Piątkowy spleen.

20 Maj, 2022

Dałam sobie dziś przyjemność bycia w złym nastroju. Jestem zmęczona ostatnim tygodniem, Vangelis umarł, Gusia nie przyjeżdża na weekend, dość powodów, by wyłączyć telefon, zamknąć się w domu i sprzątać.

Ale postanowiłam, że jutro będę mieć cudowną sobotę, mam miłe spotkanko, a poza tym wstaję skoro świt na giełdę kwiatów, nakupię naręcza lilii i może w celach motywacyjnych trochę kwiatów na jeszcze nie sprzątnięty taras. Huk roboty, huk!

I tak ma być. Póki marudzę, cieszę się, sprzątam i ogarniam kocie kuwety, to żyję.

Li.


Dlaczego nie mam czasu na tutejsze żyćko.

18 Maj, 2022

Przecież banału o tym, że wszystko się zmienia nie będę Wam pisać… To już nie są jakże beztroskie lata między czterdziestką a pięćdziesiątką. Ależ miałam wtedy wyrzut życiowej energii, wybudowałam dom pod gwiazdami, miałam tyle towarzyskich sznurków, istne kipu, telefon dzwonił bez wytchnienia.

A dziś? Nie ma beztroski, ale robię wszystko, by nie popaść w zmartwienia, co to to nie!

Mam pod opieką dwie mocno starsze panie, z których jedna oświadczyła mi ostatnio, że ma wirusa w telefonie, bo gdy rozmawia przez telefon, to boli ją gardło i robi się agresywna. Dzwoni do mnie kilkanaście razy dziennie, zapomina, że już dzwoniła, pyta co zrobić, bo ma zepsuty telefon i nie może się do nikogo dodzwonić, ale dzwoni do mnie z tego wlaśnie telefonu, czego nie zauważa. Pyta do czego służy ładowarka, już nie potrafi uruchomić pralki. Ale PiS dalej kocha, ta sfera mózgu pozostała nietknięta, taki beton.

Druga jest starsza od pierwszej, ale dużo mniej problematyczna, stara się być samodzielna, nie znosi PiS-u, więc dla własnego bezpieczeństwa nie mogą spędzać czasu razem. W związku z tym miotam się między jedną a drugą.

Do tego moja była teściowa z bardzo chorym teściem (chyba nigdy nie napisałam o tym, że po latach Wielkiej Smuty jakieś siedem lat temu powróciłyśmy do naszej przyjaźni i miłości i znowu mamy bardzo bliska relację), mocno ją wspieram, dbam jak mogę i poprostu kocham. To ukochana babcia moich dziewczyn.

Wniosek z powyższego jest nieuchronny- najważniejsze jest zdrowie, czego i Wam życzę.

Li.


Jest jak jest.

14 Maj, 2022

U mnie tradycyjnie wszystko w najlepszym nieporządku. Po tak długim czasie ilość życiowych zdarzeń urosła do stosu niemożliwego do opowiedzenia. Ze spraw najważniejszych i wartych zapamiętania wspomnę wyjazd z Gusią do Bolonii i Florencji, musiałyśmy na własne oczy zobaczyć „Narodziny Wenus”, ten obraz przeniesiony na 2000 puzzli przez kilka dni ratował naszą izolację*, a włoskie klimaty nigdy nam się nie znudzą. Ach, no i kilka dni temu Drezno z Galerią Starych Mistrzów.

Najwyższy stopień ważności dałabym historii mieszkających u mnie trzech kobiet z Ukrainy, smutne ale i krzepiące doświadczenie. Ciągle wierzę w ludzi.

Ze spraw życia blogowego, które wbrew pozorom jakoś jeszcze dycha, wspomnę moje spotkanie oko w oko z Agatą, a jest to kobieta która napisała pierwszy komentarz na moim pierwszym blogu, tym na Interii, był to rok 2006, szok!

Ze spraw nieważnych, ale dających świadectwo, że każde świństwo i podłość prędzej czy później dosięgnie kara, to moich „starych” czytelników spieszę poinformować, że kobieta-koń stała się ponurą przeszłością, a Nemo powrócił do życia z piekła, jakie raczyła mu zafundować. Oczywiście, że nie mam nad nim litości, co do zasady, ale nawet on nie zasługiwał na taki los. W każdym razie nareszcie jest normalnie, dziewczyny szczęśliwe bo odzyskały ojca, ja szczęśliwa, bo to był rak mojego życia, cała szeroko pojęta rodzina szczęśliwa. I nikt nawet nie uroni łzy. Ot, życiowy sukces- tak zapisać się w pamięci, że brak obecności budzi wielką radość i jest świętowany.

Nie wiem kiedy tu wrócę na dobre. Intensywnie żyję, cieszę się byle czym, ciągle jestem taka zachłanna na piękno, na tlen, na śmiech, nawet i na łzy, bo czasem płaczę z radości/smutku.

Miłego dla Was, o ile ktokolwiek jeszcze tu zagląda:)

Li.

PS. Oliwka przeżyła zimę, puszcza nowe pędy w stronę słońca!

*prawdziwym wyzwaniem było ułożenie „Gwiaździstej Nocy”, a top wyzwaniem „Wielka Fala w Kanagawie”, polecam, tydzień z głowy:)


Jak pozwać polską rzeczywistość?

18 stycznia, 2022

Marzę o dniu, w którym nie będę zaczynać dnia od przeglądania wiadomości, nie będzie interesować mnie polityka, ani wszelkie inne rodzaje szamba, nie będę emocjonalnie przeżywać niezależnych ode mnie zdarzeń. Marzę o dniu, w którym nareszcie sama przed sobą przyznam, że nie mam wpływu ani na świat, ani na ludzi, ani nawet na lokalne sprawy, więc muszę odpuścić. Wtedy będę wolna i szczęśliwa. Zamknę się w sobie, włączę tryb przetrwania i znowu będę znać wszystkie książkowe nowości i seriale na Netflixie.

Na razie jestem mocno przerażonym człowiekiem, bo nie wiem już gdzie patrzeć, by nie kaleczyć oczu, jak słuchać, by nie słyszeć krzyku, jak mówić, by zostać wysłuchanym.

Czuję się jak gumowa kaczka rzucona w morze i miotana falami. Można oszaleć, bo jak żyć gdy wrażliwość wyje i nie daje o sobie zapomnieć? Jak żyć, gdy rozum walczy z absurdami? Jak żyć, gdy nie da pogodzić się świata wewnętrznego z tym zewnętrznym?

Czekam aż Gusia skończy sesję i muszę… gdzieś… na kilka dni… pod inne niebo.

Inaczej się uduszę. U-DU-SZĘ.

Li.


Mądrego warto posłuchać

12 stycznia, 2022

Utknęłam w bagnie roboty i tylko dlatego mnie tu nie ma.

Ale nie tracę z pola widzenia spraw bieżących, obejrzyjcie ten wywiad, naprawdę warto. O ile oczywiście ktoś ma ochotę jeszcze bardziej się zdenerwować, podnieść sobie ciśnienie i mocniej zaciskać pięści w tej cholernej niemocy.

Li.


Podatków nie da się uniknąć, ale chwilowo można o nich nie myśleć.

4 stycznia, 2022

Staram się odizolować od wiadomości o cenach gazu, inflacji, podwyżce stóp i nowych mega-podatkach. Pomyślę o tym jutro, bo dziś nie dam rady wcisnąć do głowy nowego zmartwienia. Skupiam się na rozwiązywaniu małych spraw, tak by metr po metrze oczyszczać swoją przestrzeń do życia. To trudne, bo sprawy nieustannie płyną wartkim strumieniem, więcej w nich smutku niż radości, ech… radość staje się diamentem naszych czasów- jest coraz rzadsza i coraz trudniej ją znaleźć, zwłaszcza po długiej rozmowie z księgową.

Nic to. Będę pracować mniej i znajdę w tym sens. Remont domu zrobiony, nowe auto mam, ekspres do kawy też, włosy mi odrosły, jestem zdrowa, trzykrotnie zaszczepiona, oprócz błękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba. Może tylko ładnego stolika do pokoju Karolci, takiego do kanapy. Przemalowałam jej pokój i kupiłam różową kanapę. Część sypialna została ściennie różowa i cudownie zgrywa się z zielenią „pokoju do pracy”. Najfajniejsze było to, że Karolci ta spodobała się ta zmiana, po przyjeździe do domu miała miłą niespodziankę. Kanapa jest teraz jej miejscem pracy zdalnej, to jedyna korzyść z pandemii- moje dziecko może pracować z każdego miejsca na świecie.

No i nie zrobiła awantury o naruszanie przestrzeni, prywatności i takich tam… dojrzała czy co? :)

Li.

Lampa rzuca tajemnicze cienie, pięknie to wygląda!


Jak mocny róż ocalił życie.

3 stycznia, 2022

Po jedenastu latach przyszedł czas na pomalowanie łazienki.

Wiadomo- na jeden z tysiąca odcieni różu.

Miał być zgaszony, z kroplą szarości, elegancki, nietuzinkowy. Na kartoniku z testera wyglądał cudownie.

Wyszło jak zwykle, czyli nie wyszło, jest tak mocny, że krzyczy.

Ale ma jedną podstawową zaletę, która uratowała mu życie i gwarantuje brak zamalowania: rano, gdy pierwszy raz po pomalowaniu weszłam do łazienki i spojrzałam w lustro przy jakże niekorzystnym szarym świetle poranka, ten nieszczęsny mocny ścienny róż rzucił taką różaną poświatę na moją twarz, że wyglądałam jak Królewna Śnieżka. Serio!

Krew z mlekiem, idealna cera, rozświetlone lico.

