Mało, mało mi.

Kwiecień 14, 2014

Processed with VSCOcam with m3 preset

Processed with VSCOcam with c1 preset

 

photo+2 (8)

Processed with VSCOcam with c1 preset

photo+1 (11)

Processed with VSCOcam with c1 preset

Processed with VSCOcam with c1 preset

Processed with VSCOcam with c1 preset

 

Wenecja.
Trzeba ją wziąć sposobem i unikać trasy turystycznej.
Wtedy uroda tego miasta zapiera dech!
Jutro wracamy do Krakowa, ech… mało, mało mi.
Ale i tak warto było wyrwać z życia tych kilka dni,
samouszczęśliwiłam się,
nasyciłam pięknem
i jakoś przetrwam do następnego wyjazdu.
Li.

PS. Wszystkie zdjęcia autorstwa Karoliny.


Odżyłam pod włoskim niebem!

Kwiecień 13, 2014

Dziś było jezioro Garda i Bardolino,
a wieczorem świetna kolacja z widokiem na weroński amfiteatr.
Wyłączyłam się z codziennego świata,
pochowałam telefon w katakumbach walizki,
wyładowany bezsilnie czeka na koniec moich włoskich wakacji.
Jutro rannym pociągiem jedziemy na cały dzień do Wenecji,
to będzie wisienka na torcie.
We wtorek wsiadamy do auta, oczywiście zapowiadam buńczucznie,
że będę prowadzić całą drogę,
ale pewnie skończy się
tak jak w piątek-po przejechaniu 250-ciu kilometrów zaczęłam zasypiać,
Karolcia przejęła auto
i dowiozła mnie śpiącą wprost pod dom Albiego i Agi.
Macie pojęcie?
Czechy, Austria, Włochy, po drodze tankowała… zrobiła w niezłym tempie 900 km,
dała sobie radę, z Guśką z przodu
i matką śpiącą z tyłu jak królewna.
Processed with VSCOcam with f2 presetProcessed with VSCOcam with g3 presetProcessed with VSCOcam with g3 presetProcessed with VSCOcam with c1 presetProcessed with VSCOcam with c1 presetPiękną mamy wiosnę tego roku!

Li.

 


Dolce vita od piątku do wtorku.

Kwiecień 13, 2014

photo+3 (3)Od dwóch dni jestem pod włoskim niebem,
razem z Karolcią i Gusią.
Zachwycona snuję się z nimi po Weronie
i wpadam bez opamiętania w dolce far niente.
Dwa lata temu obiecałam Gusi,
że jej piętnaste urodziny spędzimy w Weronie,
pod balkonem Julii i tak właśnie się stało!
(Choć przyznam, że dziecko boleśnie zderzyło się
z bajkowymi “Listami do Julii”,
a rozwrzeszczaną rzeczywistością).
Jutro pojedziemy do Wenecji,
a we wtorek wracamy do Polski.
Życie czasami bywa znośne, doprawdy powiadam Wam.
photo+1 (1)

Processed with VSCOcam with c1 preset

photo+4 (3)

 

 

photo+5 (4)

 

Guśka szczęśliwa i o to chodziło.

Li.


Każde następne pokolenie przykrywa sobą pamięć o przodkach.

Luty 22, 2014

Bazyli Navarro był ojcem Ireny-mojej babci po kądzieli.
Pamiętam go z bardzo głębokiego dzieciństwa.
Z prawdziwym wzruszeniem przeczytałam dziś podesłane przez ulubioną ciotkę listy moich prapradziadków do mojego pradziadka. 

Historia zatacza wojenne koła-
nie potrafię  zdystansować się do tego, co się dzieje na Ukrainie,
w Wenezueli, w Syrii, w każdym wojennym miejscu na świecie,
gdzie wojenna bieda, głód, tortury, nieszczęścia,
człowiek człowiekowi…

Smutno, smutno mi, przejmujące są te rodzinne listy,
czuję ich ciężar, jest w moich genach.
Moi antenaci, o których prawie nic nie wiem.
Li.


Pomiędzy kolejnymi seansami w kinie ucieka życie.

Luty 22, 2014

Cieszę się, że idę dziś do fryzjera.
Siądę w jednym miejscu na dwie godziny i będę myśleć nic.
Ale nawet w biegu zauważam, że w naszym kamienicznym ogrodzie wychodzą już tulipany i żonkile!
(I niech śnieg nawet nie próbuje na nie padać).
Mój tarasowy namiot ostatecznie nie ściągnięty,
przetrwał jakoś zimę,
poduszki na sofie też!
(Mam ochotę na pracę ogrodowe i nowe buty).
Kurczę, czuję zmęczenie, pracuję ponad siły,
ale czuję też ogromną chęć walki o dostęp do energii,
nie ma co poddawać się złym nastrojom,
są zmarszczkotwórcze i toksyczne.

Wczoraj byłam w kinie,
przekuję sobie ten weekend w jedną wielką przyjemność
i nie będę myśleć o poniedziałku.
Miłego dla Was!
Li.


Bezsennie.

Luty 18, 2014

Zawieszona między czterdziestką, a wiecznością udaję,
że czas mnie nie dotyka.
Pędzi on tak szybko, że czuję tylko ruch powietrza,
nawet nie muska mnie palcami.
Nieczuły ten czas.
Tylko częściej muszę farbować włosy
i jakoś tak chętniej wchodzę do łóżka.
By spać i spać.
Ale…ale…
…mam ewidentny kryzys wieku średniego-
podobają mi się dużo młodsi mężczyźni…
Ha, i ten aspekt zbliżającej się pięćdziesiątki
cieszy mnie najbardziej.
:)
A “Sierpień w hrabstwie Osage” jest przeraźliwie smutnym filmem.
Popłakałam sobie.
Nie wierzcie recenzjom-
ten kto zobaczył w tym filmie komedię jest psychopatą.
Li.


Niski poziom wewnętrznej dojrzałości.

Luty 16, 2014

Młodsza zrobiła nam wczoraj testy na wewnętrzna dojrzałość
i wyszło, że ja mam dojrzałość 25-latki,
a ona 38-latki.
To by się  zgadzało,
czuję
że
zamiast się starzeć- dopiero dojrzewam.
Za to moje dziecko jest dojrzałe ponad dopuszczalną miarę.
Ale z drugiej strony cieszy mnie ta jej dojrzałość i rozsądek,
pozwala mi to na oddech
choć w jednej sferze mojego macierzyństwa.
Nie martwi mnie też moja testowo wykazana niedojrzałość,
ech- może dzięki niej egzystuję jeszcze na tym złym świecie,
bez uciekania się do wspomagających psyche leków.
(bo hurtowo połykany magnez  chyba do nich się nie zalicza?).
Czas jakby szybciej mi płynie, zżera mi tydzień za tygodniem,
straciłam nad nim panowanie, jestem z nim w dużym konflikcie,
nie nadążam, nie nadążam!
Może za dużo śpię?
Mam na sobie głównie problemy, mało przyjemności,
ale przecież wciąż nie tracę nadziei,
że pewnego słonecznego dnia,
o szóstej rano, wyjdę na mój taras,
z kubkiem kawy
i poczuję, że jestem szczęśliwa.

To już niedziela?

Li.


Fantazyjne geny.

Luty 15, 2014

Moja Starsza to ma fantazję! Po mamusi, oczywiście.
Różnimy się jednak na moją niekorzyść tym, że moje fantazje są spontaniczne, a jej dopracowane do najdrobniejszego szczegółu.
Wymyśliło sobie dziecko walentynkową niespodziankę dla Daniela.
Daniel- jej chłopak, mieszka w Southend-on-Sea,
latają tam samoloty z Edynburga,
a ponieważ nie widzieli się od 6-go stycznia
i tęsknota zżerała ich młode ciała,
Karolcia wymyśliła chytry plan:
powiedziała Danielowi, że w Walentynki leci do Polski,
a to na wszelki wypadek,
gdyby jemu przyszło do głowy odwiedzić ją w Edynburgu.
Powiedziała mu też, że ma dla niego walentynkową niespodziankę, przyniesie ją kurier, ale z tym zastrzeżeniem,
że będzie przed północą,
w Walentynki firmy kurierskie działają całą dobę:)
Powiedziała mu też, że bezmyślnie podała kurierowi swój numer telefonu, więc on zadzwoni do niej,
Karolcia zadzwoni do Daniela,
by wyszedł przed swój dom.
A wtedy dostanie swoją Walentynkę,
stojącą na pustej, ciemnej
i mam nadzieję, że bezpiecznej ulicy.
Genialne:)
Kupiła bilet na samolot, zarezerwowała hotel, wsiadła w Edynburgu do samolotu o 20.50 i…
oddajmy jej głos- mail z czwartej rano:

