii od wuja Czesia.
Ech, pomyślałam- nareszcie jeszcze bardziej
mogę robić co mi się żywnie podoba.
Bo jak nie teraz, to kiedy?
I tak nikt mnie już nie widzi.

Do domu wróciłam po północy.
Wdrapawszy się na III piętro poczułam lekką zmianę
-schody zadyszały się bardziej niż zwykle.
Na stole w salonie stała zapalona świeca,
leżał świstek papieru z napisem: „Pomyśl życzenie”,
obok duże kartonowe pudło z napisami,
których bez okularów nie mogłam przeczytać,
a okularów do bliży jak wiadomo nie mam.
Wyciągnęłam głęboko skitraną w czasach
beztroskiej czterdziestki lupę
i zaczęłam czytać, potem szlochać,
smarkać i śmiać się jak opętana,
bo po pięćdziesiątce wzrusza się jakoś bardziej i szybciej,
śmieje się głośniej i bardziej z byle czego,
smarka się do byle czego,
a to wszystko ma pewnie związek
ze słabszym od trzymania czterdziestoletniego fasonu
napięciem mięśniowym
i zrujnowanym kurczowym trzymaniem się
czterdziestki układem nerwowym.
Moje dzieci rękami Gusi napisały mi tak,
oczywiście lekce sobie ważąc tuż przed maturą
zasady pisowni, zwłaszcza ogonki przy „ę i ą”:

 

A prezenty były w tym pudle:

IMG_1655

Dostałam dwa bilety na koncert, dwa szale z Zary przecudnej urody, jedną szminkę-zupełnie nie jak dla starszych pań
i całe pudło miłości, która jest nie do opisania.

Jestem szczęściarą, co tam pięćdziesiątka!

Uprzedzając pytania- na drugim zdjęciu,
w prawym dolnym rogu jest narysowany świat:)

Li.


Laudacja na „L”

Listopad 3, 2017

Nie przyszło mi do głowy, by na tę moją
nieszczęsną pięćdziesiątkę
popatrzeć z punktu widzenia starożytnych Rzymian.
L to 50, ale o ileż lepiej brzmi:))

Moja najlepsza z kuzynek,
a przy okazji najlepsza okulistka na świecie,
więc specjalistka od widzenia świata,
napisała specjalnie dla mnie,
(szczerze mnie wzruszywszy) prawdziwą laudację!
Jako, że smarkula sporo jest młodsza,
niniejszym nakładam na nią obowiązek napisania
laudatio funebris,
ale póki co-żyję i się pławię
w tym panegirycznym błotku:)))

Razem z czwartym Listopada
doczekałaś się dyplomu
-wreszcie masz na „L„-kę prawko
nie dawane byle komu

Z dniem tym masz Licencję stałą
by Lamparcić się do woli
i Laufrować jak Lekkoduch
Liryczność Cię zniewoli

Teraz w swoich Latyfundiach
będziesz sadzić bez, Lawendę
z przyjaciółmi jeść Langusty
i odświeżać swą Legendę

Na Libację z nimi pora
-trunki tylko Luksusowe
tak jak kremy na Twe Lico
które będzie wiecznie młode

Budzić będziesz w sobie Lwicę
i nie tylko salonową
Lamparcicę, Leoparda
ot, koteczkę-lecz stylową

Być Lubieżną Ladacznicą
L„-ka daje Ci swobody
z Latynosem tylko w Listku
Lizać, ale głównie Lody

Gdy przećwiczysz z nim swój wokal
i już Lingam Ci się znudzi
to na krok Twój Literacki
czeka Liczna rzesza Ludzi

Lgnij do pióra, gdyż jest Lekkie
Li wie przecież co to heca
a na pomoc zawsze przyjdzie
słowo mistrza Twego- Leca

Lataj zatem ponad siebie
co zaczęłaś już w Lidzbarku
wśród Lampionów i Lusterek życie
Żyj jak w Lunaparku!

Z okazji „L„-ki
życzę Ci na początek dużego „C”
i tego wszystkiego co powyżej
AdeLa

Cu-dow-ne!

Nie rozumiem wprawdzie jeszcze motywu Latynosa
i dlaczego mam z nim ćwiczyć swój wokal,
ale to nie ja jestem specjalistką od widzenia świata,
poza tym ciągle nie mam czasu
na dobranie sobie okularów do bliży.
A z bliska jak wiadomo widać najgorzej.

I dostałam już wczoraj 50 róż.
Choćby dla tej przyjemności
warto było tak męczyć się od urodzenia.
Gusia zapowiedziała mi, że jutro dostanę śniadanie do łóżka,
więc muszę dziś na nie zrobić zakupy.
Moje kochane dziecko, haha:)
A co się będzie działo wieczorem
to może opiszę, a może nie.
Wszystkiego najlepszego dla Was
na dzień przed moją „L”-ką
Li.


O fatum.

Październik 29, 2017

W naszym ściśle dobranym płciowo wyborowym gronie
pewne rocznice celebruje się hucznie, bo dlaczego nie?
Zawsze któraś jest najstarsza, starsza, młodsza, najmłodsza,
jednym trzeba więc osłodzić,
a drugie się cieszą, że to jeszcze nie one.
Zaczęłyśmy celebrę koncertem Stinga i choć to nie ja jestem najstarsza,
to prezent dostałam pierwsza-termin koncertu oblige.
Stawiłyśmy się grzecznie pod Tauron Arenę i … i nie weszłyśmy.
Bilety były imienne, dziewczyny zwróciły na to uwagę,
ale sprzedawca zapewniał, że nie będzie problemu,
(kupiły je za zabójczą kwotę 1000 zł od osoby na portalu Viagogo),
ale jakbym się nie starała, to nie byłam Emilem Dziurą.
W kolejce do wyjaśnienia sprawy stało jakieś 150 osób.
Historie były podobne-prezent na urodziny ( para z Warszawy),
na 55 urodziny od syna (kobieta z Wrocławia),
cała rodzina na weekend w Krakowie (z Nidzicy),
Szczecin, Opole, Olsztyn… ech..
poszłyśmy sobie na Kazimierz
i był to najlepszy koncert, na którym nie byłam.
(A pieniądze zostały już odzyskane).