Postanowione, zostaje. Przynajmniej codziennie rano w moim łazienkowym lustrze będę pięknie wyglądać.

Li.


Miałam pisać lekko o życiu, a nie ciężko o śmierci.

2 stycznia, 2022

Spotkałam się dziś z człowiekiem, który twierdzi że uratowałam mu życie.

A ja tylko dwa miesiące temu przekonałam go do zaszczepienia się.

Jego ojciec nie dał mi się przekonać. Tydzień temu zmarł, po trzech dniach choroby.

Wstrząsnęło to mną, bo go znałam, lubiłam i ceniłam, to był dobry człowiek. ( A tak go prosiłam, nawet błagałam, opowiadałam o pobycie w szpitalu…).

Szczepcie się, proszę. Nie sugerujcie się brakiem badań o długafalowych skutkach szczepionek. Życie jest tu i teraz.

Li.

PS. Osiem miesięcy temu leżałam na łóżku na pierwszym planie zdjęcia. Na drugim łóżku leży czarny worek, a w nim zmarła kobieta. Żyła jeszcze na godzinę przed zrobieniem przeze mnie tego zdjęcia. Nie, nie dla sensacji umieszczam to zdjęcie, a ku przestrodze. Sama ledwo żyłam, leżałam pod kroplówką i pod tlenem, ale udokumentowałam cudzą śmierć dla moich nie wierzących w pandemię znajomych. Wysłałam każdemu. Niektórych przekonałam. I dziś, jeżeli choć jedna osoba dzięki temu się zaszczepi, to warto było wrócić do tego koszmaru.


U mnie problemy zawsze się mnożą, mam na to niezbity dowód.

2 stycznia, 2022

Ile razy przyjeżdżałam do matki i parkowałam pod jej domem, obok auta w magiczny sposób materializował się chudy czarny kot. Nie wiem w jaki sposób odróżniał moje auto od innych, ale dobrze wiedział że ode mnie zawsze może liczyć na jedzenie. Po wakacjach udało mi się namówić mamę, by na noc wpuszczała Czarnego do domu, pchał się tam w rozczulający sposób. Doszedł mi więc kolejny obowiązek- regularna dostawa jedzenia i żwirku. Kot zadomowił się od razu, choć niestety ma do dyspozycji jedynie tzw. ogród zimowy, bo nie jestem w stanie przekonać mamy, by pozwoliła mu buszować po całym domu. Ale jest mu ciepło, ma miękkie legowisko, regularne jedzenie, przytył, sierść mu się błyszczy, w ciągu dnia wychodzi, wraca na noc i niezmiennie cieszy się na mój widok.

Od pewnego czasu zauważyłam, że jedzenia idzie dwa razy więcej, kuweta też jakby bardziej zapełniona… hm… czy wyobrażacie sobie, że w domu mojej matki zamieszkał drugi czarny kot, identyczny jak ten pierwszy, a ona niczego nie zauważyła? A ja myślałam, że dwoi mi się w oczach. Znalazł się jakiś kolejny biedak, który przyuważył stołówkę i ciepłe łóżeczko, skorzystał z okazji, podszył się pod pierwszego, wszedł do domu i już z niego nie wyszedł.

Obecnie więc w domu mojej matki (nie przepadającej za kotami) mieszkają dwa czarne koty . Na tyle są do siebie podobne, że nie jestem w stanie odróżnić jednego od drugiego, bo cwaniaki równo się do mnie łaszą, mruczą i dają się brać na ręce. Mam teraz problem, bo za kilka miesięcy wyprowadzamy mamę z tego wielkiego domu do mieszkania niedaleko mnie. Co pocznę z kotami, nie wiem. Mama na pewno nie będzie chciała ich zabrać, miłości do zwierząt nie wyssałam z mlekiem matki.

Oto kolejny dowód na to, że moje problemy zawsze chodzą parami.

Jakieś pomysły? Do siebie nie mogę ich zabrać, bo w kolejce na meldunek u mnie czekają moje koty kancelaryjne- Mecenas i Bandyta. Póki jednak mam Szarego, nie mogę wprowadzić nowego kota, bo zazdrość Szarusia ma konkretną postać- fizjologiczną. Na wszystkim co uznaje za swoje wyłączne terytorium.

Li.


Mam brak poczucia nieistnienia:)

1 stycznia, 2022

Nigdy nie lubiłam przełomu roku, bo niby z czego tu się cieszyć (a przecież zwykle cieszę się z byle czego). Spędziłam więc Sylwestra w sposób najlepszy z możliwych- w łóżku z Netflixem. Mimo wszystko jednak kolejny rok, to mimowolnie kolejne nadzieje i plany. Ja mam tylko dwa życzenia i dzielę się nimi z Wami, życząc Wam tego jak najwięcej: bądźcie zdrowi i wolni! Będąc zdrowym można dokonać rzeczy wielkich, będąc wolnym nie ma się zniewolonego umysłu.

Cieszę się, że jesteście, że się do mnie odzywacie, mam poczucie istnienia, to ważna sprawa w czasach, gdzie nieistnienie i niewidzialność przez innych jest kolejną zarazą.

Li.


Jak ogrzać drzewo oliwne?

28 grudnia, 2021

Z rzeczy ważnych, na tyle ważnych że wartych odnotowania podam, że padł grzejnik w moim oliwnym gaju, na serio martwię się czy moja oliwka przetrwa te mrozy. Rozważam owinięcie jej korony polarowym pledem, może macie jakiś inny pomysł? Rozpalenie wielkiego ogniska w centrum Starego Miasta jest niestety wykluczone.

Li


Mróz mrozi, sumienia też.

27 grudnia, 2021

Za oknem prawdziwa zima z kąsającym mrozem. Myślę o ludziach w przygranicznych lasach, o tym jakim są „zagrożeniem” dla naszego kraju. Polityka, polityka, obrona granic, gloryfikacja służb, przemowy, podziękowania, wysyłanie na poczcie bezpłatnych kartek z podziękowaniami dla „obrońców granic”. Nikt mnie nie przekona, że tak trzeba, że Ci ludzie to tylko pionki w białorusko-rosyjskiej grze. Bo jeżeli gramy tymi samymi pionkami, to w niczym nie różnimy się od reżimów, którymi tak gardzimy.

Dręczy mnie spojrzenie dziecka, rozpacz jego rodziców, męczy wspomnienie dziewczyny z kotem na rękach. Nie umiem sobie z tym poradzić, mój miękki skorpionowski brzuszek jest bezbronny wobec takich ciosów. A ja przecież siedzę sobie w ciepłym domu, piję herbatę z imbirem, teoretycznie to nie moja sprawa. Nie moja, nie Twoja, tylko państwowa.

Chcę się wypisać z takiego państwa.

Li.


Samotność w czasach zarazy.

26 grudnia, 2021

Wieczór spędzam samotnie, ale nie czuję samotności. Wokół mnie krążą koty, szumi woda w zmywarce, ekspres mieli kawę na moje cappuccino, wdycham mocno jej zapach, z każdym łykiem czuję się lepiej, to uzależnienie zostanie ze mną do końca życia. Odpływam w Netflix, w książki, w kąpiel z pianą do sufitu. Wtulam się w kocie futerka i staram się myśleć pozytywnie, albo inaczej- staram się nie myśleć negatywnie. Jeszcze nie tak dawno robiłam sobie dużo przyjemności, teraz walczę, by nie mieć samych nieprzyjemności, bo już brak nieprzyjemności jest przyjemnością. O tempora, o mores!

Dostałam w prezencie przepiękną różową torebkę, róż to kolor który jest coraz bardziej mój, rozświetla szarość i krzyczy, że życie jest piękne, wystarczy uwierzyć mu na słowo.

Li.


Zdrowych Świąt!

25 grudnia, 2021

Święta w weekend to aż namacalnie bolesna niesprawiedliwość, bo brak bonusu w postaci dni ustawowo wolnych od pracy odbiera połowę przyjemności.

Staję się więc swoim własnym producentem przyjemności i popijając drugą kawę z idealnie spienionym mlekiem, nakładam sobie na twarz maseczkę, a pod oczy płatki hydrożelowe, wchodzę z powrotem do łóżka, śpiewa dla mnie Turnau i cieszę się wolną sobotą. Podłogi chwilowo lśnią, okna błyszczą, zasłony pachną Lenorem, wypielęgnowany przez pokolenia i nie do za…nia gen świątecznych porządków trzyma się mocno.

Życzę Wam jak najlepiej, ale szczególnie zdrowia. Gdy jest zdrowie, to jest wszystko. Bo można przenosić góry, myć okna, śmiać się z byle czego i nakładać maseczkę na twarz. Gdy leżałam pod tlenem i walczyłam o przetrwanie, marzyłam o takiej sobocie jak dzisiejsza. Marzyłam o życiu. Szczepcie się!

Li.


Walczę o tytuł Minimalisty Roku!

22 grudnia, 2021

Dawno, dawno temu nie umiałam się rozstać. Potrzebowałam. Obrastałam w książki, płyty, bibeloty, figurki kotów i łososiowe szkło. Dziś walczę o wolność, o odchudzenie mojej przestrzeni, czasem jestem wielkim przegrywem, czasem uda mi się wyjść z potyczki zwycięsko, tak jak z książkami- lekką ręką kilka dni temu wydałam do książkodzielni ponad tysiąc książek, to 1/3 mojego zbioru, miks z lekkich powieści, lotniskowych kryminałów, modnych w swoim czasie dzieł (często nie do przeczytania), trochę romansideł (kto nie czytał Danielle Steel?).