“Moje dzisiejsze przygody:
-najpierw samolot opóźnił się o 10 minut, a potem o jakieś 20
-jak już wystartował,  to potem nie mógł wylądować, były cztery podejścia do lądowania i groźba, że lot będzie przekierowany do Liverpoolu
(wiatr tutaj dochodzi do 100 km/h)
-za trzecim podejściem dotknął kołami ziemi, a potem znowu się poderwał
-myślałam że umrę i żegnałam się z Tobą w myślach
-wylądowaliśmy za 4 razem (po 2h lotu zamiast 1h 20min)
-nie mogliśmy wyjść z samolotu, bo przez wiatr nie dało się podstawić schodów, mają one jakieś granice bezpieczeństwa i siły wiatru, w których mogą działać
-pilot wyszedł z kabiny i ogłosił te smutne wieści,
mówiąc że dobra wiadomość jest taka,
że ma fasolki wszystkich smaków
i zaczął wszystkich tymi fasolkami częstować
-w takiej sytuacji bezschodowej były też 4 inne samoloty
i w jednym z nich na szczęście (dla mnie) ktoś tak się rozchorował, że potrzebował pomocy medycznej
-ratownicy mogli się dostać do tego chorego tylko przez schody
i nagle okazało, że schody dają radę
-zaczęto rozładowywać wszystkie samoloty i na końcu nas,
bo byliśmy lotem krajowym
-okazało się że wiatr jest za silny,
żeby wyciągnąć bagaże z samolotu

I tutaj w sumie przygody się skończyły.
Bagaż odzyskam za mniej więcej dwie godziny,
przynajmniej tak wtedy mówili,
że przestanie wiać (dlatego nie śpię tylko czekam),
Danny był bardzo zaskoczony i szczęśliwy,
i wszystko oprócz tych samolotowych przygód jest spoko,
tylko że z tym wiatrem 100km/h,
to nie za bardzo można wychodzić na zewnątrz,
bo może zdmuchnąć!
Kocham Cię!”

No cóż, przy moich dzieciach  nie sposób się nudzić.
Miłej soboty!
Zbieram się z łóżka do życia, kawa wypita,
bo jak mawiał Lec:
“Czas witać dzień powstaniem”.
Li.


Odkomplikowanie przez zamiatanie.

Luty 7, 2014

Zamknęłam na chwilę oczy.
Mój osobisty zewnętrzno-wewnętrzny chaos
będący naturalnym odpadem trudnego tygodnia
atakowany przez zmysły tysiącem bodźców,
nie pozwala na skupienie się i zdefiniowanie nastroju-
jest mi dobrze, jest mi źle, czy tylko nie jest mi dobrze?
Spięłam włosy, włączyłam muzykę i wyłączam się na świat.
Zaczynam sprzątać, wymiatać, odkurzać i ścierać.
Wymyję swój świat.
Gdy nie da się inaczej,
to trzeba sięgnąć do schowka
i wziąć do ręki miotłę.
Pozamiatać,
poodkurzać,
polecieć,
poczarować…
Li.


Tego kwiatu jest pół światu i cały internet.

Luty 7, 2014

Pisząc kiedyś bloga na Interii (ech, łza się w oku kręci co to były za czasy- Nemo, kobieta-koń, Starszy Pan…) musiałam mieć powiązany z blogiem profil na portalu “Znajomi”.
Nie zaglądałam tam od wielu miesięcy, nie mając pojęcia jakim cieszę się powodzeniem, spokojna że motto przy profilu: “Nie odpowiadam na maile i nie rozmawiam na czacie” skutecznie zniechęca.
Och i straciłam zapewne szansę na miłość największą i jedyną,
bo ze dwadzieścia maili pokrywało się dwuletnim kurzem.
Ostatni mail -z grudnia 2013 roku rozczulił mnie swoją zawartością, więc odpisałam i taka oto wywiązała się skrząca dowcipem i finezją fascynująca rozmowa:
ON: Dzień dobry. Chętnie panię poznam bliżej oczywiście jeśli to możliwe? Mam na imię Tomasz lat 48. Zadbany, męski oraz sympatyczny. Higiena i dyskrecja zapewniona. Czas ze mną spędzony nie będzie straconym Zdjęciami możemy się wymienić na mail-u. Czekam na odp. Tomasz

JA: ta “panię” nie jest zainteresowana, bo ma wymagania większe niż higiena i dyskrecja:)

ON: Możesz napisać konkretniej o tych wymaganiach? ;-]

(Nie mam już żadnych wymagań, poza jednym-nie pisz do mnie więcej Tomaszu lat 48).

Janusz był uczciwy od progu, postawił jasne warunki- ma żonę,
wprawdzie będzie ją zdradzać,
ale nie chce burzyć spokoju domowego ogniska:
Witaj!!!! szukam Kobiety do dyskretnych spotkań,nie chcę burzyć sobie ani komuś istniejącego związku czy też układu partnerskiego….oczekuję dyskrecji i sam takową zapewniam..całuję Janusz

Przez Sławka przemawia desperacja-widać nie jest krótkodystansowcem, chce na dłużej:
witam.jesli ma pani ochote do milych spotkan to bardzo chetnie sie bede spotykal na dluzej.prosze odpisac ale na numer 696 726 589.slawek 36 lat.
(To co dziewczyny, piszemy do niego smski? :D

Kamil szuka, a kto szuka ten znajdzie:
Witam mam 21 lat i szukam kobiety która wprowadzi mnie w swiat seksu
Biedak, oby nie musiał długo szukać, bo popadnie w nerwicę i straszny onanizm! Kibicujmy Kamilowi!

Mamy i pierwiastek duchowny:
witaj
jestem ksiedzem jezeli nie przeszkadza napisz czy mozliwe spotkanie i poznanie sie
serdecznie pozdrawiam

Nie sądzę, by chodziło o wirtualną spowiedź, niestety.

Kamil się rozpisał. I szuka miłej. Ja jestem niemiła, bo nie odpisałam.

Hej. jestem kamil. Szukam miłej kobiety z którą mógłbym nawiązać
znajomość w której byśmy mogli sie spotykać i miło spędzać czas
rozmawiając, pijąc kawe czy tez uprawiając razem sex, chciałbym móc byc twoim przyjacielem i kochankiem. Nie musiala byś sie obawiac o zobowiązania czy tez dyskrecje z mojej strony. Myślę że mogło by nam byc razem bardzo miło.Czekam z niecierpliwoscią na odpowiedz pozdrawiam

Życiem rządzi seks, a raczej sex, kto tego nie wie, ten trąba.

Przyszła do mnie bardzo smutna klientka,
która od kilku miesięcy podejrzewała męża o zdradę,
ale nie miała tzw. twardych dowodów.
Pewnego razu, wieczorem, gdy zauważyła że mąż znowu z kimś intensywnie pisze, wyszła z domu i stanęła za oknem.
Mąż leżał na kanapie przysuniętej do okna i ze swojego wypasionego smartfona wysyłał wiadomości via gg swojej kochance.
A żona to wszystko, stojąc za jego plecami- sfilmowała,
treść na ekranie wyszła dramatycznie wyraźnie.
Na drugi dzień zdobyła się na odwagę i zapytała męża,
do kogo pisał o godz. 21.17,
że marzy o porządnym -nazwijmy to-przytuleniu,
i że w związku z tym, nie może doczekać się jutra.
(W tym momencie majątek dorobkowy małżonków doznał uszczerbku
z powodu stłuczonego kubka z kawą, albowiem ten
wyleciał biedakowi z rąk).
Ech, ten biedak wyczyścił pewnie wszystkie konta,
może nawet poleciał sprawdzić, czy nie miał pluskwy w telefonie.
I pewnie do dziś zachodzi w głowę skąd ONA…?

Gdy Twój facet nie rozstaje się z telefonem,
ma do niego kod, ciągle coś pisze,
nosi go nawet pod prysznic
o późnej porze dostaje służbowe sms-y
-to wiedz, że coś się dzieje.
Ale co to za miłość, której trzeba pilnować
jak pies kości?
Li.


Marudzenie jest niezbędnym składnikiem porannego koktajlu nieszczęśliwości z poczuciem obowiązku.

Luty 5, 2014

Nie chce mi się, o rety, jak mi się nie chce,
jak bardzo, bardzo mi się nie chce,
jak przemożnie mi się nie chce,
jak boleśnie mi się nie chce
jechać zaraz do Olkusza.
Ekspres wypluwa z siebie kolejną kawę,
resztka mleka czeka na śmierć poprzez spienianie,
koty zgromadzone przy pustych miskach patrzą potępiająco,
za nic mając obowiązek identyfikacji ze swoim personelem,
który TEŻ nie ma nic do jedzenia,
zaczęłam środę, a środa- urody- doda.
No nie wiem, nie wiem,
lustro patrzy na mnie z powątpiewaniem,
trzeba by wiele śród, oj wiele śród.
Znamy jakieś sposoby na podkrążone oczy?
Takie, żeby rzeczone  nie wypadły z orbit,
a znowu lśniły,
patrzyły badawczo acz zalotnie,
spod długich rzęs…
Tak wiem- to se ne vrati Pane Havranek, to se ne vrati.
Ale pomarzyć można?
Li.