Dziś miałyśmy celebrować 50-tkę B.
Pomysł był przedni- podjeżdżamy po nią o 13.00, zawiązujemy jej oczy,
wrzucamy do tylne siedzenie
(pomysł z wrzuceniem do bagażnika nie znalazł poklasku;-)),
jedziemy do Wodnej Wieży, gdzie wcześniej zarezerwowałyśmy stolik, miało być menu degustacyjne,
o 15.00 przychodzi ktoś z kwiaciarni w Pszczynie
z wcześniej zamówionym ogromnym bukietem i uplecionym wiankiem,
wianek na nowy wiek niewinności,
wszak życie zaczyna się po pięćdziesiątce,
biesiadujemy, gadamy, pijemy wino, w tych jakże pięknych okolicznościach…
Tymczasem wczoraj późnym popołudniem B. przysłała sms-a, że ma odwołany lot z Nicei. Przyleciała dziś, godzinę temu.
No i 2:0 dla losu.

A wczoraj byłam w teatrze, na monodramie,
wbił mnie w ziemię
.
Muszę o tym napisać, jak się pozbieram.

Zostało mi 6 dni do pięćdziesiątych urodzin.
Muszę się cieszyć, nie mam innego wyjścia.
Wierzyć, że to nowa czterdziestka, wiek wolności i nowych doznań.
Szczęście to stan umysłu,nie dam się zniewolić przez upływ czasu,
nie dam się zepchnąć z drogi radości i drobnych przyjemności.
Nie dam się, jeszcze mam szerokie życiowe plany,
a najważniejsze to mieć plan!
Li.


Cieszę się, że już jest czwartek, martwię się, że to już czwartek.

Październik 12, 2017

Skonfliktowana z czasem własnego życia przebiegam przez noce i dnie,
desperacko i na łapu-capu łapię chwile,
które nie pozwalają popaść mi w obłęd szarej codzienności.
Dziś idę na koncert Stinga! Pod samą sceną!
Szaleję ze szczęścia. To prezent urodzinowy od moich przyjaciółek.
(Ale jeszcze ciągle jestem przed pięćdziesiątką:)

Życie jak zwykle przynosi niespodzianki i okazję do śmiechu,
nawet po pogrzebach.
Umarł ostatnio mąż mojej ulubionej ciotki.
Małe miasto, postać powszechnie znana, wiadomo było,
że pogrzeb będzie miejscowym wydarzeniem.
Ciotka dołożyła więc wszelkich starań, by sprostać oczekiwaniom,
starannie przemyślany był nawet rozmiar kapelusza z woalką.
Ksiądz i organista sowicie opłaceni mieli stanąć na wysokości zadania.
Tymczasem organy milczały.
Ludzie na poczekaniu dorobili teorię, że msza ma być milcząca,
bo rozpacz, bo żal.. a tu nagle, pod koniec mszy
organy jak nie ryknęły znienacka…,
ciotka wyszła z siebie, ale zachowała spokój.
Do czasu.
Wuj znalazł swoje miejsce pod stosem wiązanek,
wygodnie usypał się w urnie i co mu tam ziemskie sprawy.
Ciotka nie zapomniała…
po kilku dniach zadzwoniła do księdza z awanturą*,
a ksiądz przysłał jej do domu organistę z usprawiedliwieniem.
I cóż organista?
Po wielu mało wiarygodnie brzmiących tłumaczeniach
przeprosił i obiecał, że to się już nie powtórzy
i że następnym razem będzie lepiej.
Ciotka nie zdzierżyła: czy pan sobie wyobraża,
że mam na podorędziu następnego męża do pochowania?
Organista oddał pieniądze,
a ukochana ciocia zamówiła za nie pięć mszy,
z intencją: od organisty dla zmarłego XY.
Miasteczko miało o czym plotkować.

Miłego dla Was!
Li.
*stanowczym żądaniem udzielenia wyjaśnień


Wszystkiego i tak nie opiszę.

Wrzesień 4, 2017

Zapisałam się na kurs renowacji starych mebli.
Zaczynam w październiku nową przygodę, ahoj!
Poza tym wszystko w najlepszym nieporządku.
Nowe przygody,znajomości, podróże, wpadki, tarapaty,
pisać o tym, nie pisać, this is the question…
Za pisaniem przemawia miłość do literek, przeciwko wścibskie idiotki
piszące mi sążniste komentarze i wpadające do spamu.
Nie chce mi się karmić idiotek moim życiem,
ale z drugiej strony sama jestem głodna pisania.
Zakładanie kolejnego bloga tajne/poufne ?
Na nowo  zgłębiać zawiłości kolejnych platform?

Poza tym coraz gorzej widzę z bliska
i oczu moich blask zaczyna przygasać,
jak to przed pięćdziesiątką :)

Koniec wakacji okraszony astrami budzi jak zwykle małe tęsknoty,
choć dalej nie wiem za czym/kim tęsknię.
Łogólnie jakoś. Może za blogiem.

Gusia przerażona maturą, ech… najwyżej poprawi za rok, jak mi buk  miły tak jej powiedziałam. A co!
Karolcia skończyła licencjat z oceną „first”, jak skończy studia to pogadamy,
tu jestem niezłomną tradycjonalistką, nie poważam licencjatu,
ale moja duma o tym nie wie i pęka.