Czego nigdy się nie pozbędę? Harry Potter- cała seria, Don Camillo- cała seria, Herriot- Wszystkie stworzenia duże i małe- cała seria, choć nie wiem gdzie mam „Jeśli tylko potrafiłyby mówić”, Ludlum, Brown, Trylogia, Lalka, Forsyth, Archer, MacLean, Grisham, Yanagihara, Roberts, Mayle, Mate, Joe Alex, Hłasko, Gałczyński, Szymborska, Rusinek, cała Ania, cała Jeżycjada, Igrzyska Śmierci- cała seria, Gra o Tron-cała seria, Lesio i Dzikie Białko, Całe zdanie nieboszczyka, Larson, Ferrante, Link, Pan Samochodzik, MW, to chyba najbardziej żelazny skład.

Figurki kotów też idą do ludzi, ostatnio kilkanaście z nich dałam na kocią aukcję, kilkanaście najbardziej ulubionych stoi między książkami, a ponad trzysta leży w kartonie i czeka na nową ścieżkę kariery. Przestałam zbierać, choć czasem gdzieś na wakacjach spoglądam tęsknym okiem na galerie i targi.

Nie uwolniłam się od jednego nałogu: zakup butów to wciąż przyjemność, której trudno mi sobie odmówić. Ale staram się ją minimalizować, staram się!

Li.


Świąteczny przymus samowykończenia.

22 grudnia, 2021

Patrzę na ubraną choinkę i wcale nie chce mi się wchodzić w tzw. świąteczną atmosferę/magię świąt.

Ale dzieci chcą, no to muszę.

Zaraz więc włączę tryb świątecznego pośpiechu, zakupów, sprzątania i odkurzania abażurów.

Będę wściekła i zmęczona, ale najważniejsza jest tradycja.

Li.


Warto kojarzyć fakty i zaglądać do kalendarza na kilka kartek do przodu.

21 grudnia, 2021

Przez ostatni weekend poprostu sobie pożyłam.

Basen, sauny, masaże, nocne jacuzzi w padającym śniegu, Kobido na twarz i świat jest nasz.

Pojechałyśmy na dwa auta, trzy matki i trzy córki.

No i można spać dziesięć godzin, można nie biegać tylko snuć się w szlafroku, można sobie leniwie czytać, leniwie gadać, lub tylko leżeć na leżaku i gapić się na piękne zaookienności.

Odpoczęłam na maksa, wyluzowałam, wypogodziłam sobie twarz, wybłyszczyłam oczy, wygładziłam skórę, było wspaniale, przyjacielsko, miło, bezstresowo, bezkolizyjnie-cudownie!

Co więc poszło nie tak?

Po dwóch godzinach niedzielnych korków, dotarłyśmy do domu. Po drodze zatrzymałyśmy się w Pszczynie, poszłyśmy do Ilonki, trudno uwierzyć , że to już 12 lat.

Pszczyński Rynek, Daisy, kawa, jarmark świąteczny, autostrada, dom… stęskniona Karolcia i stęsknione koty.

Wieczorem niechętnie zaglądam do kalendarza, by spaść z wysoka w poniedziałkowy dół i co widzą moje błyszczące oczy?

Muszę wrócić w prawie to samo miejsce, bo moje zwoje mózgowe zupełnie nie skojarzyły, że w poniedziałek o 9.00 mam rozprawę w Żywcu.

Mogłam zostać, zostać!

Pobudka o 5.30 zgasiła mi wszelkie blaski.

Li.


Przegląd prasy.

16 grudnia, 2021

W Polsce potwierdzono pierwszy przypadek omikronu. A ile ich rzeczywiście jest? Nie jesteśmy żadną cholerną, zieloną wyspą, epidemia szaleje. Dziś zmarła Alicja Tysiąc, chyba każda kobieta zna jej nazwisko. Ponad 50 dni walczyła w szpitalu z covidem.

W Wielkiej Brytanii spodziewają się miliona zakażeń na dobę!

A co w Polsce?

W Polsce wiadomość dnia: Centralny Port Komunikacyjny powstanie na północny zachód od miejscowości Baranów. Inwestycja zajmie ok. 40 km kwadratowych terenu, na którym znajduje się blisko 20 miejscowości. Dziewięć z nich czeka całkowita likwidacja. Niech ktoś przerwie to szaleństwo!

My przerwijmy to szaleństwo!

Dziewięć wsi do całkowitej likwidacji, a kilkanaście do likwidacji częściowej. Ojcowizny, pola, sady, łąki, polskie wierzby, nad którymi tak lubią się rozwodzić bogojczyźniani patrioci, siedliska zwierząt, dobre ziemie- wszystko do likwidacji. Miliardy złotych wtopione w niepotrzebny Polsce projekt.

Często latam samolotem. Od siebie z domu do lotniska mam 30 minut drogi. Wsiadam i lecę. Moja podróż trwa tyle co: 30 minut drogi, dwie godziny na lotnisku, lot.

Po co to zmieniać? Skrócić podróże pomoże tylko inwestycja w lokalne lotniska. Podróżować przez pół Polski do jakiegoś molocha, jak nie przymierzając w Singapurze, ale bez singapurskich liczb, możliwości i technologii, to katastrofa.

Wszystkie molochy w Polsce mają gliniane nogi.

Li.


W pewnym wieku dorasta się do różu.

15 grudnia, 2021

Dziś musiałam podjąć akcję samoratunkową, bo kto inny mnie uratuje, jak nie ja?

W prywatnej dziesięciostopniowej skali zagrożenia, po bardzo ciężkim dniu pracy wskazówka drżała między piątką, a szóstką- a to już było za dużo, by pomogła wanna pełna piany czy kubek kawy.

Kupiłam więc buty. Bezczelne. Z ogromną różową podeszwą. Tak brzydkie, że aż piękne. Jak Barbra Streisand.

Dodają mi sporo wzrostu i jeszcze więcej pewności, bo mało subtelnie dają do zrozumienia, że mam w nosie to, co ktoś sobie o mnie myśli.

Różowa podeszwa rulez!

:)

Li.


Środa to przedpiątek.

15 grudnia, 2021

Szumem ekspresu łamię domową ciszę, zewsząd wyłaniają się zaspane koty.

Ja kawę, one śniadanko, taki mamy układ (o ile kawę chcę wypić w spokoju).

Na zdjęciu: Sasza, Szary i Bobcio

No nic, trzeba witać dzień powstaniem/Lec.

Przynajmniej ja, bo reszta domu śpi. A dom mam pełen, gdzie te czasy, gdy gniazdo opustoszało…

Szkoda mi Gusi, od marca 2020 roku skończyła swoje studenckie życie we Wrocławiu i „studiuje” on line. To jest ma-sa-kra. W październiku tego roku wróciła na studia stacjonarne, ale ciągle ktoś chorował na covid, więc zajęcia były hybrydowe- ćwiczenia stacjonarnie, wykłady on line. Teraz do 10 stycznia 2022 wszystko znowu jest on line. Życie towarzyskie leży. Od marca 2020 pomieszkuje u nas jej chłopak, mam więc synusia i regularnie wyrzucane śmieci.

Karolcia szczęśliwa, bo ma siostrę w domu. Karolcia po kilka miesięcy bywa w Polsce, w kontrakcie ma zagwarantowaną pracę zdalną, więc grzeje się w domowym ciepełku i pracuje. Dla niej układ idealny. Ma koty pod ręką i rodzinę na zawołanie (obiaaaaad :)

Szkoda, że młodość im mija na mieszkaniu z matką, szczęśliwie możemy rozproszyć się po domu, bo czasem się nie da, no nie da!

Hormony, wspólne cykle, biomet niekorzystny, te same geny=mieszkanka wybuchowa.

Ale pełna miłości, wsparcia, przyjaźni i poczucia, że nie jest się samotną wyspą.

Moje córki to moje największe życiowe szczęście, nie wiem czym sobie zasłużyłam.

Li.


Zadbać o dziecko to obowiązek matki.

14 grudnia, 2021

Zabezpieczyć przed zimą ciepłolubne dwumetrowe drzewko nie jest łatwo.

Ogrzewanie jest bardzo delikatne, tak tylko by złamać zimne powietrze. Namiot jednak chroni przed ukąszeniami mrozu, myślę że moje wiekowe dziecko przeżyje zimę.

Będę go doglądać!

Li.


Gaj zaczyna się od jednego drzewa.

14 grudnia, 2021

Smog za oknem zjadł mój widok na Kopiec Kościuszki i Lasek Wolski.

Muszę wyjść z domu, a moje pocovidowe płuca protestują, jak żyć?

….

Zimno. Prawdziwe ziuziu, jak mawiała mała Karolcia.

Gdy roję sobie marzenia o domu na południu Europy, to zawsze mam swój własny oliwny gaj.

I co? Warto marzyć.

Oliwkę w ogrodzie mojego biura posadził mi tego lata człowiek obdarzony wielką zaletą szaleństwa.

Drzewo rośnie wdzięcznie i jak szalone wypuszcza nowe pędy, kryjąc pod nimi smutne kikuty po amputacji potężnych dwustuletnich konarów. Ma niesamowitą wolę przetrwania, uwielbiam je! Jest mi jej żal- że nie stoi na swojej ojczystej ziemi, z systemem rodzinnych powiązań korzeniowych, z palącym słońcem, z suchością gleby, z pachnącym ziołami wiatrem między listkami.

Dbam, bardzo dbam.

Otoczyłam ją kwiatami i miłością, a ten zestaw jest niezawodny.

Stoi pod murem, w zaciszu, ma mnóstwo słońca, nowe znajomości, musimy ją tylko dobrze zabezpieczyć na zimę, nie może marznąć.

Na razie stoi pod namiotem, a w nim ma grzejnik. Serio, serio.

Pokażę Wam zdjęcia!

Li.


Szukam szczepionki na mój kraj.