Sypiając z wrogiem.

Luty 4, 2014

Dziś (nie)mogłam sobie pozwolić na wolny dzień.
Wystarczyło jednak wyciszyć telefon,
wejść do łóżka w samo południe
i przespać ból głowy,
który hodowany eksplorowałby mi
myśli i uczynki,
a przespany sam zasnął z nudów.
Uzbrojona w nową energię oszczędzoną ze śpiącego ciała,
siadam do pracy i wcale jeszcze nie włączam telefonu,
zawieszona w przestrzeni
między niedostępnością a dostępnością
cieszę się (pozornym) spokojem.
Dostępna na wyciągnięcie ręki, niedostępna na światłowodach,
oporna na sygnały z masztów przekaźnikowych
jestem wolna od wzdrygnięć na sam dźwięk drażniącego dzwonka.
Doszłam do granicy tolerancji komórki,
moje komórki nienawidzą mojej komórki,
wczoraj miałam siedem godzin rozmów,
jak żyć, pytam, jak żyć?
Rozmawiam w słońcu i przy blasku świec
W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie.
W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.
I gdy prawię śpię i gdy pracuję skupiona.
I gdy jajko roztłukuję ładnie -
nawet wtedy, gdy mi łyżka spadnie.
W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.
I na końcu ulicy. I na początku.
W morzu. W górach. W japonkach. I boso.
Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą.
I wiosną, kiedy jaskółka przylata.

I na początku i na końcu lata.
Jesienią, zimą, w wannie, pod prysznicem
(Moje rozmowy są często o niczem)*.

Li.
PS. *Konstanty Ildefons Gałczyński-lekko zmodyfikowany…


Wchodzę znowu na tę ścieżkę.

Luty 4, 2014

Brak blogowej konsekwencji nie robi na mnie już żadnego wrażenia.
Czy jest sens z nim walczyć?
Gdy nie piszę, to jest mi źle, że nie piszę.
(Bo tęsknię za zapisaną przeszłością).
Gdy piszę, to zaraz zaczyna być innym źle.
Bo piszę. A oni nie lubią jak piszę.
A jednak nie będę zadowalać innych, zadowolę siebie.
MUSZĘ PISAĆ, BY PRZYPOMINAĆ SOBIE O SOBIE.

Pracowałam dziś przez 15-ście godzin.
Wróciłam do ciemnego domu, głodna i zmarznięta,
w lodówce miałam mnóstwo pysznego światła,
oliwki z migdałami i resztkę suszonych pomidorów.
Stęskniony pies przywarł do moich stóp,
koty zalęgły się tłumnie obok laptopa,
cisza i spokój wcale nie pożądane
są świadectwem braku absorbującej obecności Młodszej.
(Bo nawet zamknięta w swoim pokoju-jest).
Zżera mnie tęsknota za Gusią i Karoliną,
przytłacza puste piętro,
skulona na kanapie włączam muzykę,
coraz częściej myślę o powrocie do wyłączonego tv,
ech, zająć przedpółnoc serialem,
zagłuszyć bezsenność filmem,
trzeba ponosić w życiu konsekwencje swoich wyborów,
by zostać klasyką gatunku- rozwódką po czterdziestce,
już bliżej pięćdziesiątki, otoczoną kotami,
z marzeniami, które zapewne umrą wraz z kolagenem na twarzy,
ale póki są, to dają pióra na skrzydła.

Jest dobrze, tak jak jest teraz źle.
Włączę sobie na dvd “Allo, Allo”.
Monia, You stupid woman,
a co na to Lec?
Nie sztukujcie życia letargiem.
Li.


Rozważania klimatyczne.

Luty 3, 2014

Tak jak kiedyś nie mogłam żyć bez bloga,
tak teraz żyję bez niego.
Myślałam, że to coś zmieni, a nic się nie zmieniło,
choć mam więcej czasu dla siebie.
Ale pisząc bloga też poświęcałam czas sobie,
(więc w sumie nic się nie zmieniło).
Dalej mam dwadzieścia cztery godziny na dobę,
z których kilka jest bardzo intensywnych,
kilka nudnych, kilka zmarnotrawionych,
kilka wartych zapamiętania, kilka przytulnych,
kilka przepełnionych niewiadomozaczym tęsknotą,
kilka smutnych,
kilka wesołych,
mijają noce i dni,
za szybko mijają, za szybko.
Przetrawiam i przerabiam na pozwy ludzkie historie,
przez pracę straciłam już jakiekolwiek złudzenia
co do zjawiska zwanego miłością,
bo będąc świadkiem wielu jej upadków,
otorbiłam się na wszelki wypadek,
może być lekko i przyjemnie,
ale ślizgając się tylko po powierzchni.
Żadnych zobowiązań, głębszych więzi
i przeczuwanego smaku rozczarowania.

Młodsza poleciała wczoraj do Edynburga, do Starszej.
(Mam wolny od domowych obowiązków tydzień).
Wróciłam do domu późno w nocy.
Otworzyłam drzwi i zamarłam-do przedpokoju z kuchni
powoli
wypływała
ciemnoczerwona
kałuża krwi.
Nie wiem ile czasu zajęło mi opanowanie kolan, języka i umysłu.

Nie wiem też, który to koci baran
zrzucił z kuchennego blatu litrowy słój
z gęstym malinowym sokiem.

Życie codziennie niesie ze sobą niespodzianki.
Czasem słodkie jak sok.
Ale z reguły gorzkie.

Gorzko, gorzko mi.
Sorry, taki mam w sobie klimat.
Li.
PS. Jednak narzekanie na blogu ma nieodparty urok…
nie do zastąpienia!


Coś za coś.

Styczeń 25, 2014

Idę wieczorem do kina.
Na film:)
“Pod Mocnym Aniołem”, kto już oglądał?
W domu zostawiam coś mięciutkiego, aksamitnego,
przytulnego, mruczącego i mojego.
Brzusio Szarusia:)
53
Li.


Sobotni blues.

Styczeń 25, 2014

51

Ten weekend będzie inny niż wszystkie!
(Postanowione i przyklepane).
Planowanie czynności zajęło mi całe przedpołudnie.
Ale przecież najważniejszy jest plan.
Na razie mam poważną obsuwę,
do południa powinnam już rozebrać choinkę,
nastawić dwa prania, posprzątać kuchnię
i umyć łososiowe szkło.
Niestety, zajęły mnie czynności w planie nie przewidziane,
jednak okazał się on zbyt ogólny, ramowy,
zabrakło podpunktów z czasem na kawę, głaskanie kotów i czytanie.
(Pies patrzy badawczo, kiedy udam się w stronę drzwi
i zrealizuję punkt nr 5.- wyjść z psem).
Muszę zrobić przetasowanie, ustalić gradację ważności,
przecież w życiu sprzątanie, prasowanie i mycie szkła
nie może być ważniejsze od grzania się w łóżku,
w ulubionej półleżącej pozycji, z kubkiem latte,
z mruczącymi kotami
i przeświadczeniem, że jestem wolną kobietą
i mogę robić co mi się tylko podoba.
O!
Modyfikuję więc oczekiwania losu wobec mnie
i wychodzę z psem, by zrealizować choć jeden obowiązek,
a potem maseczka na twarz i świat jest nasz:)
Jedyny pewny punkt dzisiejszego dnia,
to perspektywa miłego wieczoru.
Miłego dla Was!
Li.


GospoLini.

Styczeń 19, 2014

Boluśka2

Nie znoszę niedzielnego popołudnia za
bezwzględne obnażenie nagości niezrealizowanych weekendowych planów, zwłaszcza w sferze porządku, prania, rozbierania choinki,
prasowania, ściągania tarasowych poduszek
i innych jakichkolwiek przejawów aktywności domowej.
(Ale sen mnie nie zawiódł).
Muszę nakarmić nieletnią i zwierzyniec.
Potem wracam do łóżka i niech się wali.
A co na to Lec?
Ważne jest świadectwo hańby, które sobie człowiek sam wystawia.
:)
Li.


O kobiecie, która pozwala się bić.

Styczeń 19, 2014

OTWARTA LISTA WYMÓWEK:
1. Nie mam dokąd pójść.
2. Nie poradzę sobie.
3. Nie mam pieniędzy.
4. Nie ma mi kto pomóc.
5. Nie zostawię domu.
6. Boję się samotności.
7. Łatwo Ci mówić.
8. On jest dobry, tylko po alkoholu szaleje.
9. Dziecko go kocha.
10. …
11. …
Kobieta-ładna i niegłupia. Dwa kierunki studiów.
Lęk przed życiem bez mężczyzny depenalizuje w jej własnych oczach podbijanie oka, wykręcanie rąk i wyrywanie włosów.
Zamienia pieszczotliwe “kochanie, skarbie, złotko”
na “szmatę, kurwę, kupę”
i udaje, że to tylko szumy na łączach.