Czy pisałam (wiem, że nie, ale chciałam tak zgrabnie zacząć),
że na osiemnaste urodziny Gusi
poleciałyśmy w trójkę do Amsterdamu
i działy się tam rzeczy straszne i śmieszne?
A to po pewnych ciasteczkach waliły na mnie ogromne fale w Ogrodzie Keukenhof,
a staw podobno był płaski jak stół,
a to oblała mnie fontanna, a to płakałam przy obrazach w Rijksmuseum…
zaprawdę powiadam Wam, nie ma lepszych towarzyszy wyjazdów niż moje córki, wracam pełna wrażeń, z pustką w portfelu i znowu mam motywację do pracy!

A propos Amsterdamu: na 4 dni przed wylotem
mój telefon wypluł z siebie połączenie z Holandii.
Sprawa rozwodowa, rozmawiamy, kobieta się żali,
że od 10 lat chce się rozwieść, ale tak jakoś… od 3 lat ma mój telefon,
ale też tak jakoś… i czy może mi przesłać dokumenty pocztą…
bo z tej Holandii do Krakowa nie wie kiedy przyjedzie…
Zapytałam gdzie mieszka i okazało się że pod Amsterdamem.
Gdy jej powiedziałam, że za 4 dni będę przez 4 dni w Amsterdamie
i mogę się z nią spotkać, to nie mogła uwierzyć, płacz i szloch zdominowały naszą rozmowę, że jak to, to ona tyle lat czeka, boi się, odważa się, a tu adwokat do niej przyjeżdża… to się nazywa full wypas usługa, prawda?

Spotkałyśmy się w hotelu, podarowała mi w prezencie swojego syna na cały dzień.
Miał samochód, pojechaliśmy nad morze… jaką tam jadłyśmy rybę!

Zapytałam go, czy lubi holenderskie sery,
bo odkąd na Kleparzu jest sklep z serami holenderskimi,
jestem ich wielką admiratorką.
Powiedział, że ser jak ser, żółty zje.

I tak nieubłaganie idę, bo życie idzie tam gdzie Ty, dopóki idziesz (Lec).

Trzy dni temu musiałam uśpić kota.
To było straszne, smutne i do niczego nikomu niepotrzebne.
Ale  i z takich zdarzeń składa się życie.
Ważne, by nie tylko z takich.
Li.
PS. Niedawno poświęciłam kilka nocy na czytanie bloga.
Śmiałam się, płakałam, śmiałam się, turlałam, trzymałam za brzuch,
podziwiałam, pokochałam,
już wielbię, najlepsze co czytałam w internetach,
najsoczystsze, najbarwniejsze,
prześmieszne!
Wchodźta i czytajta, a nie pożałujta!
https://kanionek.pl/


Rozśmieszył mnie!

Luty 17, 2017

 

Wielbię Bajora od lat, ale tego nie znałam!

:))


Być jak Pani Małgosia.

Luty 17, 2017

Ze mną jest już naprawdę źle.
Dziś przeszłam samą siebie.
Wychodziłam z pracy, obładowana i zatopiona w myślach,
po kilkunastu metrach zobaczyłam swoje auto, wyciągnęłam kluczyki, piknęłam, otworzyłam tylne drzwi, wrzuciłam laptopa i akta,
otworzyłam przednie drzwi, pcham się na siedzenie,
a tam kompletnie zaskoczony człowiek… wyraz jego twarzy bezcenny…
Zanim dotarło do mnie, że to nie może być moje auto,
bo przecież dziś nigdzie nie jeździłam
i auto stoi pod kamienicą,
minęła długa żenująca, oj jakże żenująca chwila…
I jak można przeprosić,
by przeprosiny nie zabrzmiały bardziej idiotycznie niż moje:
eeee… przepraszam, to nie moje auto? Na pewno?
Najlepsze jest to, że marka kompletnie inna,
ale kolor pod brudem ten sam…
Boże, Ty widzisz i nie grzmisz… przecież ze mną jest już naprawdę źle.

Jest za dziesięć piąta rano.
Nie śpię, by o szóstej obudzić Mamę na pociąg do Warszawy.
Jak znam życie, to nie odbierze telefonu,
będę musiała po nią pojechać, by zdążyła…

I tak właśnie zaczyna się mój piątek.
Jestem na dnie.
W środę byłam na corocznym zebraniu współwłaścicieli kamienicy.
Jesteśmy zgodni, więc atmosfera jest miła.
Można pogadać o czymś innym niż sprawy kamieniczne.
Pani Małgosia, lat 64, rok temu zaczęła biegać
i za parę dni wybiera się na 10-kilometrowy bieg po górach-
bodajże po Beskidach.
Chce jej się. I daje radę!
A ja działam jak automat, wchodzę na kolana obcemu facetowi
(zupełnie go nie widząc)
i tylko marzę, by się wyspać, by telefon nie dzwonił,
by nikt nic ode mnie nie chciał
i by świat się zatrzymał, bo wysiadam.
Chcę jak Pani Małgosia!!!
Li.