13 grudnia, 2021

Zaszczepiłam się trzecią dawką w piątkowy wieczór, sprytnie ustalając sama ze sobą, że jak mnie ma sponiewierać, to w weekend. No i sponiewierało, weekend stracony, ale za to odporność wzrosła.

Nie ustaję w prywatnej krucjacie przeciwko antyszczepionkowcom, łącznie ze zrywaniem kontaktu. W moim wieku mogę mieć luksus wyboru znajomych, im mniej tym lepiej, nie trzeba pamiętać tych wszystkich imion.

Ponieważ od pewnego czasu pielęgnuję w sobie pozycję kwiatu lotosu na spokojnej tafli jeziora, to starannie unikam osób których światopoglądowa agresja burzy mój spokój i dystans do świata.

Nie da się jednak zupełnie odciąć od przerażającej rzeczywistości, nawet nie chcę się odcinać, bo chcę pielęgnować w sobie bunt przeciwko złu.

Intensywnie myślę o ludziach na wschodniej granicy naszego katolickiego kraju.

Myślę o kobietach, dzieciach i tych nieszczęsnych mężczyznach, którzy mają najmniejsze szanse na współczucie. Pamiętacie ten tekst Roberta Górskiego z Kabaretu Moralnego Niepokoju? – „Nie każdy muzułmanin jest terrorystą, ale każdy terrorysta jest muzułmaninem”. Wtedy to było śmieszne.

(Tja, oczywiście terroryści nielegalnie pchają się do nas przez bagna i Bug, ciemny lud to kupuje).

Myślę o zagubionej dziewczynce. O jej rodzicach. O ludziach, których oszukano na życiu.

Jestem szczęściarą, bo siedzę na własnej kanapie, jest mi ciepło, pod ręką mam filiżankę z kawą Bali Paradise, nie mam większych problemów, jestem prawie zdrowa, nikt mnie nie upokarza, nie bije, nie niszczy. Zalewam swoje sumienie strumyczkiem pieniędzy do walczących z bezdusznym systemem organizacji pomocowych.

Tak, rozumiem ochronę granic. Tak, wszystko rozumiem.

Nie rozumiem tylko dlaczego nie można tym ludziom pomóc w ramach zwykłego człowieczeństwa.

Li.


Cześć i czołem!

12 grudnia, 2021

Pytacie co u mnie. Odpowiadam więc zbiorowo:

To zdjęcie z lipca. Poleciałam z Gusią do Apulii, wypożyczyłyśmy auto i przez tydzień jeździłyśmy po włoskim obcasie, było wspaniale.

Na tym zdjęciu nie mam już ok 70% włosów. Trudno w to uwierzyć, ale łysiałam w tempie błyskawicznym. Telogenowe łysienie pocovidowe, ot nowa jednostka chorobowa i oczywiście dostałam ją w pełnym zestawie, u mnie zawsze życie na krawędzi. Tak, cieszyłam się że żyję, ale jednak miałam spore pretensje do losu. Szczęśliwie udało mi się włosy odzyskać, teraz mam krótsze, ale są zdrowsze i co ciekawe- mam dużo mniej siwych. Zaprawdę powiadam Wam-siła wcierek i Kerabione dwa razy dziennie.

Żyję, żyję. Cieszę się. Szczepcie się. Ja już po trzeciej dawce.

A z rzeczy mniej ważnych niż życie- same zmiany. Przez jedne usycham z różnych tęsknotek, przez drugie pędzę do przodu, przez trzecie kupiłam sobie auto z automatem (a lata całe przed tym się broniłam, głupia).

I jeszcze weselne zdjęcie sprzed trzech miesięcy, włosy jeszcze nie takie jak trzeba, ale za to moje dziewczyny dały czadu:

Skończyłam lat 54. 54, 54, 54.

Wcale mi się to nie podoba, ale tym bardziej mam ochotę jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, jeszcze piękniej żyć.

Ściskam wszystkich życzliwych,

Li.


Czarny humor w najlepszym wydaniu.

17 czerwca, 2021

Kara została uśpiona i postanowiłyśmy poddać ją indywidualnej kremacji, tak by urna z prochami (dostarczona przez kuriera), mogła spocząć w ogrodzie (wersja forsowana przez Karolcię, by urna z Karą stała na komodzie jakoś do mnie nie przemawia. Wystarczy przecież jeden ruch kociego ogona i…)

Zgodnie z umową, kremacja miała nastąpić w ciągu kilku dni.

Zniecierpliwiona długim oczekiwaniem na informację, dzwonię do przedstawiciela Animal-Parku:

-Dzień dobry, czy może mi Pan powiedzieć, kiedy nareszcie zostanie skremowany mój pies? Moje córki rozpaczają, że marznie w chłodni (co będę tłumaczyć, że córki dorosłe)

– Dzień dobry, dzień dobry, to proszę uspokoić córeczki, że piesek będzie skremowany jutro i będzie mu już bardzo cieplutko.

No padłam!

Li.


Antyszczepionkowców mój rozum nie ogarnia.

6 czerwca, 2021

To nie miał być pamiętnik z lazaretu, ale jedną historię muszę opisać, bo być może uratuje komuś życie.

Leżałam na sali ze starszą kobietą, jej jedyna córka mieszka w Szkocji.

Córka jest antyszczepionkowcem i namówiła leciwych rodziców by się nie szczepili.

Pierwszy zachorował ojciec, po kilku dniach zmarł.

Matka też zachorowała, ale miała więcej szczęścia- przeżyła.

Córka dzwoniła do leżącej w szpitalu matki po 10 razy dziennie, płacząc, rozpaczając, obwiniając się…

Tak, że ten…

Ale dziś jest piękna niedziela!

Li.


Powrót do (niedalekiej) przeszłości.

5 czerwca, 2021

Trzy miesiące temu zdałam sobie sprawę z delikatności/kruchości/mgnienia/błysku/bańkomydlaności istnienia.

Byłam przekonana, że umrę.

Myślałam o zostawionym bałaganie w szafie, rozgrzebanych sprawach i nie spłaconym kredycie.

Myślałam o moich dziewczynkach, nie czy, ale jak dadzą sobie radę beze mnie.

I co na mój stały brak zrobią koty?

Trawiony szalejącą gorączką umysł przez kilka dni imaginował przy moim łóżku postać mojego ojca,

czarną materię bez kształtu, ale z jego sercem.

-Dżordż, tylko mnie nie zabieraj! – prosiłam.

Były tragikomiczne momenty: gdy powiedziałam Mamie, że czuję i widzę ojca, to zainteresowało ją tylko to w co był ubrany.

Na wieść, że trafiłam do szpitala Mama zareagowała tekstem: opłać mi wszystkie rachunki, bo jak będziesz leżeć pod respiratorem, to mi wszystko odłączą i co ja zrobię (ogólnie nie było mi do śmiechu, ale to mnie rozśmieszyło do łez, miałam po co żyć!).

Najgorszy moment?

Trzy godziny z czarnym workiem pełnym mojej sąsiadki ze szpitalnej sali, nagle przestała oddychać i poprostu umarła.

Nie było pudrowania rzeczywistości: ciało w czarny worek, dezynfekcja, czekanie na karawan.

Na trzy godziny 20 cm od moich stóp szpitalne łóżko zamieniło się w katafalk, na którym stygło ciało żywej przed chwilą kobiety.

A ja podpięta do kroplówki mogłam tylko zapłakać, jak rasowa płaczka, choć bezgłośnie, bez zawodzenia.

Najlepszy moment?

Gdy szczęśliwa i słaba jak nigdy w życiu, wyszłam na świat z wypisem ozdrowieńca i przed wejściem do szpitala czekała na mnie Gusia z kubkiem kawy z Cafe Lisboa.

Życie zaczęło powoli płynąć w moich żyłach, żmudnie wypierając chemiczne koktajle, w końcu przyszedł dzień gdy poczułam wiosnę.

I nie, nie można przy mnie mówić, że covidu nie ma. Mam wtedy mordercze myśli.

Nie było to karetki i miejsca w szpitalu.

Gdyby nie ludzie dobrej woli i z-n-a-j-o-m-o-ś-c-i, to już bym nie żyła.

Bo w naszym kraju trzeba załatwić sobie nawet możliwość dalszego życia.

Szczepcie się, nie czekajcie, nie słuchajcie bzdur.

Na moich oczach zmarło kilka osób, na całym oddziale kilkanaście.

Młodych, starszych i starych. Ta choroba nie ma litości i uderza bez konkretnej przyczyny.

Zaraziłam Gusię, ku mojej uldze przechorowała w miarę lekko.

Karolcia miała wielkie szczęście- na 3 dni przed moją chorobą zaszczepiła się i miała tak silny odczyn poszczepienny, że przeleżała w łóżku 3 dni, dokładnie okres w którym nie wiedząc o tym, siałam wirusy.

(Prawie się nie widziałyśmy, błogosławieństwo dwupoziomego mieszkania).

Moje córki przez dziewięć dni choroby w domu zapewniły mi taką opiekę, czułość i troskę, że jestem szczęściarą.

Gdy trafiłam do szpitala to codziennie miałam od nich przesyłki, zawsze świeże ciuchy, pokrojoną marchewkę, cytrynę i imbir, choć nie chcecie wiedzieć, co powiedziałam na widok herbatki napotnej „Malina z lipą” przy 40 stopniach gorączki, haha.

Żyję. Po trzech tygodniach pierwszego w życiu L4 doszłam do minimalnego poziomu dawnej siebie.

Nie chcę zapomnieć tego koszmaru, bo dostałam nauczkę i ogromne pole do uprawiania refleksji.

Li.


Wybór tytułu po roku milczenia nie wydaje mi się istotny.

4 czerwca, 2021

Żałuję, że nie pisałam. Bo pozapominałam swoje życie.