A co na to Lec?
“Trudno powiedzieć sobie samemu prawdę, gdy się ją zna”.

Nie potrafię wejść w skórę ofiary przemocy,
pewnie dlatego że przy jej pierwszym przejawie trzasnęłabym drzwiami.
Przycinając palce oprawcy.
Nie pozwoliłabym się upokarzać, bić i wyzywać. Nigdy!
Ale ja to ja. Dziwaczka.
Dlaczego kobiety pozwalają na przemoc?
Dlaczego pudrują ślady po biciu i udają,
że to skutek upadku na róg stołu?
Dlaczego nie chcą, by otoczenie wiedziało?
Dlaczego TO ONE się wstydzą?

Li.


Zabawne:) 2013 in review

Styczeń 18, 2014

The WordPress.com stats helper monkeys prepared a 2013 annual report for this blog.

Here’s an excerpt:

The Louvre Museum has 8.5 million visitors per year. This blog was viewed about 640,000 times in 2013. If it were an exhibit at the Louvre Museum, it would take about 27 days for that many people to see it.

WordPress poinformował mnie o liczbie odsłon bloga w 2013 roku.
I pomyśleć, że to taki niszowy blog, od września porzucony, ech… ;-) Wzruszyłam się.

Li.


Spowiedź starej blogerki.

Styczeń 6, 2014

Roznoszona przez wewnętrzne ciśnienie liter stłoczonych przed zamurowanym wyjściem  na ekran pękam i piszę.
Incydentalnie.
Brakuje, och jak mi brakuje codziennego porządkowania myśli
i łapania zdarzeń na wędkę zdań.
Nie piszę i nie będę wiedzieć za trzy lata,
co robiłam trzy lata temu,
sama pozbawiam się tej wiedzy, coś za coś,
świadoma rezygnacja z życia nicka w wirtualu
daje mi więcej w realu,
ale brak hejterów i pouczających mnie idiotek
zabiera trochę zabawy.
Co w zamian?
Bardzo dużo czytam,
rzuciłam się na książki jak wygłodniały pies,
wywaliłam z domu tv, czasem oglądnę coś na dvd,
wracam do staroci, do znanych wzruszeń,
czytam nawet znowu  Piotrusia Adamczyka i “Pożądanie mieszka w szafie” : „Samotność nie jest naturalnym stanem, wszystko wokół występuje w parach – poduszki w sypialni, palniki w kuchence,
a nawet baterie w latarce.
Samemu może i dobrze się mieszka, ale zasypia fatalnie”,
czuję ulgę, że ja to jednak dziwna jestem,
bo najlepiej zasypia mi się samej,
choć moje koty i pies nie liczą się w tej kwestii z moim zdaniem.
Mam piękne plany na najbliższą przyszłość,
musi mi się udać, bo nie może być inaczej.
Nie może być inaczej!
Pielęgnuję to co mam, a mam przecież tak dużo.
Nie wliczam do stanu posiadania licznych problemów,
one mijają, bo przecież:
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Mam siebie, a ze sobą nigdy nie będę sama,
mam teraz w domu trójkę dzieci,
bo ujmujący chłopak Karolci jest przecież jeszcze dzieckiem,
cieszę się tym wieczorem siedząc przy stole
i patrząc spod oka na całą trójkę rozwaloną na kanapie,
ech… jestem szczęściarą,
nawet w tych krótkich momentach,
kiedy zapominam, że nią jestem.
Mam niesamowite poczucie ogromnej siły,
wstąpiła we mnie po porządnym przespaniu kilku kolejnych nocy,
po uporządkowaniu spraw, podzieleniu ich na grupy i podgrupy,
po spędzeniu leniwych wieczorów w przytulnym towarzystwie,
po spojrzeniu sobie w oczy i znalezieniu tam uśmiechu.
Dużo się śmieję, dużo.
Ja sobie nie dam rady? Ja?
Ty sobie nie dasz rady? Ty?
My sobie nie damy rady? My?
:)
Li.


Żyję i mam się świetnie:)

Styczeń 3, 2014

Świetnego Sylwestra miałam tego roku.
Bez zadęcia, w ekscytującym  towarzystwie Osadników z Catanu, ech… czuję, że rok 2014 będzie ciekawy!
Ale zanim wyszłam z domu, napisałam kilka maili, podzwoniłam,
jednym wybaczyłam, z innymi się pojednałam,
zostawiłam za sobą złooooo…
i za to lubię koniec roku.
Zamiast życzeń, będzie dowcip. Z cyklu motywujących:
-Spotykają się dwaj koledzy, jeden z nich jest mizerny, znerwicowany, przyznaje  drugiemu, że ma poważny problem,
bo moczy się w nocy.
Drugi przejęty jego losem daje mu telefon do świetnego psychoterapeuty.
Spotykają się znowu po dwóch miesiącach,
znerwicowany kwitnie, chodzi na terapię.
Przyznaje, że dalej się moczy,
ale teraz jest z tego dumny!

Ha, nie ma to jak odpowiednie spojrzenie, prawda?
Ściskam wszystkich, czasem tęsknię, ale jeszcze nie wracam.
Li.


Carpe diem, a reszta się ułoży. Jakoś. Dobrze.

Grudzień 22, 2013

Bolek

 

Boluś w stroju Św. Mikołaja:)
Uwielbiam tego kota, jest najbardziej przyklejonym do mnie kotem spośród całej zgrai, gdzie ja, tam on,
najlepsza ilustracja ubi tu, Monia, ibi ego, Bolek.
A poza tym reszta jak zwykle w najlepszym i zwykłym (nie)porządku.
Karolcia przyleciała na kilkanaście dni,
cieszę się chwilą, a que sera, sera.
Spokoju i spokojności Wam życzę!
Li.
PS. Dużo piszę, bardzo dużo.
(Nie wystarcza mi literek na bloga).
Ale warto, czuję że to będzie dzieło mojego życia;-)


Hej, hej!

Listopad 25, 2013

Moi Drodzy!
Parę słów wyjaśnienia, bo nie ogarniam już maili :)
Zamknęłam bloga nie dlatego, że piszę w ukryciu,
ale dlatego, że nie piszę.
I pisać na razie nie będę.
Nie proście mnie więc o hasło, bo go nie mam.
Gdybym miała zamiar dalej pisać, to nie zamykałabym bloga.
Poszłam na odwyk od internetu, nie piszę, nie czytam,
lekceważę linki do postów na mój temat
przesyłane przez “życzliwych inaczej”.
Mam ich w dupie, mówiąc wprost i niegrzecznie.
W dupie, w dupie, w dupie.
(Choć to i tak zbyt urocze miejsce dla takich kanalii).
Na razie realizuję swoje rozległe plany,
czy wspominałam, że sprzedaję mieszkanie?
I że szukam kolejnego strychu do kupienia?
I że mam ochotę na nową budowę, bez wyłażących teraz błędów
(ale zapewne z nowymi, haha).
Chcę mieć solary, klimatyzację,
podgrzewaną podłogę w łazienkach,
częściowo zadaszony taras i windę.
No i widok!
(Takie tam drobnostki;-)
Będzie więc o czym pisać, ale na razie sobie blogowo pomilczę.
Mam sporo nowych książek, nowe filmy, nowego kota,
fajnego faceta, jest co robić:)

A jutro odbieram z lotniska Gusię,
poleciała na kilka dni do Karolci,
SAMA
- czyż nie jest zuchem?
Całusy,
Li.


Zmiany są twórcze, więc tworzę:)

Listopad 11, 2013

Dwa miesiące bez pisania bloga
uświadomiły mi bezsens jego dalszego pisania.
Nieodwołalnie schodzę więc z tej ścieżki mojego życia,
przede mną kilka nowych kierunków.
Ale już nie w necie.

Dziękuję Wam Kochani Czytelnicy, że byliście.
Po statystykach widzę, że ciągle tu zaglądacie,
ale już nie ma po co.
Biała kartka ekranu pokryła się kurzem,
Lec się wyprowadził,
a ja całkiem spokojnie wypijam trzecią kawę
i zamykam za sobą drzwi.
Całusy!
Li.
Na koniec chciałabym dostać prezent, bo interesowna ze mnie kobieta. Zaglądnijcie do Magdy, TU i proszę-pomóżcie, pomóżcie!


Daję znak.

Wrzesień 29, 2013

Niepostrzeżenie minęła czwarta rocznica śmierci Ilony.
Myślę o niej czasami, zawsze ciepło i ze smutkiem.
Jej nie ma, a nasze życie jest.
Mój brat ma małego synka, 
moja Karolcia szczęśliwie zakochana,
a ja mam małego kota, czarnego urwisa,
który rządzi i zmusza do ruchu zasiedziałe domowe kocie kluchy.
Nie wiem, czy wrócę do pisania bloga.
Dobrze jest jak jest.
Spokojnie.
Szukam wewnętrznego spokoju i poczucia wolności,
także od złych ludzi i złych słów.
Gdy nie będzie dotykać mnie zło i ludzka nikczemność,
to może tu wrócę.
(Ale nie mogę nie napisać: zumba jest super! Chodzę z Guśką:)
Li.