La la Land

Luty 12, 2017

Są takie dni, gdy romantyczność  uderza mi do głowy jak młode wino.
Wtedy znowu wierzę w miłość, cudowne zbiegi okoliczności,
igraszki losu i przeznaczenie.
Wychodzę z kina pełna wzruszeń i uczuć nie ukierunkowanych,
ale jakże gorących.
Ale szybko wracam do wcale nie pożądanej normy.
Praca stawia mnie do pionu,
bo ludzie rozwodzą się coraz bardziej krwawo,
z miłości szybciej przechodzą w nienawiść,
czym zresztą jest ta miłość,
to skomercjonalizowane uczucie, urynkowione emocje,
romantyzm został w poczciwym XX wieku.
Ale dla tych paru godzin wiary, że może być inaczej
warto iść na „La la Land”.
Mam prawie 50 lat, moje życie uczuciowe to skamielina,
ale do cholery, jak wspaniałą sprawą
jest chwilowe o tym zapomnienie.
A jutro kupię sobie płytę z muzyką z filmu, a co,
przecież pojutrze jest Święto Zakochanych,
a ja siebie kocham
tak bardzo, jak nikt nigdy mnie nie kochał.
Bezwarunkowo.
Wybaczająco.
Czule.
Z radością!
(I nikt przeze mnie- poza mną samą- nie płacze).
Li.


Kość trójgraniasta, a sprawa Ennio M.

Luty 9, 2017

Wieloodłamowo złamać kość trójgraniastą mogła tylko moja Młodsza.
Bo czy nie jest sztuką w trakcie ostatniego, niedzielnego zjazdu na desce
złamać najmniejszą kość nadgarstka?
I jeszcze sobie przeżyć z tym złamaniem do poniedziałku?
Właśnie dlatego w poniedziałkowy wieczór,
zamiast siedzieć w 20 rzędzie na płycie Tauron Areny
i mieć Maestro na wyciągnięcie ręki,
stałam w tłumie chorych na Sorze,
słusznie linczowana spojrzeniami,
bo po telefonie do przyjaciela
czas naszego oczekiwania z 8 godzin spadł do 5 minut,
ale tylko tam, gdzie coś zależało od tego kogoś,
bo jak już zależało od innego kogoś,
kto np miał opisać rtg lub tomografię
to trzeba było odczekać swoje.
Po trzech godzinach wyszłyśmy z gipsem jak z XIX wieku,
temblak z trójkątnej chusty budził współczujące spojrzenia,
zdążyłyśmy na ostatni bis- muzykę z „Misji”,
popłakałam się stojąc u szczytu schodów,
bo nie tak miało być,
ale nawet te parę minut było piękne i magiczne.
(Plan przecież był taki dopracowany: jadę rano do Białki,
spokojnie wracamy, jesteśmy w domu na 17.00,
o 20.00 idziemy na koncert.
Co tu mogło się nie udać?)
A teraz śledzę lot Karolci do Kuwejtu,
niech już wyląduje, to odetchnę.
Ech… córrreczki, one to potrafią meblować mi noce i dni.
Li.


Dlaczego uważam, że Kaczyński i PiS to zło.

Luty 4, 2017

W 1995 r. Umberto Eco wygłosił na Uniwersytecie Columbia wykład, w którym zawarł 14 cech – jak to określił – „wiecznego faszyzmu”.
Można powiedzieć, że są to metacechy tej ideologii.
Włoski pisarz i intelektualista stwierdził bowiem, że faszyzm był totalitaryzmem rozmytym, niespójnym, niejednorodnym w różnych odmianach, zaaplikowanych w różnych krajach.
Wypreparowany przez niego katalog składników tej ideologii jest jednak wspólny dla wszystkich wersji.

Przyjrzyjmy się tej liście.

1. Po pierwsze jest to kult tradycji.
Polega on na wymieszaniu – może być i na siłę – najróżniejszych zasad, wierzeń i symboli. Eco przytacza ideologa włoskiej skrajnej prawicy Juliusza Evolę, któremu udało się połączyć Święty Graal, „Protokoły mędrców Syjonu”, alchemię i Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego.
Skojarzyło się to komuś z nadawaniem szczególnego znaczenia rocznicy chrztu Polski, intronizacją Chrystusa Króla, powtarzaniem tezy, że to Bitwa Warszawska z 1920 r. uchroniła Europę przed kataklizmem?
Z lansowaniem mitów o Powstaniu Warszawskim i żołnierzach wyklętych?
Ze znakami w rodzaju Szczerbca Chrobrego, falangi, krzyża celtyckiego?
Ano, zobaczymy, co będzie dalej.
Odnotujmy jeszcze, że sprzeczne z tradycyjnymi polskimi wartościami są ponoć: jeżdżenie na rowerze i zdrowa żywność.

2. Cechą drugą jest odrzucenie nowoczesności, a także irracjonalizm.
Na przykład niechęć do idei Oświecenia jako źródła upadku moralnego. Zauważyli Państwo, że z polskiego słownika politycznego ostatnio zniknęły takie słowa, jak: „modernizacja”, „nowoczesność”, „innowacyjność”? Wzorce z Zachodu, wyznaczające dotąd standardy i cele, teraz uważane są za przejaw zagrażającej przyszłości narodu degrengolady.

3. Eco wymienia też kult „działania dla samego działania”. Nie musi ono być poprzedzone refleksją. Zbytnie rozważanie spraw jest wyrazem niemęskiej słabości. Kultura jest podejrzana, środowiska intelektualne traktowane z podejrzliwością.
Tu kłania się uchwalanie ustaw w ciągu jednego czy dwóch dni, przygotowywanie sześciu nowelizacji w tej samej sprawie w ciągu roku oraz przyjmowanie ślubowań sędziów – niesędziów w środku nocy.
Nie wspominając o ministrze kultury, zdejmującym z afisza nieobyczajne sztuki i wskazującym, które patriotyczne filmy winny być pokazywane na festiwalach.

4. Niezgoda – pisze dalej Umberto Eco – uznawana jest za zdradę.
Odwrotnie niż w nowoczesnych społeczeństwach, które wychwalają niezgodę jako środek poszerzenia wiedzy.
Zdrajcami są ci, którzy protestują – w kraju i w Europie – przeciw demontażowi demokracji.
Nawet swoi mają nie wystawiać nosa poza otrzymany „przekaz dnia”, gdzie wyłożono, co mówić i jak co intepretować.