Dziś uśpiłyśmy naszą Karę. Była z nami 17 lat i 4 dni.

Ostatnio nie jest mi do śmiechu.

Przeżyłam covid w szpitalu.

A poza tym same straty. Niematerialne.

Czyli nie do odrobienia.

Li.


Bellum omnium contra omnes.

29 czerwca, 2020

No cóż… i jest jak zwykle.
Nawet nie jest mi smutno, spodziewałam się takiego wyniku.
Ale rośnie we mnie strach przed przyszłością.
Szkoda mi dzieci.
Z moją matką mam kontakt szczątkowy.
Poziom jej zawziętości i uwielbienia dla Dudy i PiS-u
przekracza wszelkie granice tolerancji
i tak daleko przesunięte więzami rodzinnymi.
W tym roku mama kończy 76 lat i nie szkoda jej życia
ani naszych relacji.
No cóż…
(Udam się na wewnętrzną emigrację, póki co).
Cieszę się, że kilka lat temu zrezygnowałam z tv.
Słowo czytane w drodze do serca mimo wszystko łagodnieje.
Obrazy brutalnie wbijają się wprost.

A co na to Lec?
W piekle diabeł jest postacią pozytywną.
Li.


Trza głosować!

26 czerwca, 2020

Dziś nie mogę nie napisać o niedzielnych wyborach.
Wszystkich namawiam, proszę
i nawet posuwam się do silnych nacisków,
by szli na wybory i GŁOSOWALI.
Na kogo?
Najbardziej to na Trzaskowskiego,
ale jeżeli ktoś ma alergię na PO
i nie pomaga mu wypicie szklanki wapnia,
to w pierwszej turze niech zagłosuje na Hołownię,
albo na Kosiniaka-Kamysza,
byle nie na tego pajaca- Sami-wiecie-kogo.
(Namawiałabym i na Biedronia,
ale mnie totalnie rozczarował, picuś-glancuś).
Dlaczego nie na pajaca?
Bo chcę by Prezydentem mojego kraju był dorosły człowiek,
a nie ciągle dojrzewający chłopiec.
By stał, a nie klęczał.
By miał ponadprzeciętną inteligencję,
a nie dryfował w okolicach inteligencji niskiej.
By przestrzegał prawa i Konstytucji.
By mówił, a nie histerycznie piszczał.
By nie dzielił.
By nie grał na najniższych instynktach.
By się nie podlizywał.
By miał swoje zdanie, wizję i empatię.
By…
Długo by wymieniać.
W niedzielę rano pójdę do kamienicy obok i oddam swój głos.
Z mojego domu będą trzy głosy.
A ile z Twojego?

Co na to Lec?
Od słowa „lud” są dwa przymiotniki: „ludowy” i „ludzki”.
Li.


Ból własnego nieistnienia/Lec.

22 czerwca, 2020

Żałuję, że przestałam regularnie pisać.
W moich wspomnieniach robi się coraz ciemniej, umykają mi wydarzenia,
(nie)codzienności, impulsy, pulsy i spotkania,
nagłe chichoty losu, czasem ironiczne, czasem tragikomiczne,
ale zawsze dające okazję do podskoku powyżej codziennej rutyny.
Dzień za dniem rzeźbi moje własne koryto strumienia życia,
czuję (samo)deficyt wody, moje źródło zaczyna coraz wolniej bić.
Nie, jeszcze nie umieram, ale już wiem, że umrę.
W wieku trzydziestu lat o tym nie myślałam.
W wieku czterdziestu lat miałam swoje pięć minut szaleństwa.
Teraz w latach pięćdziesiątych mojego życia nie mam wielu rzeczy,
których niegdyś pragnęłam, ale nie mam poczucia ich braku.
Czasem tylko poparzy mnie swym dotykiem
jakaś nagła tęsknota z przeszłości.
(Prawdziwa tęsknota jest gorąca, gdy stygnie, to znika).
Sama przed sobą próbowałam dociec dlaczego porzuciłam swoją Li,
samą siebie, mnie od środka, porządkową moich myśli,
pamiętnikarkę mojego życia,
wojowniczkę w ostatecznie nieważnych internetowych wojenkach,
inicjatorkę wydarzeń, przekaźnika własnych tajemnic,
powierniczkę braku snu,
pilnowaczkę wiecznej dziury w sercu,
szczęśliwą, nieszczęśliwą, zranioną, uleczoną, bezczelną,
miłą, niemiłą, ech…

Czuję, że muszę wrócić, bo ja bez Li jestem uboższa.
Li to ja.
A co na to Lec?
Przeszłość trzeba ciągle ewokować, przyszłość sama przychodzi.
Li.


Jest dobrze, dawno nie było tak dobrze.

23 września, 2019

 

Wróciłam.
Szczęśliwsza i wyluzowana.
Na lewą rękę założyłam bransoletkę z napisem „no stress”.
I tak właśnie będzie.
Karolcia parę minut temu wylądowała w Manchesterze.
Koniec lata.
Ale początek jesieni, a kto by nie kochał jesieni?
Li.


Mija, nieubłaganie mija.

6 września, 2019

Brakuje mi czasu, jak zrobię jedno, to nie tykam drugiego,
trzecie i czwarte też leży. Jak żyć? I kiedy żyć?
Wszystko robię w pośpiechu, nie piję już rano kawy na tarasie,
tylko piję ją po drodze do pracy, idąc z kubkiem w ręce.
Świat zwariował, a ja wariuję razem z nim.
Żyję nie tak jak chcę, a chcę przecież tylko dolce far niente.

Jestem zwyczajnie zmęczona.
Zmęczenie mnie kocha miłością zaborczą- a to mocno ściśnie moje gardło,
a to połomocze w sercu, a to skurczy mi łydki brakiem magnezu.
Czuję je przy sobie, na sobie i w sobie.
Wnika wszędzie, jak wyszkolony na Kamasutrze nienasycony kochanek.
Patrzę w lustro i widzę jak rzeźbi mi twarz.

Dlatego jutro wyjeżdżam.
Boję się, bo dawno nie wyjeżdżałam na całe dwa tygodnie.
Nie wiem, jak dam sobie radę bez pracy, wibrującego telefonu,
mimo wszystko uporządkowanego chaosu, niespodziewanych zdarzeń,
dramatycznych zwrotów akcji, komedii małżeńskich i stresu.
Mam zamiar spróbować pobyć na „prawdziwych wakacjach”,
gdzie słońce, ocean, palmy i 15 zł za minutę rozmowy.
Zabieram książki i moje dziewczyny.
(Oby jednak nie trafił mnie szlag.
Dla mnie wakacje to zimny łokieć, piasek w zębach, przygody i droga).

Tydzień temu wróciłam z Abruzji, byłam z Gusią i Karolcią,
cztery dni jeżdzenia po włoskiej prowincji,
po Apeninach, po Via Adriatica, było cudnie!!!
Pusto, bezludnie, klimatycznie.
Zobaczcie zdjęcia na Instagramie:
https://www.instagram.com/futurelennon/
https://www.instagram.com/ilikemyteaquitemilky/

Li.


Pokój księżniczki, cz. 2.

6 sierpnia, 2019

Po wstępnej awanturze („Zrobiłaś mi pokój księżniczki, nikogo tu nie zaproszę!!!) Gusia zapełniła półki swoimi rzeczami, porozkładała książki, kosmetyki i zdjęcia, oswoiła pokój na tyle, że nawet go polubiła.
Złote motylki w ciemne, zimowe wieczory subtelnie błyszczały, a złote pasy na szafie dzieliły na przyjazne części jej wielkie białe drzwi.
„Pocałunek” Klimta na drzwiach łazienki nadawał szarmu i podnosił poziom piękna, a porcelanowy kubek z Adele Bloch-Bauer przypominał dom
(bo to mój własny był, najulubieńszy).

Pokój zaczął być odwiedzany, szczególnie często przez pewnego K., podobno wielbiciela moich złotych motylków (czego się nie mówi dla zdobycia sympatii:))
Dziecko się zakochało, ale to już zupełnie inna piękna historia.

nornornornor

nornornornornornornornornornor

nor

nor

nor

Od października nowe wyzwanie, bo i nowy pokój w nowym akademiku.
Pokój jest większy, lokalizacja lepsza, a cena niewiele wyższa.

Zdjęcia tradycyjnie beznadziejne, choć to jedno się u mnie nie zmienia!

Li.


Pokój księżniczki, część 1.

6 sierpnia, 2019

Naprawdę trudno racjonalnie wyjaśnić moje długie milczenie.
Działo się przecież tak dużo,
miałabym o czym pisać, ale może było tego dużo za dużo?
Ile można kipieć na pełnym ogniu?
Ostatnio preferuję takie wolne pyk-pyk, życiowe sous-vide, dojrzałam, ot co!
(Ale w głowie ciągle maj).
Muszę pisać, bo zapominam, a chcę pamiętać.
Najpierw więc zaległość, obiecałam we wrześniu- ot, nic istotnego, ale ta radość z urządzania pokoju Gusi w akademiku we Wrocławiu, podlana łzami z powodów oczywistych (dziecko mnie opuszcza!!!)… uczucie bezcenne.
Przy okazji nie da się nie wspomnieć, że Młodsza zaliczyła pięknie letnią sesję i ma do października wakacje, to zupełnie nie moja krew, to geny ojca…:)

Pokój  w prywatnym akademiku tchnął beznadzieją, chłodem, bezosobowością i ewidentnie miał zadatki na przyczynę tęsknoty za domem i depresji.
Na 16 metrach kwadratowych zmieściła się kuchnia, łazienka, przedpokój, gabinet do pracy i sypialnia.