Jutro to dziś, tyle że jutro.

Sierpień 20, 2013

Jechałam na lotnisko i płakałam,
jak się odprawiała też płakałam,
gdy wracałam płakałam obficiej,
dziś wypłakana i spokojniejsza znajduję w domu
w nieoczekiwanych miejscach samoprzylepne karteczki
z cudnymi napisami, znaki od Karolci,
ech… no trudno, skoro tak musi być, to niech będzie.
Jutro będę już w Rumunii, w sobotę w Bułgarii,
życie czasami bywa znośne, prawda?
Miłego dla Was,
Li.


Oprócz gwiaździstego nieba nic mi więcej nie potrzeba.

Sierpień 15, 2013

Siedzę smętnie na tarasie
i patrzę na byle jakie niebo-
ot, smog podświetlony od dołu miejskim światłem,
ni gwiazd, ni meteorów, Księżyc też nie zachwyca, ech…
Brakuje mi widoku rozgwieżdżonego nieba i zapachów z pól i sadów,
ciepłej fali powietrza nasyconej ziołami, ściętym zbożem,
mokrą trawą i owocami leżącymi pod drzewami.
(A kiedyś tak miałam).
Męczy mnie miasto, ale przecież…
…za sześć dni o tej porze będę pod innym niebem,
cieszy to, cieszy!
Droga, przygoda, widoki, smaki, ludzie,
wyłączony telefon i prawdziwe wakacje.
Jednak dziś czuję, że jestem w przełomowym momencie życia,
moje pierwsze dziecko opuszcza dom,
nie na wakacje, a na zawsze. NA ZAWSZE.
W poniedziałek.
(Słusznie nie lubię poniedziałków).
Wiem, że będzie chętnie wracać, wpadać nawet na weekend,
ale nie będzie jej na co dzień,
ciężar tej myśli wyciąga mi z oczu łzy,
zamazuje drogę do szukania dobrych stron.
Bo przecież jest jasna strona opuszczania gniazda przez młode,
kiełkuje we mnie ta zuchwała myśl,
że to droga do wolności dla mnie,
dorosłe dzieci to wolna matka,
będę mogła nareszcie żyć tylko dla siebie,
zamknąć gniazdo i nie przejmować się światłem w lodówce,
żyć tak jak ja chcę, nie liczyć się z … i z …,
a że będę wtedy po pięćdziesiątce?
E tam, w życiu nie będę na tyle wyglądać!
Od razu mi lepiej, do poniedziałku jeszcze cały weekend,
w sobotę przyjeżdża do mnie Aniaha,
zrobię kolację na tarasie,
wypijemy wino,
przecież nie mogę być nieszczęśliwa tylko z tego powodu,
że moje dziecko jest szczęśliwe i podekscytowane.
A jest, jest!
Li.


A to Polska właśnie.

Sierpień 14, 2013

Polak nie wie, ale wie na pewno.
Śmieszne, choć przerażająco obnaża poziom narodu:)
Li.


Do serca przytul psa.

Sierpień 10, 2013

Vincent, czyli Wicek, piękny bokser,
pies mojego zmarłego Taty pobiegł dziś do Krainy Wiecznych Łowów.
Nigdy nie przestał tęsknić za swoim Panem,
po odejściu Dżordża stracił radość życia,
postarzał się gwałtownie, czekał i czekał,
coraz bardziej zrezygnowany.
Był grzeczny jak zwykle, ułożony, miły i przyjacielski,
ale to nie był już TEN pies.
Ech Wicuś, biedaku Ty mój, nareszcie doczekałeś końca tęsknoty.
Myślę, że już jesteś u nogi swojego Pana, szczerze w to wierzę.
Kładziesz mu łeb na kolanach z wiernością i oddaniem w oczach,
Dżordż głaszcze Cię po Twoich aksamitnych uszach,
mówi do Ciebie, a Ty wszystko rozumiesz.
Mądre i dobre psisko było z naszego Wicka.
Li.


Jest ok, a nawet lepiej.

Sierpień 10, 2013

Miałam nie pisać, ale będąc konsekwentną w swej niekonsekwencji… ech…
a naprawdę to chcę zakończyć dyskusję o moim psychofanie,
szkoda na niego słów, machina ruszyła, on pogrąża się coraz bardziej,
a jednocześnie gorączkowo czyści bloga, zaciera ślady, usunął moje zdjęcie itp., jednym słowem zachowuje się jak absolutnie niewinny człowiek na którego rzucono niesłuszne podejrzenia, haha.

Mam od kilku dni w domu gości, troje Włochów z Sycylii.
Fajnie jest, gotuję im, piję wino na tarasie
i staram się nie pamiętać,
że za dziesięć dni Karolcia wyfruwa z domu, zaczynając snuć swoją nitkę życia, jeszcze splątaną z moją, ale już swoją.
Wsadzę ją w samolot, wypłaczę się, a potem trzeba będzie przeorganizować życie i szukać dobrych stron
-jedną już mam- zawsze mogła wyjechać na studia do Białegostoku,
tam jedzie się dłużej niż do Edynburga.
Ja histeryzuję, a ona zupełnie spokojnie umawia się do kosmetyczki,
fryzjera i dentysty.
Ja wpadam w panikę, a ona przynosi kartony z pobliskiego sklepu
i pakuje swoje rzeczy.
Ja ciągle nie wierzę, a ona już rozmawia z ludźmi ze swojego roku poznanymi na forum.
Odważna jest, jestem z niej dumna.

Będę mieć piątego kota.
Czarnego.
Sprawa honorowa, nic na to nie poradzę, tak musiało być.
Cała historia jest świetnie opisana tu.
Wspaniała kobieta z tej Anki,
cieszę się, że ją poznam przy okazji przekazania Czarnego.

I to jest życie, które mnie cieszy, bawi i dostarcza wzruszeń.
Lubię być mięciutka, gdy jednak ktoś zaczyna robić mi krzywdę
i przekracza cienką, czerwoną linię,
zamieniam się w potwora.
Skutecznego potwora.
Nie boję się walki i zdobywania łupów.
A obecnie chcę mieć na tacy głowę pewnego biednego rencisty,
który wierząc w swoją wirtualną wielkość, nieomylność i anonimowość zapomniał, że wielkość w necie broni się tylko wielkością w realu.
Gdy w życiu realnym jest się małym,
to rozdęte internetowe ego pęka szybciej niż nadepnięta wydmuszka.
Miotanie obelg, wyzwisk i obrzucanie wirtualnym błotem,
świadczy li i jedynie o jego bezradności,
takiej jak u latajacego wzdłuż siatki wiejskiego kundelka,
co to chciałby ugryźć, ale nie może.
I nie tylko dlatego, że brak mu zębów.

A może by tak zrobić zrzutkę na dentystę i protetyka?
Bądźmy lepsi, podarujmy mu odrobinę normalności
w postaci możliwości pogryzienia drugiego dania.
Bo przyszło mi do głowy, że to niemożność smakowania życia
wzbudza w nim taką agresję do nieznanych mu przecież ludzi.
Li.


Kto zna tego człowieka?

Sierpień 8, 2013

Mam psychofana.
Człowieka, który na moim blogu przesiaduje godzinami, założył dwa blogi na mój temat, a na swoim blogu co jakiś czas poświęca mi notkę.
Ostatnio do notki dołożył moje zdjęcie ze strony TVN z programu “Ugotowani”, imię, nazwisko i zawód.

Człowiek ten pochodzi z Tych.
Pisze pod nickiem Katon Najmłodszy lub Dep.

Kto z Was go zna?

Jego zdjęcie wisi w tym miejscu, obejrzyjcie sobie.

Zleciłam specjaliście zrobienie internetowego wywiadu na jego temat.
Wiem zaskakująco dużo.
Nazywa się Dariusz P.
Ma żonę G., a co dziwne-byłą kierowniczkę Sekretariatu Wydziału Karnego Sądu Okręgowego w pewnym mieście na Śląsku.
Kobieta ma  świadomość prawną wyższą niż przeciętna cura domestica, może poinformuję ją o poczynaniach jej męża.

Dariusz jest działaczem Ligi Polskich Rodzin,
ale na szczęście nie wygrał żadnych wyborów,
w 2005 roku startując z Listy LPR-u otrzymał zaledwie 325 głosów.

Do szkoły podstawowej chodził w Starym Wiśniczu,
potem w Sichowie Dużym, by ostatecznie skończyć SP nr 21 w Tychach.

Poszedł do I LO w Tychach, ale nie skończył pierwszej klasy, dalszą naukę kontynuował w Liceum Zawodowym Ministerstwa Przemysłu Maszynowego.

Jeszcze nie mam informacji czy zdał maturę.