5. Później mamy strach przed innymi, przed odmiennością.
Wszystko jasne: przyjedzie siedemdziesiąt tysięcy muzułmanów (powiedział minister Błaszczak – liczba wzięta z sufitu), przywloką choroby zakaźne i pasożyty, powstaną strefy szariatu, do których policja będzie bała się wchodzić.
No i będą gwałcić nasze kobiety.

6. Faszyzm, zauważa Eco, bierze się z frustracji.
Indywidualnej lub społecznej.
W latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku wykorzystywano niezadowolenie biedniejącej klasy średniej; w dzisiejszych realiach byłaby to – jego zdaniem – warstwa drobnych bourgeois, w jaką przekształca się dawny proletariat.
Komuż to przede wszystkim służy wypłacanie co miesiąc po 500 złotych na dziecko?

7. Obsesja spisku. Najlepiej międzynarodowego, ale wróg wewnętrzny też jest konieczny.
Do tego dochodzi nacjonalizm i ksenofobia.
Tu nie potrzeba żadnego komentarza. Informacji o spiskach pełno w rządowej telewizji i na ustach prominentnych polityków.
Najwięcej dziesiątego każdego miesiąca, w przemówieniach z kilkustopniowej drabinki i w okrzykach wielotysięcznego tłumu z pochodniami. Ale i mistrale są dobrą okazją do ujawnienia światowego spisku ponad naszymi głowami.

8. Wyznawcy powinni czuć się upokorzeni przez bogactwo i siłę wrogów.
Jednocześnie muszą mieć przekonanie, że można ich pokonać. Cechą faszyzmu jest więc uznawanie wrogów jednocześnie za bardzo silnych i bardzo słabych.
Wiadomo, Unia Europejska się rozpada; jednak jej symbolem są wszechpotężni Niemcy.

9. Życie jest uznawane za permanentną wojnę, a pacyfizm za paktowanie z wrogiem. Powstaje wielka Obrona Terytorialna, bo trzeba będzie zmierzyć się z agresją zewnętrzną. Nawet antyunijna polityka ma wyjątek w postaci życzliwości i werbalnych zachęt do stworzenia europejskiej armii. Także na płaszczyźnie czystej polityki wewnętrznej dialog i kompromis zostały zastąpione przez narzucenie zawsze swojej woli. W tej walce nie bierze się jeńców.

10. Charakterystyczna jest też pogarda dla słabszych, połączona z elitarnością mas (jako się rzekło, całość tej ideologii jest dość niespójna i nielogiczna). Każdy przynależy do najlepszego, wybranego narodu, ale zwolennicy władzy są jego najlepszymi członkami. Stoją tam, gdzie stali w 1981 r.; pozostali – tam, gdzie ZOMO. Obywatele gorszego sortu są spadkobiercami konfidentów gestapo, dziwek, którym golono głowy i targowiczan.

11. W procesie wychowywania podkreśla się rolę bohaterstwa. Każdy obywatel powinien być gotowy, by zostać bohaterem.
Młodym Polakom tę ideę udało się zaszczepić. Ilu z nich, pod wpływem „Kamieni na szaniec”, „Miasta 44”, ładnych piosenek o pannach wyklętych, chciałoby, żeby o 4.30 ktoś załomotał do drzwi? A ilu – jak Maria Peszek – ma odwagę powiedzieć: Polsko, nie żądaj ode mnie mojej krwi?

12. Eco wymienia też kult machismo. Chodzi nie tylko o pogardę wobec kobiet, ale też o nietolerowanie odmiennych zachowań seksualnych. To pierwsze jest u nas maskowane – nie te czasy, aby wprost wracać do akceptacji męskiej dominacji; ale przecież zażarcie zwalczano próby wyrównywania statusu kobiet i mężczyzn.
Nadano im nawet rangę ideologii (genderyzmu). Mamy do czynienia z promocją tradycyjnego modelu wielodzietnej rodziny i dyskretnym wypychaniem kobiet z rynku pracy. W sprawach środowisk LGBT działa się, na ich niekorzyść, z podniesioną przyłbicą.

13. Inną cechą jest wybiórczy populizm. Prawa jednostek nie są istotne, ważny jest głos Ludu, wyrażający wspólną wolę. Wolę tę definiuje Przywódca.
System parlamentarny uznaje się za przegniły.
W Polsce nie kwestionuje się roli Sejmu i Senatu – wręcz odwrotnie; na Wiejskiej partia rządząca ma większość, z której skwapliwie korzysta.
Na dziś formą ataku na ustrój demokratyczny jest bitwa o Trybunał Konstytucyjny.
Oczywiście odwołania do woli „suwerena” są tu na porządku dziennym.

14. Wreszcie ostatnim punktem w katalogu Eco jest posługiwanie się nowomową.
U nas przykładów tego aż nadto.
W katastrofie lotniczej w Smoleńsku politycy i sympatycy PiS polegli, nie zginęli. Odkręcanie reform jest „dobrą zmianą”.
Sprzeciwiający się podważaniu mechanizmów demokracji – to komuniści i złodzieje, lewacy.

Umberto Eco ostrzegł przed nawrotem faszyzmu, pisząc, że jeśli powróci,
to początkowo ukryty pod bardzo niewinną postacią.

(Umberto Eco opublikował tekst swojego wykładu pod tytułem „Ur-Fascism” („Wieczny faszyzm”) w dwutygodniku „The New York Review of Books” oraz w zbiorze esejów pt. „Pięć pism moralnych”).