A te żółte kwadraty na szarej wykładzinie, ech…
IMG-20180904-WA0008.jpeg(1)
IMG-20180904-WA0010.jpeg
IMG-20180904-WA0012.jpeg
IMG-20180904-WA0014.jpeg
IMG-20180904-WA0018.jpeg
IMG-20180904-WA0022.jpeg
IMG-20180904-WA0026.jpeg
IMG-20180904-WA0028.jpeg
Miałam dwa wolne dni, Guśka była na wakacjach.

Cdn.
Li.


Bumerang to moje drugie imię.

6 sierpnia, 2019

Są takie dni w życiu kobiety, gdy niczego się nie spodziewając, dostaje tak dużo!

Nie wiem, czy ktoś z Was pamięta mojego pierwszego bloga, na Interii.
Myślałam, że go bezpowrotnie straciłam,
bo okazało się, że Interia zlikwidowała platformę blogową,
a sam termin likwidacji jakoś mi umknął.
Potem już były wiecznie zamknięte drzwi.
Napisałam nawet do Interii maila z zapytaniem
czy mam szansę odzyskać dostęp do „Licencji na bloga”,
ale odpowiedź była odmowna.
Trudno było pogodzić się ze stratą wspomnień,
których nie da się odzyskać,
ani zastąpić.
A tu… nagle… dziś…mail:

„Szanowna Pani Licencjo!
Czy pamiętasz, jak kiedyś bawiliśmy się w bloogi? Jak niejaki
Konstatanty próbował smażyć placki według twoich przepisów?
Porzuciliśmy to pisanie, każde w swoim czasie, do czegoś na pewno się
przydało, patrzę na to wstecz i próbuję zrozumieć, kim byłem.
Niepotrzebnie.
Mam nadzieję, że u ciebie dobrze, a nawet lepiej.
Nie uwierzysz, ale są ludzie, którzy marnują prąd, żeby zasilać nimi
dyski z przeszłością internetu. I że nasze teksty tkwią tam, jak
jakieś kapsle po piwie zatopione w bursztynie…
https://web.archive.org/web/20100913071709/http://licencja.blog.interia.pl/
Pozdrów Kraków

kiedyś Konstatanty Żyzymor”

No to wracam. To znak:))

Li.


Smutno, smutno mi.

16 października, 2018

Obudziłam się o piątej rano i w ciemności,
jeszcze bezbronną dopadła mnie świadomość,
straszna świadomość, że dziś jest ten pierwszy dzień,
gdy nieodwołalnie zostałam sama.
Karolcia wyleciała wczoraj do Manchesteru,
a Gusia pojechała do Wrocławia.
Obecność Karolci przez ostatni miesiąc
jakoś osłabiła siłę rażenia tego pierwszego dnia października,
było dużo zamieszkania, harmider, ciągły ruch,
tak uśpiła się moja czujność i dziś nie byłam przygotowana.
Smutno, cholernie mi smutno.
Nie dlatego, że ich nie ma w domu,
ale dlatego że ich powroty do domu
to już nie będzie zwykły powrót z wakacji na stałe.
Tak, tak, wiem, ta cholerna pępowina i dodawanie skrzydeł
i dzieci się chowa dla świata,
i co tam jeszcze… tak, ja przecież to wszystko wiem.
Ale nie wie tego ta moja tęsknota,
tępa dzida której nie da się racjonalnie niczego wytłumaczyć.
Pies osowiały, koty zdezorientowane,
wsadziłam jeden kubek i talerzyk do pustej zmywarki.
***
Nie pisałam, bo nie miałam czasu.
Moje dziewczyny jakoś tak są bardzo czasochłonne.
A działo się dużo, oj dużo.
Dzień przed wyprowadzką Gusi do Wrocławia
pokłóciłyśmy się wszystkie trzy tak bardzo,
że one nie miały już matki,
a ja córek i oczywiście każda z nas
w tej właśnie chwili w to właśnie wierzyła.
Przy czym dodać należy,
że zaciekle zwalczające się obozy były dwa- ja i one.
(Niestety, wpajając w moje córki przekonanie,
że mają być dla siebie oparciem i ostoją w życiu
sama podcięłam swój własny konarek,
bo jak jedna stoi w opozycji do mnie, to druga natychmiast jej broni,
a kto ma bronić mnie przeciwko nim?)
Pogodziłyśmy się w czasie pozwalającym na zachowanie godności,
czyli niemal bezwłocznie.
Kłótnia stulecia oczyściła napiętą atmosferę,
każda z nas przeżywała wyjazd Gusi,
a jak nie wiadomo
o co chodzi, to właśnie o to chodzi.
Guśka na razie stawia się w domu na każdy weekend do poniedziałku,
liczba jej wrocławskich znajomych lawinowo rośnie,
jest zadowolona i widzę, że jej się to studiowanie podoba.
(Studia jakby nie dały jeszcze o sobie znać).
A ja miałam mnóstwo radości urządzając jej ciepłe gniazdko,
choć musiałam się na początku zmagać z oporem materii
( -Mamo, robisz ze mnie księżniczkę!
– A co, nie jesteś? ).

***
Potem dodam parę zdjęć, przed i po.
Ciężko było zniwelować efekt nijakiej łazienki
i wściekle żółtej rolety w oknie, nie wspominając
o żółtych kwadratach na szarej wykładzinie.
Ale myślę, że się udało.
Jeżeli ktoś myśli inaczej,
to przecież mu nie zabronię:))
Ale niech pamięta- w ścianę nie można było wbijać gwoździ,
a odkrycie świata gwoździ bez wbijania jest jeszcze przede mną.
Na razie miłego dnia,
spróbuję ukoić się kubkiem latte
i wtulaniem w kocio-psie futerka.
Li + B


Maksymalne pragnienie mimalizmu.

17 września, 2018

Niespodziewanie jutro przylatuje Karolcia, prawie na miesiąc!
Oddała promotorowi swoją pracę magisterską,
której tematu nawet nie usiłuję zrozumieć,
ale brzmi bardzo mądrze, haha.
W związku z powyższym radosnym wydarzeniem
poniedziałek zaczęłam od pracy fizycznej,
bo musiałam przekopać się przez rzeczy
pracowicie gromadzone przeze mnie w pokoju Karoliny.
Jest tam składowisko walizek, stary leżak,
suszarnia i składowisko prania,
które leży już tak długo, że trzeba je prać drugi raz.
W domowych robotach mam miszcza,
zaprawdę powiadam Wam,
jak już zostanę sama,
to zredukuję ilość rzeczy do absolutnego minimum.
Albo przynajmniej sobie o tym pomarzę!
Li.


Święta lista.

16 września, 2018

Pokój Gusi w akademiku ma 16 metrów,
ale gdy zrobiłam listę „rzeczy niezbędnych do kupienia”,
to podzieliłam go na
kuchnię, łazienkę, salon, sypialnię i pokój do pracy.
(Wówczas 60 pozycji listy jakoś razi mniej, haha…).
Zadanie nie jest łatwe.
Mocny, nasycony kolor żółtej rolety w oknie
i żółte kwadraty na szarej wykładzinie
(w dodatku szarej z kroplą niebieskiego, nie cierpię tego odcienia)
nie dają pola do popisu.
Wyposażenie wnętrz zaczęłyśmy od rzeczy najważniejszych-
kupiłyśmy cotton balls,
a potem poszewki (białe w złote kółeczka) na ozdobne poduszki,
bo wiadomo że poduszki w dużych ilościach muszą być.
(Będą podpierać plecy, spracowane podczas długich godzin nauki).
Rzeczą niezbędną była też złota patera, złote doniczki
w  charakterze pojemników na długopisy i piękne złote świece,
dobrze będą prezentować się na parapecie.
Złote dodatki niebanalnie przełamią biurowość wnętrza,
będą tajemniczo migotać wieczorami
i w ogóle będą Guśce bez przerwy przypominać mamusię
– miłośniczkę złotego rozświetlacza:)
Można poszaleć, zaprawdę powiadam Wam.
Czarne ozdobne lusterko z Ikea też przemaluję na złoto.
Szukam teraz jakichś przerysowanych złotych,
wręcz barokowych, a nawet rokokoko ram na zdjęcia na ścianę.
Niezbędny jest też jakiś szalony obraz do łazienki.
Łazienka jest paskudnie nijaka,
będzie mieć więc dodatki w kolorach pastelowego różu z szarością,
to prawie jak w domu.
Kolorystycznie jesteśmy rygorystyczne-
różowa szczotka do WC powala subtelnością odcienia,
kosz na pranie jest klasyką różowej pasteli,
dywanik łazienkowy ma odcień minimalnie mocniejszy,
a ręczniki są słodkie jak lukier.
Kontrastowa będzie zasłona do prysznica-
jest zgaszoną wariacją na temat rozgryzionej jagody.
Mamy zabawę, a zabawa osłabia rodzące się tęsknoty.
Przed nami jeszcze kilkanaście pozycji,
a potem zostaną jeszcze do kupienia rzeczy z drugiej listy pod tytułem:
„Produkty dla Gusi, żeby nie umarła z głodu i pragnienia”,
na pierwszym miejscu jest wybór herbatek,
bo jak jest dobra herbatka,sok malinowy od babci Misi
i dużo cytryny to jest prawie jak w domu.
Tu stanęły mi w oczach łzy, ech..
Li.
PS. Wiadomo, że będą zdjęcia przed i po.
Widok szczotki do WC w charakterze różowego dodatku-bezcenny.


Po piątku zawsze jest sobota, tego na szczęście jeszcze nikt nie zmienił.