Mam jego NIP, PESEL, adres domowy, dane co do działalności gospodarczej, wypowiedzi na forach, stan rodzinny, imiona rodziców, nawet screeny z Naszej Klasy,
gdzie występuje jako Darek P.

Dariusz wykazuje chore zainteresowanie moją osobą,
ale ponieważ nie odpowiadam na jego zaczepki,
wydaje mu się, że uderza coraz mocniej.

Aż zrobił błąd i przekroczył granice prawa.

Warto było czekać.

Mam w ręce bardzo dużo argumentów, wiem że wygram sprawę przeciwko niemu,
a będąc pewną wygranej mogę sobie pozwolić na taką właśnie notkę, by przestrzec innych że nie są w internecie anonimowi,
że nie mogą bezkarnie obrażać, lżyć, upokarzać i wyśmiewać,
że nie mogą bezkarnie używać cudzego wizerunku.
Ja nie jestem typem ofiary, co to to nie:)

Jednocześnie też apeluję do kobiet idących za tym typem sznurem- dziewczyny, opamiętajcie się!
Ten człowiek nawet nie ma zębów! A wiem to z pewnego źródła:)
Ten człowiek posługuje się cudzymi tekstami i wydaje się być inteligentem,
to jest jednak wydmuszka.
Do mnie nie mógł podskoczyć,
choć bardzo się starał i dlatego próbuje się mścić.

A wszystkich moich wiernych, kochanych czytelników gorąco pozdrawiam, wrócę po wakacjach,
niech moc będzie z Wami!

I może jednak ktoś z Was Dariusza osobiście zna? :)
Czekam na maile!

Li.


Przerywam śluby milczenia.

Sierpień 4, 2013

Żyję, żyję, co mam nie żyć.
Żyję w dodatku bardzo intensywnie, nowe sprawy,
znajomości, igraszki losu
i zbliżająca się nieuchronnie data wyjazdu Karolci do Edynburga
porządkują moje dni i noce.
Nie piszę, bo nie.
Są ludzie, którzy w necie nie lubią mnie tak bardzo,
że chce im się szkodzić mi w realu,
a na to nie mogę sobie pozwolić.
Przestałam więc pisać, karmić ich swoim życiem,
zeszłam do podziemia,
jestem szczęśliwa i zadowolona,
bo wszystko idzie w dobrym kierunku.
Spotykają mnie śmieszne historie,
ostatnia była naprawdę zabawna,
bo wyobraźcie sobie, że kilka dni temu,
przed północą,
na stacji benzynowej pod Opolem,
gdy wracałam z Karolcią z Niemiec,
zaczepił mnie miły facet z pytaniem:
przepraszam, czy Pani nie brała udziału w “Ugotowanych”?
Och, sława poszła w świat, oj poszła:)
Ad rem: wrócę, bo takie jak ja zawsze wracają,
na maile prędzej czy później też odpiszę,
ale teraz robię sobie przerwę,
żeby nie karmić trolli,
potem wyjeżdżam na wakacje do Bułgarii,
autem przez Rumunię, szerokimi łukami
i koniecznie przez Trasę Transfogarską,
z przyjaciółką i Młodszą,
mamy zamiar mieć po drodze przygody i absolutny brak planu,
nic nas nie będzie gonić, nikt na nas nie czeka,
tylko droga, ciekawe miejsca, a potem plaża, morze i może…
Życie jest piękne, w tej materii nic się nie zmienia.
Ściskam mocno!
Li.


Cogito, ergo sum.

Lipiec 1, 2013

GrecjaMam bardzo wiele do powiedzenia, dlatego milczę.

Dzieci od wczoraj w Grecji, przesyłają mi swoje widoki,
Nemo zapłacił, ale z nimi nie poleciał,
matura zdana bardzo dobrze,
dynia na tarasie szaleje,
a ja tu tkwię i próbuję sama wydłubać się do życia.
Samodzielność jest przyszłością narodu:)
Miłego dla Was i przepraszam iż chwilowo nie odpisuję na maile,
ale nie mam czasu, poważnie.
Li.


Przelotem, bo zaraz idę na śniadanie z H.

Czerwiec 21, 2013

Upał.
Dwa razy dziennie poję kwiaty na tarasie.
Koty szukają najchłodniejszych miejsc,
wczoraj cała czwórka zgodnie koczowała w łazience pod wanną.
Upał.
(A to nie sprzyja myśleniu).
Karolcia wróciła wczoraj szczęśliwa i już wiedząca,
że dostała się tam gdzie chciała.
Mam dziecko w domu ostatni miesiąc,
jeszcze nie mam planu rozpaczy i tęsknoty
i oby go nie było.
Będzie się latać na inspekcje
i jakoś to będzie.
(Bo przecież nie może być inaczej).
Jestem z niej dumna,
wydoroślała i wie czego chce.

Kłócę się z Nemo.
Li i jedynie o sposób utrzymania dziecka w Szkocji.
Po dziewięciu latach wciąż nie potrafi rozmawiać ze mną normalnie.
Jak to możliwe, że taki dzieciak ma taką dorosłą córkę?
Ostatnio znalazł sobie nową rozrywkę-liczy głośno
szczególnie przy córkach, ile zostało mu jeszcze życia.
Do niedawna było to pięć lat, bez trzech miesięcy,
kilka dni temu były to już trzy lata.
(Bo podobno statystka jest nieubłagana).
Mądrości te wygłasza zaciągając się kolejnym papierosem,
wszak powszechnie wiadomo, że palenie wydłuża życie.
Nie wiem, gdzie w tym wszystkim jest kobieta-koń,
ale jeżeli odpowiada jej zalewający robaka
i palący jak smok chory facet,
to cóż ja mogę?
Tylko współczuć, co niniejszym czynię.
Nie chciałabym tylko,
by nasze dzieci zostały przedwcześnie osierocone,
ale to już kwestia osobistej odpowiedzialności.
Ja tam za bardzo kocham dzieci i życie,
by wybierać się na tamten świat.
Nemo kocha tylko siebie,
więc chyba rzeczywiście jest mu wszystko jedno.
Li.


Tylko daję znak!

Czerwiec 19, 2013

Zwyczajnie.
Działo się.
Świat zwariował, ale mnie udało się zachować zdrowe zmysły.
(Złe przeszło i niech już nie wraca).
Zajęłam się rosnącą kolejką nowych spraw.
Karolcia od poniedziałku w Edynburgu,
właśnie w tym momencie ma rozmowę,
na którą dostała zaproszenie zaledwie w czwartek.
Szaleństwo! Bilety na samolot, szukanie hotelu, tysiące rad
i dziecko moje starsze ukochane,
całkiem spokojnie od poniedziałku przesnuło się po mieście,
pozachwycało,
poszło nad morze, zrobiło ciuchowe zakupy,
zawarło kilka ciekawych znajomości
i własnie tuż przed wejściem na rozmowę odkryło,
że nie ma guzika w koszuli. Na samym środku.
Gryzę palce i czekam na rezultat.
Długo nie pisałam?
Ktoś tęsknił?
:)
Jest coraz lepiej, choć alergia nie odpuszcza.
Ale już nie na życie!
Uratowało mnie poczucie humoru i śmiech,
bo nawet największy problem można zabić śmiechem.
Albo go przynajmniej osłabić.
Uśmiechnij się, własnie teraz- uśmiechnij się!
Złagodnieją rysy, oczy seksownie się zmrużą,
życie jest przecież takie piękne,
trzeba tylko mocno kopnąć zasłaniające widoki trudności!
Boli mnie noga od tego kopania,
ale przynajmniej znowu mam jakieś widoki!
Li.


Nie, bo nie.

Czerwiec 5, 2013

Mam uczulenie na truskawki, a przy okazji na cały świat.
Jestem rozdrażniona i wściekła,
lepiej więc omijać mnie szerokim łukiem,
bo mogę rzucić się do gardła, niewinnego gardła.
I tyle mam do powiedzenia na temat dlaczego nie piszę.
Wszystko wokół tonie,
a te cholerne problemy swobodnie spływają.
Szumowiny jedne!
Li.


Dzień w kolorze cytryny.

Czerwiec 2, 2013

Turyn8

Turyn7

Turyn6

Turyn9

Rano wyszło słońce, osuszyło mokre tarasowe poduszki
i możemy nareszcie tam siedzieć, pić kawę
i cieszyć się swoim towarzystwem.
Jest nas o jedną mniej, bo B.
w tajemniczy sposób wyszła nad ranem
i jeszcze nie wróciła.
Podobno jest już w Warszawie:)
Ale jak jej udało się nie obudzić psa?

Karolci też jest dobrze,
a to zdjęcie z cytrynami jest motywem dnia!
(Wracam do dziewczyn,
choć pewnie nawet nie zauważyły, że mnie nie ma :)

Li.


Wchodzę, spadam, tłukę sobie tyłek, wchodzę, spadam, tłukę sobie tyłek, perpetuum mobile.