Powyższy tekst pochodzi z tygodnika „Fakty i Mity”.
Został opublikowany w numerze 47/2016


Pytanie wyborcze

Luty 1, 2017

Nie wierzę, że wśród moich czytelników jest wyborca PiS-u,
ale gdyby był, to chcę zadać mu jedno pytanie: DLACZEGO?
Oczekuję odpowiedzi, bo lubię rozumieć,
a tego wyboru nie rozumiem.
Li


Kilka godzin pod innym niebem, a ile wolności!

Styczeń 31, 2017

A jednak można niespodziewanie wyluzować,
chwilowo zapomnieć i się zapomnieć.
Zaczęły się ferie i moja Młodsza zabukowała sobie tydzień w Białce.
Tylko z koleżanką.
Trzeba było towarzystwo tam zawieźć razem z walizkami,
których ciężar sugerował wręcz przeprowadzkę.
Zabrałam też matkę koleżanki dla raźności,
bo zmęczenie dawało mi się we znaki,
dość powiedzieć, że w tym dniu zrobiłam już 300 km,
a nie jestem niestety ze stali, a z krwi i kości.
(Smog pojechał z nami, a w Nowym Targu było go jeszcze więcej,
co się dzieje z tym krajem?
Głębiej odetchnęłam w Białce, ale to też nie było
krystalicznie czyste górskie powietrze).
Pensjonat samodzielnie przez dziewczyny wybrany
okazał się przyzwoity,
właściciel bez dystansu i niezwykle pomocny,
niespodziewanie obiecał mi codziennie zawozić dziewczyny na stok,
na co wpływ niewątpliwie miała połączona siła rażenia ich urody, haha.
Poszłyśmy sobie na kolację do Litworowego Stawu,
a tam w klasycznej dla ceprów atmosferze góralskiej knajpy,
przy skrzypeckach, szumie góralskich spódnic,
tłumu ludzi, hałasu i świec na stole, poczułam się jak na wakacjach,
niespodziewanie zrelaksowałam jak po całym dniu na stoku,
i wróciłam w nocy do Krakowa tak zadowolona,
jakbym naprawdę wracała z wakacji.
Szczęście to jednak rzeczywiście stan umysłu.

Mam tydzień wolnego od dziecka i nie zawaham się go użyć.
Li.


Morderstwo na mieście.

Styczeń 29, 2017

smog

Smog wciska się przez okienne mikroszczeliny.
Rozpylam perfumy, by nie czuć tego ohydnego smrodu
cywilizacji śmieci
spalającej w piecach wszystko to,
co do spalania się nie nadaje.
Kraków przykryty trującą czapą umiera brakiem ludzi na ulicach.
Coraz więcej masek na twarzy pokazuje,
że ludzie zaczynają widzieć, słyszeć i czuć.
Ból głowy stał się moim codziennym towarzyszem,
a uporczywy kaszel jest wołaniem płuc o pomoc.
Mam poczucie bezsilności.
Mieszkam w centrum pięknego miasta i truję się jego oddechem.
Robię co mogę zrobić- włączam piec na gaz tylko na dwie godziny dziennie,
mimo że jest bardzo nowoczesny i ekologiczny.
Marznę, ale nie chcę być jedną z wielu przyczyn.
Kiedy mogę- jadę tramwajem.
Auto pokrywa się  czarnym pyłem, tym samym który wpada do moich płuc.
Jestem przerażona, jak żyć?
Poziom smogu przekroczony o 1000 %.
Nie, nie pomyliłam zer.

Na zdjęciu Tomasza Wełny Kraków.
Można poznać po Kościele Mariackim, którego nie widać po lewej
i po  Wawelu, którego nie widać po prawej.

smog-2


Poza przetrwaniem trzeba też żyć.

Styczeń 29, 2017

Karolcia była w domu przez kilka dni, zajęta więc byłam lawirowaniem
pomiędzy pracą, a spędzaniem z nią czasu.
A z Karoliną trudno się nudzić, zawsze dostarczy matce wrażeń.
Nawet tuż przed wylotem, gdy na lotnisku okazało się,
że nie zabrała torebki, w której był m.in klucz do pokoju w akademiku.
Jak mi sie udało pokonać trasę lotnisko-dom-lotnisko w 50 minut,
nie pytajcie.
Najważniejsze że zdążyłam, choć na zupełny styk.
(Po raz pierwszy był pożytek ze zbyt jak dla mnie wczesnego
przybycia na lotnisko, haha…).
Wczoraj poleciała, pies jest przygnębiony, dom do ogarnięcia,
a ja poszłam wieczorem na spektakl muzyczno-taneczny
inspirowany twórczością Zdzisława Beksińskiego.
(Od października 2016 roku w Krakowie jest stała wystawa jego prac).
Muszę przyznać, że Beksiński mnie przeraża,
jego obrazy budzą we mnie niepokój, koszmary i powidoki.
Bo co trzeba było mieć w głowie, by tak malować?
Jakby stał przy nim dementor wysysający radość życia i duszę.
Śmierć, nicość, miałkość, bezradność, smutek, beznadzieja…
(Ale spektakl piękny, nie żałuję, choć żeby nie zwariować z przygnębienia
patrzyłam innym okiem i widziałam tam
i Golluma i kadry z filmu „Marsjanie atakują”).

Mam na co czekać- 6 lutego idę na koncert Ennio Morricone w Tauron Arena,
a 13 kwietnia w dniu 18 urodzin Gusi,
lecimy sobie naszą trójką na cztery dni do Amsterdamu.
Ha, i nie będzie tam żadnych hamulców, o nie!
Moje ostatnie dziecko będzie pełnoletnie, czyż to nie powód do świętowania?
Wolność od mamusiowania zbliża się wielkimi krokami!
Li.