14 września, 2018

Wiadomo, że czas leci nieubłaganie,
a jednak nie mogę uwierzyć,
że moje małe, słodkie Gusiątko z blond loczkami
jest już dorosłą kobietą,
że zrobiła prawo jazdy i jeździ autem.
Dziś po raz czwarty pozwoliłam jej pojechać samej,
bez mojej denerwującej asysty na siedzeniu pasażera.
Pojechała z Karą i Saszą do weta,
a potem przyjechała po mnie pod sąd.
Myślę, że ma za sobą jakieś 1500 km,
jeździ coraz lepiej, ale to nie znaczy
że ja – matka kwoka-mniej się denerwuję.
***
Znowu nad miastem wisi ta szczególna chmura
pod którą nieruchomieje powietrze.
Siedzę przy moim oknie z widokiem
i ani listek się nie porusza.
Przed chwilą odwiedził mnie Mecenas, wszedł przez okno,
podstawił łepek, pomruczał i tyle go widziałam.
Zezuś doszedł do siebie, znowu szaleje po murkach,
ale przynajmniej wiem, gdzie go w razie czego szukać.
Piątek, piątunio!
Ale mus pracować, mus.
Za to będę mieć piękny wieczór,
czego i Wam życzę!
Li.


Czy osoby takie jak ja powinny mieć zwierzęta? Zaznacz tak, lub nie.

13 września, 2018

W komentarzu pod poprzednią notką przeczytałam,
że jestem zbyt zajęta, by mieć zwierzęta.
Nie przejęłam się rzecz jasna tym kategorycznym stwierdzeniem,
bo jednak -mimo najwidoczniej stworzonych przez bloga pozorów-
mam poczucie odpowiedzialności.
A może jednak?
Bo jest tak:
Psa wzięłam ze schroniska, ot, zwyczajny kundel,
każdego z czterech kotów z jakiejś strasznej kociej bidy.
Kara uwielbia chodzić ze mną do pracy.
Koty zasadniczo są mało wymagające,
bo ileż czasu trzeba poświęcić na
wyczyszczenie kuwety dwa razy dziennie (ideał),
podanie do stołu trzy razy dziennie (minimum),
pieszczoty i głaskanie co najmniej godzinę dziennie,
z tym że dla Bobcia zawsze razy dwa,
szczotkowanie raz w tygodniu (ideał),
wizyty u weta raz w miesiącu (norma), itp., itd.
Rzeczywiście osoby takie jak ja nie powinny mieć zwierząt.
Pies powinien zostać w schroniskowym boksie,
oooo jak bardzo nie byłoby problemu.
Sasza powinna zostać w miocie z martwą matką,
też już byłaby martwa, nie byłoby problemu.
Szary na wieki powinien zostać w pudle omotanym sznurkiem,
w lesie koło Swoszowic, nie byłoby problemu.
Bobcio mógł spokojnie bytować na zaniedbanych działkach,
z jego problemami z dziąsłami i zębami mógłby nauczyć się jeść trawę,
pewnie już by nie żył, nie byłoby problemu.
Boluś, mój ukochany Boluś na swoje (nie)szczęście
został znaleziony przez Gosię,
wyrzucony jak śmieć, był na krawędzi życia i śmierci.
Po co go znalazła? Po co ratowała?
Mógłby już nie żyć, nie byłoby problemu.
Mam piątkę zwierzaków, które w moim domu są królami życia.
Śpią gdzie chcą, mają 150 metrów do codziennego obejścia,
mają 25- metrowy taras, okupują go do późnej jesieni.
Są kochane,karmione, pieszczone,
mają wybaczone wszelkie szkody i tony sierści.
Wybaczam nawet jakieś siki po złości (celuje w tym głównie Szary).
Gdy przychodzę do domu to cała piątka
wita mnie przy drzwiach z podniesionymi ogonkami,
gruchają, mruczą, patrzą z miłością, ocierają się,
śpią na mnie, wtulają się, ufają.
No i z tego że czasem mnie nie ma w domu cały dzień?
Mają siebie!
Mają dom, ciepło, mięciutko, miski pełne, czasem zapolują na muchę,
zawsze na ćmy, rozniosą dla draki każdy bukiet żywych kwiatów,
żwirek znajduję w najodleglejszych kątach,
to są szczęśliwe koty i szczęśliwy pies.
Li.


Szukam zrozumienia i pocieszenia.

12 września, 2018

Gusia poleciała na kilka dni do Berlina,
a ja teoretycznie mam więcej czasu.
Gdzie ten czas, pytam?
Wczoraj wyszłam z domu o ósmej rano, wróciłam po północy.
Czekała na mnie armia obrażonych zwierzaków
i taras w wiadomym stanie,
nawet nie mogę mieć pretensji do psa.
Wrzesień oszalał i wbiegł w dwunasty swój dzień,
a ja nawet nie zauważyłam pierwszego.
Wstałam o szóstej rano i jestem głęboko nieszczęśliwa.
Dobrze, że mam bloga, bo na pewno
ktoś mnie pocieszy:)
Li.


Jak zdjęcie satelitarne uratowało życie czarnego kota

10 września, 2018

Historia swój początek miała pewnie z piątku na sobotę tydzień temu,
bo gdy w sobotę rano sadziłam michałki i wrzośćce,
to czarnego Zezusia już nie widziałam.
zez1
Asystował mi tylko Mecenas z Bandytą.

zez2
W niedzielę wpadłam na chwilę do pracy,
kotów w ogrodzie nie było, ale słyszałam miauczenie.
(Miaukot jak miaukot).

zez3
W poniedziałek przed wyjazdem do Wrocławia koty karmiła Gusia
i ten miaukot ją zaniepokoił.
A JA TO ZLEKCEWAŻYŁAM.
W pracy nie było mnie do czwartku.
W czwartek dwa koty czekały na mnie przy oknie,
ale czarnego nadal nie było.
Zaczęłam go wołać, nie przyszedł,
ale gdzieś w oddali znowu usłyszałam miaukot,
tylko jakby słabszy.
ZNOWU TO ZLEKCEWAŻYŁAM!
(CHOĆ ZIARNO NIEPOKOJU ZOSTAŁO ZASIANE).
W piątek kotów nie było, zawołałam je,
po moim głosie natychmiast odezwał się miaukot
tak pełen bólu i rozpaczy,
że zaczęłam działać, bo byłam już pewna,
że Zezuś musiał wpaść w jakieś tarapaty.
Na akcję zabrałam ze sobą kancelaryjnego kolegę R.,
sceptycznie nastawionego
(bo niby ja robię rumor i podnoszę larum-bezpodstawnie.
R. należy do tej grupy ludzkości,
która jest przekonana,
że koty zawsze spadają na cztery łapy.
Wybaczam mu, bo bardzo go lubię, jak Skorpion Skorpiona,
jesteśmy urodzeni 4 listopada, on zaledwie 24 lata później).
Poszliśmy za mur, zza którego do nas przychodzą koty.
Jest tam restauracja „Kiełbasa i Sznurek”,
jak nazwa wskazuje grasowała tam Magda Gessler.
(Co jej przeszkadzało we wcześniejszej nazwie „Cudawianki”?).
Z ogródka restauracji można było zobaczyć więcej niż z naszego ogrodu,
miaukot dobiegał zza wysokiego muru, nieznanego mi wcześniej.
No i zaczęliśmy naszą odyseję po kamienicach przy ulicy św. Marka.
Jak już udało nam dostać się na podwórko
(a uwierzcie, w tych pięknych kamienicach mało kto mieszka,
na dwadzieścia domofonów, odzywał się jeden,
to po wysokim murze i kocie nie było śladu.
Po penetracji wszystkich podwórek opadły mi ręce.
I wtedy wpadłam na pomysł, by włączyć Google Maps.
Kamienica przy Marka 8 jest ogromna, ma piękny dziedziniec z oficyną.

zez9
Byliśmy na nim wcześniej.
Dopiero na zdjęciu satelitarnym zobaczyłam, że oficyna
ma malutkie podwóreczko, otoczone wysokiem murem,
na zdjęciach to wygląda jak cień,
a było to ostatnie  możliwe miejsce, gdzie mógł być kot.

zez4

Kot na mój widok zapłakał, a ja razem z nim.
Znaleźliśmy żywy szkielet, który nie miał szans wydostać się z pułapki- podwórka głębokiego jak studnia.
Nie wiem jak on tam wpadł, cud że się nie połamał.

zez5

zez7zez8

zez6

Biedak musiał tam  tkwić conajmniej tydzień.
Na szczęście we wtorek było urwanie chmury,
więc przynajmniej mógł  napić się wody,
choć na pewno nie miał gdzie schować się przed ulewą.
Nie chcę myśleć, jak się bał i nie chcę myśleć jaka czekałaby go śmierć.
Nie mogę uwierzyć, że nikt z tej kamienicy,
ani z kamienicy obok nie słyszał jego płaczu,
skoro ja go słyszałam z dużo większej odległości.
Na tym podwóreczku jest tylko trzepak,
a kto teraz trzepie dywany?
Tam pewnie nikt nie wchodzi!
Kot ma zdarte pazury, próbował wdrapywać się na mur.
Zezuś ma zeza, podejrzewam że słabo widzi,
na pewno to nie pomaga w skakaniu z murku na murek.
Nie mogę sobie wybaczyć, że nie zaczęłam go szukać wcześniej,
o ile mniej by cierpiał.
Mam poczucie, że go zawiodłam, bo on przecież mnie wołał!
Dochodzi teraz do siebie, dziś wygłaskałam go przepraszająco,
mam ogromne poczucie winy, ogromne,
zawiodło mnie moje serce matki, choć R. twierdzi,
że właśnie ono uratowało Zezusia.
No i ukłon dla Googla, gdyby nie ich zdjęcie satelitarne,
nie znalazłabym tej sieroty.
Li.
PS. A we Wrocławiu było świetnie, wszystko tak jak trzeba.


Październik już się zbliża, już puka do mych drzwi.