Maj 31, 2013

Turyn5

Ostatnio miewam w życiu pod górę,
mozolnie wspinam się na kolejną skalną półkę,
z której zrzuca mnie w dół byle podmuch.

Ale takimi schodami w górę mogłabym iść.
Przynajmniej byłoby pięknie.
W pięknie jakoś lżej.

Zdjęcie przesłane przez Karol, oczywiście.
Li.


Wystarczy wsiąść do samolotu, albo iść na Kleparz:)

Maj 31, 2013

Widok z jednego okna:

turyn3

Widok z drugiego okna:

Turyn2

Karolcia jak zwykle niezawodna- przesyła mi zdjęcia.
Jest w Turynie, u moich przyjaciół,
a przy okazji u swojego ojca chrzestnego,
jakkolwiek to brzmi :))
Wczorajsze zdjęcie kolacji wywołało u mnie wilczy głód,
bo jak tu się oprzeć?

Turyn

A ja mam za oknem szare krakowskie niebo,
ale zaraz kupię na Kleparzu wielki pęk piwonii,
odbiorę zamówione różowe zwisające begonie,
dolce vita i dolce far niente można znaleźć i w sobie.
Cieszę się na sobotę,
liczba nicków przyjeżdżających wzrosła
do trzech znakomitych sztuk, o!
Ale popatrzyłoby się z okna na Alpy,
nie ma co się oszukiwać… :)
Li.


Życie, życie jest nowelą…

Maj 30, 2013

Odwiozłam Karolinę na lotnisko,
a potem nie mogłam powstrzymać łez.
Poleciała tylko na kilka dni do Turynu,
a ja nagle uświadomiłam sobie,
że za dwa miesiące poleci już “na zawsze” do Anglii
i przestanę ją mieć na wyciągnięcie ręki.
Jestem rozbita na dwa kawałki-jeden kibicuje marzeniom dziecka,
drugi egoistycznie chce dziecko mieć w domu.
Te moje uczucia zawsze muszą być pokręcone i nieoczywiste-
nie boję się o dziecko, bo wiem że da sobie radę,
ma bazę i horyzonty,
boję się o siebie, o pusty pokój,
nie lubię tęsknić,
nie lubię braku przytulenia,
nie lubię odległości,
nie lubię nie mieć na oku,
kocham ją tak mocno, że mocniej już się nie da,
a trzeba było nie zachęcać jej do nauki angielskiego,o!

Póki co, zwolniło się na weekend jedno podwójne łóżko.
Miało być osiem nicków, przyjeżdżają tylko dwa.
Ale za to stacjonarni nie zawiodą, prawda?
W sobotę, o 19.00 zaczynamy imprezę na tarasie,
nie przewiduję burzy i chłodu,
będą zapalone świece, wino, jedzenie,
snujące się między nogami koty i powarkujący na nie pies.
Każdego kto ma ochotę na spotkanie
i nie jest morderczo nastawiony- zapraszam.
Wstępem jest butelka wina i coś do jedzenia.
Mogą to być nawet rzodkiewki:)
Kontakt na maila!
Li.


Żyję, żyję, co mam nie żyć:)

Maj 27, 2013

taras

Świece, zapalane wieczorami na tarasie ocieplają  mi życie.
Skupiam się na momentach przyjemności,
dają mi siłę, rosnę i idę dalej.
Jest lepiej, bo nie mogło przecież być inaczej,
znowu rosną mi skrzydła!
A najbardziej cieszę się z poznawania nowych ludzi,
spędzania z nimi wieczorów,
kolacji do nocy i dobrego wina.
Zaprzyjaźniam się ze świetną polsko-włoską parą,
na co dzień mieszkają w Weronie,
ale parę dni w miesiącu zawodowo są w Polsce.
Albi mówi po polsku, uczy go żona,
a że kobieta ma fantazję i pragnie wywrzeć na nim swoje piętno,
to blisko dwumetrowy facet smacznie używa,
jakże przeze mnie ulubionych zdrobnień-
idziemy do samochodziku?
wsiadasz w samolocik i jesteś!
ale piękny tarasik! jak ogródeczek! jajeczko?
kieliszeczek? pieseczek? koteczek? ogóreczka?
Śmiałam się do łez.
Tego mi było trzeba, o!

taras2

Karol zrobiła zdjęcie iPhone’m, panoramiczne cuda Panie, cuda:)
Li.


Ech…

Maj 18, 2013

Dziś niebo miało kolor nieskończonego błękitu,
rzadki to widok nad Krakowem.
Zbłękitniało dla Marka Jackowskiego.

Zasmuciła mnie wiadomość o jego śmierci,
przecież nie miał jej w najbliższych planach.
Ostatnio za dużo myślę, nie są to myśli wesołe,
jest jak jest,
trzeba walczyć,
pozwalam sobie tylko czasem
na luksus tęsknoty
za niegdysiejszą bezmyślnością i beztroską.
Czasem słońce, czasem deszcz… u mnie ciągle ostatnio pada.
Przygniatają mnie problemy,
ale gdy dziś przez cały dzień sprzątałam taras,
rozkładałam namiot, sadziłam kwiaty,
zaświeciło we mnie na chwilę słońce.
Może idzie zmiana?

Nie chcę skończyć się nagle
i tak zupełnie bez przygotowania.
Li.


Niekonsekwencja.pl

Maj 17, 2013

Wolno idzie, ale idzie.
Festina lente!
Dziś jest równe minus 9 kilo.
Wolno idzie, ale..
Ale LEPIEJ MIEĆ MINUS DZIEWIĘĆ, NIŻ JE MIEĆ!
Nawet jak to trwa i trwa.
I to jest hasło na dziś.
Inna sprawa, że wolna od grzechów to ja nie jestem,
uczciwie przyznaję.
Stres maturalny niejedną czekoladę
wepchnął mi w usta!
Siłą, rzecz jasna:)

Muszę zacząć intensywniej ruszać się,
co polega przede wszystkim na zejściu z kanapy.
Bo kije od czasu do czasu trudno uznać za regularny ruch.
Ale czy tylko ja tak mam, że nic mi się nie chce?
Stany depresyjne, podepresyjne, quasi-depresyjne,
zniechęcenie, smutki-drutki, wiarybrakowacze,
starzy znajomi znowu wpadli bez uprzedzenia
i wysysają ze mnie energię.
W przyszłym tygodniu będę mieć trochę luzu,
Młodsza na cały tydzień jedzie na Litwę i Łotwę,
jak nie zacznę czegoś robić dla siebie,
to stanę przed lustrem i obrzucę się wyzwiskami,
z których “Ty stara babo” będzie najłagodniejszym.
Tylko jak postawić się do pionu,
gdy wszystko wokół leży?
Li.


Vacatio blogis.

Maj 15, 2013

Chwilowo przerwę nadawanie programu.
Mam dużo pracy, a jeszcze więcej przemyśleń na temat formuły bloga.
Wiem, wiem, temat wraca jak bumerang,
ale mam zbyt wiele do stracenia.
Przeraziło mnie wczorajsze stwierdzenie
mojej przeciwniczki procesowej,
że mam “fajnego bloga”.
(Tak, tak, wiem, że Pani to przeczyta:)
Niestety, przez zakład o skrzynkę wina straciłam resztki anonimowości.
A przecież zawodowo mam mieć kły, wyrywać serca,
deptać po emocjach, iść po zwycięstwo ze śpiewem na ustach
i nie brać jeńców.
Zauważam więc pewną sprzeczność,
w samoprzekazie na własny temat,
na blogu wszak bywam mięciutka,
a kto widział mięciutką papugę?
Muszę pomyśleć, a zrobię to jutro.
Ewentualnie pojutrze.
Na razie pracuję, sadzę kwiaty na tarasie, hoduję dynie
i cieszę się, że moja ukochana córka ma już wakacje,
bo przecież ustny angielski w przyszłym tygodniu
zda na luzie na maksymalną ilość punktów.
Nie może być inaczej!
Miłego dla Was
i nie cieszyć się, bo wcale nie znikam:)
Li.
PS. Bardzo lubię dostawać od Was maile,
ale naprawdę nie mam czasu odpisywać na bieżąco,
niemrawo mi to idzie, przyznaję.
Przepraszam, bardzo przepraszam!


Wstałam, usiadłam, napisałam.