Gdy strach ograniczał, a konieczność wymusiła…

Styczeń 22, 2017

Nocny powrót z Olsztyna obfitował w dramatyczne wydarzenia-
kierowca poczuł się źle i w połowie drogi stanęłam oko w oko
z koniecznością poprowadzenia auta
z automatyczną skrzynią biegów.
Pierwszy raz w życiu!
Wsiadłam, przeżegnałam się, ruszyłam i zakochałam.
(Następne auto- tylko z automatem!).

Soboty nie pamiętam.
Zgodnie ze złożonym publicznie oświadczeniem prawdopodobnie nie wyszłam z łóżka.
(Były to imieniny Agnieszki, ale Guśka podeszła do sprawy ze zrozumieniem).

Z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że zauroczył mnie olsztyński Rynek.
Oraz ta restauracja.

I co wynika z tej notki?
Otóż: nikt nigdy nie mógł mnie namówić
na prowadzenie auta z automatem.
Kierowałam się irracjonalnym lękiem, że pomylę hamulec z gazem,
że to, że sio…
Ależ nic bardziej błędnego i nic bardziej prostszego.
Tyle lat tkwiłam w przekonaniu, że nie potrafię,
że to jest trudne, że …
ech… wystarczyło spróbować.
I lęki pokonane.
Jakie to było proste.

Aż jest mi wstyd za siebie.
(A ile takich lęków tkwi w człowieku).
Wystarczyło tylko odizolować lewą nogę:)
Li.


I cóż, że do Olsztyna…?

Styczeń 19, 2017

Jadę dziś do Olsztyna.
Ze względów zawodowych dopiero popołudniu.
Robi mi się słabo na samą myśl,
a co dopiero będzie w aucie w trakcie jazdy…
Nie chce mi się tak, że aż nie chce mi się o tym pisać.
Wracam jutro, w sobotę zahibernuję się w łóżku
i nie wyjdę z niego do niedzieli.
Taki mam plan i choć jest wątły,
to trzymam się go jak demokracji.
Milszego dla Was!
Li.


I jak tu podać swój adres?

Styczeń 17, 2017

W Starachowicach nadano jednej z ulic imię Jadwigi Kaczyńskiej.
To prawdziwy precedens- można być tylko matką  i zostać patronem ulicy.
Wolę już ulicę Konika Polnego, czy Mokrą, na której jest sucho.
Albo Niecałą, śmieszna nazwa na ulicę, która ma początek i koniec.
Cała z Niecałej, jak to brzmi!
Nie mam nic przeciwko Kaczej, ani Gęsiej,
choć to akurat ptactwo domowe ma jakąś uprzywilejowaną pozycję-
nigdy nie widziałam ulicy Kurzej, nie mówiąc o Indyczej.
Nie widziałam też Kociej, choć na Boga,
nikomu tak nie należy się ulica, jak kotom.
Ale Kaczyńska? Za co?
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?
Można snuć najbardziej fantastyczne hipotezy, bo w niewinną prawdę
o wejściu prosto do dupy jej syna to nikt nie wierzy, prawda?
Li.


Od Van Gogha do Owsiaka.

Styczeń 15, 2017

Poszłam z Guśką na wystawę Van Gogh Alive, dziś był ostatni dzień ekspozycji.
Warto było, wyszłyśmy naładowane pięknem, oszołomione kolorami,
ale i smutne, bo zderzenie piękna obrazów ze smutkiem i tragizmem życia
ich twórcy było bolesne.
Każda epoka ma swojego Van Gogha, geniusza wyprzedzającego zaściankowość myślenia większości ludzkości, wizjonera i samotnika, zrozumiałego li i jedynie przez jemu podobnych.
Van Gogh umierał w biedzie i poczuciu klęski, za życia sprzedał tylko jeden obraz.
Dziś jego obrazy osiągają cenę kilkudziesięciu milionów dolarów.
To mój ulubiony malarz, budzi we mnie takie wzruszenie,
że mam łzy w oczach i nigdy nie mogę się napatrzeć.

Ten brak nasycenia powoduje, że chcę jeszcze i jeszcze, od początku,
od końca, może być zawsze to samo, a jednak za każdym razem jest inaczej.
Byłam na wystawie jego obrazów w Wiedniu, byłam w Musee d’Orsay, nigdy nie mam dość.
(Ale reprodukcji w domu nie powieszę, albo oryginał, albo nic).

Wyszłyśmy z półmroku w oślepiającą biel- słońce zapaliło śnieg do stanu skrzącej białości.
Dziś szalała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy,
na pohybel PiSowi dałam więcej niż zwykle.
Mam nadzieję, że Wy też.
Trzeba dawać odpór takim Terlikowskim, Macierewiczom, Pawłowiczom, Kaczyńskim, Błaszczakom, Jakim, Kurskim, Kukizom,  itp… tych nazwisk jest niestety wiele.
Tacy ludzie nigdy nie zrozumieją Van Gogha swojej epoki,
nigdy nie popłaczą się z nadmiaru piękna, oni nawet nie zauważą tego piękna
albo będą COŚ podejrzewać.

Tacy ludzie są jak rak toczący społeczeństwo.
Popatrzcie wokół siebie- przecież otaczają nas dobrzy i przyzwoici ludzie.
To nasza rodzina, nasi przyjaciele, znajomi  i sąsiedzi.
O ilu z nich macie złe zdanie?

Skąd więc to zło sprawujące władzę?
Skąd wyniesiona na ołtarze pogarda, nienawiść, strach przed nieznanym i buta?
Tak, dałam na WOŚP dużo więcej niż zwykle, bo dla mnie Owsiak to Ktoś!
I chociaż w taki sposób mogę stanąć po jego stronie.
Niech moc będzie z nami, ja szczerze wierzę,
że tak jak Van Gogh wczoraj sprzedany za dwa dolary, dziś wart jest dziś dolarów miliony, tak PiS odejdzie w niebyt,
a Duda i Szydło zostaną postawieni przed Trybunał Stanu.