2 września, 2018

W weekendy śniadania jadamy „na mieście”.
Kraków potrafi gastronomicznie rozpieścić, zaprawdę powiadam Wam.
Mamy listę, którą po kolei realizujemy,
ale są miejsca, do których regularnie wracamy, tak jak dziś do „Handelka”.

I śniadanie było w  ostatniej, leniwej godzinie
pędzącej do poniedziałku niedzieli.
Gusia poszła do swojej ciężkiej pracy kelnerki w „Miyako Sushi”,
a ja postanowiłam rozpocząć mozolną wspinaczkę na stos prania,
swoją Golgotę, a wręcz prywatne Himalaje,
wiecznie rosnącą górę- świadectwo nierównowagi
pomiędzy szalejącą codziennie pralką
i obsesją na punkcie kociej sierści,
a rzadko używanym żelazkiem.

Jutro rano jedziemy z Gusią do Wrocławia.
Musimy obejrzeć to, co wynajęłyśmy przez internet,
na ekranie wygląda nieźle.
(Gdy pomyślę o akademikach z czasów moich studiów…:))
Ale pokój musimy ocieplić, urządzić, udomowić,
kupić mnóstwo drobiazgów,
dużo herbatek, specjalne akademikowe kubeczki,
jakieś przytulności, to będzie jej dom, i jak ja to zniosę…
Dobrze, że Karolcia przyleci na koniec września
i zawieziemy to nasze dziecko razem.
I zostawimy też razem.
Nie będzie tylko na mnie :)
Li.
PS. Przesadziłam z linkami?

 


Im więcej magistrów, tym mniej kultury.

31 sierpnia, 2018

Grabowski

Jaki(e) trafne!
Sytuacja polityczna nabrzmiała już tak bardzo,
że obchodzą mnie wybory na Prezydenta Warszawy.
Moi dziadkowie ze strony ojca i siostra ojca pochowani są w Warszawie
i są to moje jedyne wątłe więzi z tym miastem.
(Poza mieszkającymi tam przyjaciółmi).
Ale mam taką alergię na Patryka Jakiego,
że burzy się we mnie ta mała cząstka warszawskiej krwi.
Co za … , no!

Li.


Wersja nocna

30 sierpnia, 2018

noc2

Noc1

W nocy od strony ogrodu jest tajemniczo i trochę bajkowo.
Kiedyś, w naszych pierwszych kancelaryjnych
dniach w tym miejscu,
zostałam już sama, coś tam jeszcze sobie dłubałam,
kręciłam się, układałam,
nagle zobaczyłam za oknem jakąś wielką, ciemną postać.
Serce stanęło mi w gardle, strach natychmiast spętał zdrowy rozsądek,
zanim skonstatowałam, że to swoje odbicie widzę w szybie,
minęło kilka straszliwych chwil.
W dodatku miałam w ręce długi nóż, którym rozcinałam paczki…

***
Po 12 godzinach wyczołguję się z pracy w ciemną noc.
Idę na pożegnalną kolację- Starsza jutro wraca do Anglii.
Trzy tygodnie minęły tak szybko!
Zamówimy butelkę wina i jutro będzie futro,
płacz i rozpacz.
Oczywiście, że  to tylko ja będę szlochać,
to jest silniejsze ode mnie,
absolutny brak opanowania.
Li.


Spokojny ogród w centrum Starego Miasta.

30 sierpnia, 2018

ogród2
Ogród jest tylko nasz.
Króluje w nim stary orzech obrośnięty bluszczem.
Orzech to egoista, mało co urośnie w jego pobliżu.

Ogród1
Największą ozdobą ogrodu są trzy koty- Mecenas, Zezuś i Bandyta.

ogród9
Koty mieszkają w piwnicy posesji za murem,
ich Pani jest nawet prawdziwą hrabiną,
ale nie dba o swoje zwierzaki.
Mamy więc na stanie dochodzące stado,
które codziennie
(z sobotami, niedzielami i wszelkimi świętami!)
czeka na moje przyjście
z pyszczkami przyciśniętymi do szyby,
jestem bowiem ich jedyną karmicielką.
Pani hrabina uważa, że koty wykarmią się same (piwnicznymi szczurami),
nawiasem mówiąc trudno odmówić jej racji,
skoro załatwiły sobie stołówkę u mnie-
i tak już dzień w dzień od dwóch lat.
Koty na początku bardzo nieufne,
teraz wskakują bez pardonu przez okno,
moszczą się na kancelaryjnych fotelach
i bardzo im się to podoba.

ogród3

Ściana budynku jest godnie zapyziała, jak to w Krakowie.

ogród6

Kawa pita w ogrodzie ma magiczną moc-zatrzymuje na chwilę czas. Uwielbiam to!

ogród5

ogród4

ogród11

Mecenas uwielbia leżeć na ciepłym kamieniu, wyluzowany prawda?

Li.


Różem w szarość!

29 sierpnia, 2018

widok
Miałam pisać codziennie, ale czasem wpadam w taki konflikt z czasem,
że skupiam się wyłącznie na działaniach obronnych,
a blog zostaje daleko z tyłu, tam gdzie starcy, kobiety i dzieci.
***
Deszcz zawiódł i nie spadł.
Siedzę przy moim oknie z widokiem
i od czasu do czasu odrywam oczy od ekranu,
mam szczęście, że  wokół mnie jest  tyle piękna.
Patrzę na różowe szkło- a moja okienna szklana kolekcja ma w sobie bardzo miłą historię:
Otóż w kwietniu tego roku przydarzyło mi się nieszczęście,
(choć słowo „nieszczęście” jednym wyda się na wyrost,
dla mnie to było nieszczęście)-
w salonie odpadła ze ściany  niedawno powieszona półka z moimi zbiorami.
Z najładniejszymi i najcenniejszymi rozalinowymi karafkami!
IMG-20180624-WA0005
Fachowiec od siedmiu boleści powiesił ją na niewłaściwych dyblach.
Płakałam jak dziecko,
bo w szklany pył poszło tyle pięknych przedmiotów, takich unikalnych,
to straty nie do odrobienia, i nie mam na myśli wartości materialnej.
IMG-20180624-WA0007
Pożaliłam się spontanicznie komuś miłemu,
(ech- właściwie to moje żale słyszało pół świata).
Kilka dni później znalazłam w pracy na swoim biurku
piękną karafkę  i czekoladki.
Byłam tak zakręcona, że bezmyślnie postawiłam ją w oknie,
nawet nie zastanawiałam się skąd ta karafka, była i  już.

Takie czary.

Ale gdy tydzień później znalazłam na biurku dwa razy większą karafkę,
kieliszki i kolejne czekoladki,
to już wiedziałam,
że kryje się za tym jakaś tajemnica.
Biuro solidarnie milczało jak zaklęte,
ale znalazłam sposób, by złamać pewne słabe ogniwo,
farba została puszczona,
a raczej potwierdziły się
tylko moje domysły co do osoby ofiarodawcy.
Ofiarodawca jednak do dziś żarliwie zaprzecza,
i to jest takie urocze!
Bo ja wiem, że to On, a On wie, że ja wiem.
Te śliczne szkła tak cieszą oczy i tak pięknie filtrują/flirtują światło!
Nawet gdy jest szaro, to w moim oknie jest różowa łuna.
Li.


Wtorek-potworek.

28 sierpnia, 2018

Deszcz resztkami sił trzyma się krawędzi szarych chmur,
napinając do granic wytrzymałości próg bólowy w mojej głowie.
Powietrze lepkie i gęste od oczekiwania na ulgę,
plącze moje palce w bezproduktywnym stukaniu w klawiaturę.
Siedzę w pracy przy oknie z widokiem na szarość
i marzę o zapachu mokrych liści.
Odrętwiały umysł zdolny jest
li i jedynie do czynności ratunkowych,
piję więc kolejną kawę
i czekam.
Li.


Świat jest pełen znajomych znajomych.

27 sierpnia, 2018

Gusia studn

Im bliżej października, tym Gusia bardziej niepewna siebie.
Nie rozumiem tego, bo chodząc po tym świecie już tyle lat,
wiem że jedna rzecz się nie zmienia:
ładna, zgrabna i niegłupia blondynka
zawsze i wszędzie się odnajdzie lub zostanie znaleziona.
Mówię do niej- załóż wątek na forum,
albo poszukaj na fb ludzi ze swojego roku,
zagadaj, zrób pierwszy krok,
pewnie większość czai się tak jak Ty.
Ale to dziwne pokolenie
najbardziej na świecie boi się obciachu,
bo niby ktoś mógłby pomyśleć, że działa jak desperatka,
a tu trzeba trzymać fason,
udawać, że „samotność to moje drugie ja”.
Jednak, jednak przebiłam tę skorupę
i dziecko zalogowało się do grupy na fb „Prawo 2018”.
Nagle okazało się, że ma z wieloma ludźmi
ze swojego roku wspólnych znajomych-
czy to z Krakowa, czy sprzed lat
z wakacyjnych obozów we Włoszech czy w Bułgarii…,
to były stare, „nieużywane” kontakty,
ale opierające się przecież na wcześniejszej, realnej znajomości,
zawsze jest to jakiś punkt zaczepienia i pretekst do rozmowy.

Według teorii „sześciu kroków”
każdego z nas dzieli tylko sześć kontaktów
od dowolnie wybranej osoby na świecie.
Każdy zna kogoś,
kto przez swojego znajomego może dotrzeć do kolejnych osób
i w ten sposób, dzięki kolejnym sześciu kontaktom,
przeciętny Kowalski może przekazać liścik z pozdrowieniami Stingowi.
(A ja np. mogłabym przekazać pozdrowienia Trumpowi,
gdyby nie to, że nie poważam tego człowieka
i gdyby nie to, że wstydzę się, że znam Adriana).
Li.