Maj 13, 2013

Namówiona przez Młodszą poszłam na “Oszukane”.
Filmu nie będę krytykować,
bo tak obezwładniające jest źródło inspiracji-
prawdziwa historia dwóch rodzin,
których dzieci zostały zamienione w szpitalu,
że nieważne robią się liczne niedociągnięcia.
(Ale Katarzyna Herman jest doskonała!).
Oczywiście mając oczy na bardzo mokrym miejscu,
popłakałam sobie w ciemności kina Ars,
bo jak bumerang wróciła do mnie historia sprzed prawie 19-tu lat,
gdy wymęczona dwudniowym porodem,
dostałam nareszcie swoje dziecko,
rzucone na szpitalne wyro przez niemiłą i bezczelną salową,
przynoszone tylko w porach karmienia
i podniosłam larum, bo to nie było moje dziecko
(urodziłam czarnowłosą dziewczynkę, dostałam blondynkę).
Straszne to były czasy, bo dopiero raczkowało “Rodzić  po ludzku”,
Starsza przynoszona w tobołku do karmienia,
leżała w sali pełnej płaczących, samotnych dzieci,
Młodsza pięć lat później,  była już ze mną przez cały czas,
co porównując obie moje córki  prowadzi mnie do wniosku,
że spokój i bezpieczeństwo post-prenatalne mają niebagatelne znaczenie.

Późną jesienią, zamiast kwiatów
dostałam piękną, pomarańczową dynię.
Stała na schodach i rozświetlała jesienne szarugi,
z czasem wyrzuciłam ją na taras,
do jednej ze skrzyń,
robiła się coraz mniejsza,
jak pomarańczowy oklapnięty balonik.
Zgniła, oklapła do końca,
został z niej tylko pomarańczowy berecik,
podniosłam go za antenkę, a pod nim,
z wysypanych pestek wyrosły mi małe dyniątka,
cud natury i życia,
w tym roku na tarasie w jednej skrzyni hoduję dynie!
Mają już dziesięć centymetrów i rwą się do życia.
Zobaczymy co z nich wyrośnie,
coś czuję, że to będą niezłe ziółka:)
Li.


O niczym, a to aż jeden dzień z mojego życia.

Maj 9, 2013

Sąd w Opolu należałoby zrównać z ziemią.
I więcej nie napiszę, bo gdy nagle się zawali,
to będzie na mnie.
No cóż, trzeba będzie karnąć się tam jeszcze w październiku.
Ale po rozprawie, na której po raz kolejny nic się nie działo,
a sędzia spał, jak zwykle dyskretnie budzony przez protokolantkę,
poszłam z klientem do Wenecji,
to klimatyczna knajpka,
poczułam się wakacyjnie,
świeciło słońce, szumiała kaskada,
barka uspokajająco kołysała się na wodzie,
a wraz z nią świetna kawa w filiżance.
Zjadłam krewetki i wróciłam do Krakowa.
Straciłam dzień, czy go przeżyłam?
Pomyślę o tym w wannie.
Li.


Wszystko mija, nawet najdłuższa matematyczna żmija.

Maj 8, 2013

Matura przeszła wraz z matematyką, reszta jest drobnostką.
Karolci lżej o rytualnie wyrzucony maturalny cyrkiel.
Bogu był ducha winny, ale uosabiał matematyczny stres.

Przygotowuję się
do jutrzejszego wyjazdu do Opola.
Na razie siedzę i patrzę na grube akta.
Najlepiej oczywiście przygotowywać się
poprzez pisanie o przygotowywaniu się.
Mam miszcza w przygotowywaniu przygotowania.
Mam również zimowe opony.
Oraz brak sił, chęci i entuzjazmu.

Dziś na rozprawie usłyszałam od sędzi słowo “grzywienka”.
Nie znoszę zdrobnień, tej kawki, herbatki, zupki,
ogóreczka na kanapeczce, pomidorka z jajeczkiem,
papieroska, auteczka, pieniążków i dupci.
Chyba mam zły humorek.
Główka mi pęka, nie mam kawusi, bo zabrakło mi kapsułeczek,
nie mam jedzonka dla moich koteczków,
muszę wyjść z domku i pojechać do sklepiku.
Li.


Potopu nie było:)

Maj 8, 2013

Karolina wróciła z wczorajszej matury z konkluzją,
że nie trzeba czytać lektur, by ją zdać.
Choć ona “Przedwiośnie” przeczytała.
Po opublikowaniu odpowiedzi ujawnił się jakże znaczący błąd-
zamiast “cyberprzestrzeń” napisała “cybernet”.
Machnęłam tę maturę w pół godziny, dramat, dramat, dramat,
jeżeli po czymś tak żałośnie prostym
ma się mieć zdaną maturę z języka polskiego,
udzielając w dodatku minimum 30 % prawidłowych odpowiedzi,
to ten kraj utonie w oceanie niewiedzy,
głupoty i średniactwa w dolnej granicy normy.
„Taka będzie Rzeczpospolita, jakie jej młodzieży chowanie” .
Może i gadam jak stary ramol, ale na litość boską,
przy ogólnym upadku obyczajów i autorytetów
niech przynajmniej ta matura będzie
jakimś osiągnięciem i szczytem do zdobycia.
Bo gdy trudno będzie zdać maturę,
to może zacznie się cenić wiedzę.
Na razie zdanie matury kojarzy mi się
ze zdobyciem górki w parku.

Najbardziej idiotyczną sprawą jest klucz do odpowiedzi.
Sprowadza myślenie na utarte tory, schematy i zabija kreatywność.

Li.


Maturalnie drżące ciało. Matki.

Maj 7, 2013

Obudziły mnie ptaki za oknem
i mogę przysiąc, że słyszałam sroki wrzeszczące:
“wstawaj, wstawaj, dziś matura, matura, matura”.
No to wstałam, bo co będę tak sama sobie leżeć.
Maturzystka jeszcze śpi.
Wczoraj obejrzała po angielsku dwa filmy,
kupiła dziesięć  długopisów z czarnymi wkładami,
pomalowała na czerwono paznokcie,
zachowuje siłę spokoju,
który burzy jedyna osoba, czyli ja.
A burzę bo wiem, że genów się nie oszuka,
a moją przypadłością, zawartą niewątpliwie w genach
jest niezwykła umiejętność otrzymywania pytań
dokładnie z tego 1 % materiału,
którego nie przerobiłam.
Karolcia jest oczytana, ale nie raczyła przeczytać “Potopu”,
nie jestem w stanie tego zrozumieć,
bo to jedna z moich ukochanych do dziś lektur,
najwidoczniej w tym przypadku
to nie moje geny doszły do głosu.
A jak do jasnej ciasnej będzie “Potop”?
(To popłynie, nomen omen).
Jedyna nadzieja w genie wodolejstwa,
ten po kądzieli odziedziczyła na pewno.

I… głęboki wdech, spokój, zakaz panikowania,
wyprowadzę psa, potem podam dziecku latte do łóżka,
udam, że dzień jak co dzień,
ostatecznie genów się nie oszuka,
matka zdała, ojciec zdał,
będzie dobrze, bo nie może być inaczej!
Li.


Życzę sobie rewolucji.

Maj 4, 2013

Najlepszym prezentem imieninowym było uświadomienie sobie,
że dziś jest dopiero sobota!
(A pół dnia tkwiłam w przygnębiającym przeświadczeniu,
że mija mi niedziela).

Weszłam do wanny na godzinę, piana sięgała sufitu,
mocząc wygrzebaną z półki książkę,
nie czytam poradników,
ale ten zawsze dobrze na mnie działa:
“Grzeczne dziewczynki idą do nieba,
a niegrzeczne idą tam gdzie chcą”.
Trochę nudnawe, podające oczywiste oczywistości,
ale gwałtownie poczułam,
że potrzebuję wzmocnić się
słowem, myślą, a potem uczynkiem
i zadbaniem o siebie i swoje potrzeby.
Albowiem i mianowicie
do końca wypełniło się we mnie poczucie
pomijania przez najważniejszą dla mnie osobę,
czyli mnie.
Wchodzą we mnie bez pukania natrętne myśli,
że może już nie mam prawa niczego oczekiwać?
Niczego ciekawego, fascynującego, zabawnego i świeżego?
Że może już za mną  niesamowite przygody, wielkie wyzwania,
ciekawe podróże,  barwne  życie i niezwykli  ludzie,
że teraz mam przed sobą prostą drogę do
wcale nie pogodnej starości,
byle jakiej codzienności,
będącej w swej istocie “przetrwalnikiem”,
bo mnie w szarym nie do twarzy,
a tylko taki kolor mają ostatnio moje noce i dnie,
że moje dzieci, ich sprawy, ich życie,
codzienna praca, walka o ogień,
zgubienie po drodze siebie…
ech.
Nie, nie mam depresji, ciągle kocham życie,
choć miłością coraz mniej odwzajemnioną,
nie ma szału, ledwo się żarzy,
zwyczajnie nie wychodzi nam wspólna szarość.
Z rezygnacją widzę, że wcale nie chcąc,
stoję na wysokim urwisku,
w zasięgu wzroku nie ma żadnego mostu ni promu,
nie cofam się, ale nie mogę zrobić kroku naprzód,
bo spadnę.
Drepczę więc w miejscu z pięknym widokiem
i czasem chce mi się wyć.
Do przodu posuwa się tylko czas.
Wkurwia* mnie ta stagnacja
i tyle tytułem imieninowego podsumowania.
Mimo woli.
Li.
* to idealne słowo oddające mój stan,
wrażliwych za nie przepraszam.