Li.


Przez Kuwejt Starszej droga do wyzwolenia.

Styczeń 8, 2017

Starsza w maju kończy studia (choć osobiście nie uważam licencjatu za „ukończenie studiów wyższych”, pogadamy po magisterce), lecimy z Młodszą w lipcu do Manchesteru na uroczystość graduation.
Chcę  z tej okazji dać jej prezent, taki „pamiątkowy”, w stylu złotego zegarka, podpytuję, wysyłam sygnały, a moje dziecko stanowczo mówi mi tak:

– nie chcę żadnych rzeczy materialnych, chcę kolekcjonować wrażenia, chcę od Ciebie bilet lotniczy do miejsca, gdzie jeszcze nie byłam.
Normalnie szok!
(Chciałabym dać jej podróż dookoła świata, ale póki co leci do Kuwejtu).
Jestem naprawdę dumna, bo jeżeli będzie kierować się w życiu zasadą, że lepieć być niż mieć, to będzie szczęśliwa, wolna od konsumpcyjnych pokus, kredytów, leasingów, miesięcy szatkowanych terminami spłat,stresu i poczucia, że życie mija na coraz bardziej cięższej pracy.
Ja już doszłam do ściany, nie chcę więcej, chcę mniej.
Mam pokusę, by nie mieć pokus.
Chcę żyć, a nie są życiem przedmioty wokół mnie.
One zaczynają mnie przytłaczać.
Zabierają powietrze i przestrzeń.
Zabierają bezpowrotnie czas, bo sprzątanie jest mało twórcze i jakże frustrujące, ta niekończąca się opowieść o miotle, odkurzaczu, kocich kudłach, krakowskim kurzu i psiej sierści.
Odkurzam misternie kutą lampę i…:
Przestrzegam każdego- zastanów się, czy naprawdę chcesz ręcznie kutą lampę za 7 tysięcy, która wisi już z tak znudzoną miną, że nie możesz na nią patrzeć.
Zastanów się dobrze, czy sedes musi mieć ten właśnie kształt wyceniony na 1500 zł.
Zapewniam Cię, że rurze kanalizacyjnej jest wszystko jedno, do czego jest podpięta.
A kształt sedesu, tę wyszukaną krzywiznę ogląda głównie Twoja dupa.
(Pękła mi deska, nowa do tego typu muszli kosztuje 700 zł).
Zastanów się, czy warto zamieniać swoje życie w nieustanny festiwal płatności, rachunków, terminów i rat.
Jeżeli moje dziecko naprawdę uwolni się od chęci posiadania, zredukuje potrzeby do minimum, a będzie cieszyć się wolnością, życiem, podróżami, wrażeniami to dobrze przeżyje swoje życie.
Ja też walczę o swoje wyzwolenie, jeszcze tylko kilka bitew i będę wolna.
Starsza może zrobić to pokojowymi metodami, jeszcze nie weszła z życiem na wojenną ścieżkę, jeszcze nikomu nie musi nic udowadniać, może sobie sama ustanawiać swoje standardy, może sama ustawiać swoje poprzeczki, tak by je przeskakiwać bez trudu, bez zadyszki, bez stresu i lęku.

Ten rok zaczął się koszmarnie nie tylko u mnie.
Może być już tylko lepiej.
Nie myślę teraz o polityce, o mrozie, o wojnach, o ogólnej nieszczęśliwości.
Myślę o sobie, o swoim małym światku, o moich najbliższych, ukochanych.
Musi być dobrze, bo nie może być inaczej.
Mam plan, dalekosiężny plan.
I bardzo chcę żyć.
Li.


Lepiej.

Styczeń 4, 2017

Niedzielne zło zostało w niedzieli.
W poniedziałek jego siła rażenia była już mniejsza.
Bo są takie chwile w życiu człowieka,
gdy wydaje mu się, że więcej nie zniesie.
Że ten niepodziewany cios jaki dostał od losu
jest ciosem wibrującej pięści.
Że została mu tylko bezbrzeżna rozpacz i poczucie beznadziei.
A tu po nocy przychodzi dzień,
są przyjazne dusze obok,
uruchamia się chwilowo zaćmiony rozum,
otwierają oczy szeroko zamknięte,
zawsze jest nadzieja na zmianę, zawsze!

Nie wyszłam jeszcze z domu, bo nie muszę.
Kawa z mlekiem, szczęśliwe moją obecnością zwierzaki,
sms od Guśki: „Pyszna kanapka, kocham Cię”,
bo zrobiłam jej rano kanapkę do szkoły,
rozłożyłam akta na stole,
zabieram się do roboty.

Czego i Wam życzę ku chwale Ojczyzny:)
Li.


Życie=nieprzewidywalność.

Styczeń 1, 2017

pani-buka

Pani Buka  nie zawodzi. Biorę jak swoje.
I najlepszego z dobrego życzę wszystkim,
nawet osobistemu trollowi
(który ciągle wpada do spamu i nie może się z niego wydostać).

To był najgorszy 1 stycznia w całym moim dotychczasowym życiu.
Komuś bliskiemu stało się coś bardzo złego,
przepłakałam pół dnia i byłam totalnie rozbita.
Teraz zbieram się po kawałku, dopasowuję, sklejam, nie mogę się rozsypać,
przecież jestem opoką i dla samej siebie,
bo jak nie ja dla mnie, to kto?

Zrobiłam sobie kawę z mlekiem, mój lek na zło.
Siadam do pracy, obiecałam znajomej napisać pozew,
a termin do złożenia upływa jutro.

Jutro jest nowy dzień.
Li.