17 mgnień wiosen Gusi.

Kwiecień 13, 2016

FullSizeRender (4)

IMG_6069 (2)

FullSizeRender (5)

17 lat  temu po północy  wrzeszczałam w porodowym szało-cudzie narodzin, klnąc na czym świat stoi.
Próbowałam przez otwór wielkości cytryny, wypchnąć na świat 4,5 kg szczęścia.
Męczyłam się przez wieczność godziny, a potem było tylko błogie  zmęczenie, duma i radość.
(Z łyżką dziegciu  w postaci poporodowych takich tam…)
A teraz to moje szczęście ma 1,80, urodę, inteligencję, dowcip, odpowiednią dozę ironii i sarkazmu,
dystans do życia, poczucie humoru, którym mnie za każdym razem rozbraja, ukochanego chłopaka,
wielki tłum znajomych i przyjaciół wiecznie okupujących nasz dom.
Jest czuła, lojalna, sprawiedliwa i wrażliwa.
Czasem doprowadza mnie do chwilę trwających ataków szału, bo nie zależy jej na ocenach,
czasem idzie na wagary, a ja jestem wzywana do szkoły- tak, jak jutro.
Cóż zrobić, pójdę, podpiszę hurtem wszystkie usprawiedliwienia, bo dobrze na szczęście pamiętam, jak to dawniej ze mną bywało.
I co?  Jakoś wyszłam „na ludzi”.
Ale cieszę się, że dużo czyta, że jest ciekawa świata, że ma swoje zdanie, że potrafi oddzielić ziarno od plew, że jest.
Moja kochana Guśka, mój Mańciu, nasz Knypcio, moja blondynka, maniakalnie prostująca swoje loki, moja córeczka.

Ech, ale jestem szczęściarą!

Li.


Nie sądzę, by kogoś obchodziło co u mnie się dzieje?

Kwiecień 11, 2016

Chciałabym napisać notkę, wrócić do starych nawyków- kubek kawy, notka, komentarze,
ulga, gdy myśli wywalone z głowy, ale coś mi nie pozwala.
Mam założoną wewnętrzną blokadę na wyzewnętrznianie się.
Ale u mnie wszystko jak zwykle w najlepszym nieporządku.
Najważniejsze, że pielęgnuję miłość do siebie i regularnie trenuję z moim najlepszym trenerem,
wielbię go i słucham,
daję się ochrzaniać, pałam szczęściem, gdy mnie chwali, robię coraz więcej i chce mi się zdobywać świat.
(Zaczynam mieć mięśnie, to doprawdy nowe doświadczenie).
Poznaję ciągle nowych ludzi, przeżywam śmieszne historie, dotykają mnie smutki,
tęsknię za Karolcią, mimo że dopiero co była w domu trzy tygodnie,
ufam, ciągle ufam, że najlepsze wciąż przede mną.
Nie podddaję się i nie poddam, o!
Gdy pada mi nastrój to robię 200 brzuszków, albo czytam zabawne sentencje.
Uwielbiam Panią Bukę, znacie?
Albo Umiarkowanie Zimną Sukę:
– „I chuj”- pomyślałam. Bo myślę raczej zwięźle.

Klnę jak szewc, ale w dzisiejszych czasach „lepiej głośno przeklinać, niż być cichym skurwysynem”.
Li.


Aktualności.

Styczeń 12, 2016

Odczuwam przemożny brak chęci pisania.
Mam wstręt do internetu.
Robi mi się niedobrze na widok tzw. polityków.
Udałam się więc na wewnętrzną emigrację
i-UWAGA- od 2 grudnia regularnie, 3 razy w tygodniu,
(nie opuściwszy jeszcze ani jednego),
chodzę na trening do najlepszego
i najmilszego sadysty,
jakiego dane mi było poznać.
W dodatku do miejsca, gdzie nie ma ludzi,
co mnie dziwi,
bo jest tu świetnie.
Spodnie mi spadają. Z tyłka.
Cudowne uczucie!
I to mnie cieszy.
Reszta jest milczeniem.
Li.


Długo, ale ważne.

Listopad 14, 2015

Zatyka mnie żal.
Paryż przelał czarę goryczy i rozpaczy nad światem.
Nie mogę pojąć tego okrucieństwa, zła, odczłowieczeństwa…
Nigdy nie powiem, że człowiek to bydlę, czy że jest gorszy niż zwierzę,
bo w świecie zwierząt nie ma interesownego i celowanego okrucieństwa,
nie ma zabijania dla przyjemności, nie ma zadawania cierpień,
tortur i gwałtów.
Nie ma polityki.
Nie ma religi, w imię której zabija się bez grzechu, a dla wiecznej chwały.

Boli mnie bycie człowiekiem.

Pewnego razu postanowiłam sobie być tylko dobrym człowiekiem. Odrzuciłam złe myśli, zazdrość, brak wybaczenia, tkwienie w złości. Wybaczyłam Nemo, wybaczyłam wrogom,
popatrzyłam na siebie i wybaczyłam też sobie. Przestałam być radykalna w sądach, znalazłam w sobie równowagę i dobrą życiową siłę. Dałam sobie
i innym prawo do błędów, bez ścinania głów. Chcę być tylko dobra, chcę nie mieć w sobie agresji, chcę uśmiechać się do ludzi i sprawiać, by czuli się dobrze w moim towarzystwie.
Chcę pomagać i chcę prosić innych, by pomagali.

Dzięki blogom poznałam cudowną i dobrą kobietę-kobietę z krwi i kości.
Niezwykłego człowieka.
I pewnie ma swoje wady, ale ja widzę same zalety. Roztacza dobro, poświęca swój czas-czytaj:swoje życie, poświęca sporo swoich pieniędzy na ratowanie, leczenie, szukanie domów dla bezdomnych kotów.
Tak-wiem. Przez zło umierają ludzie, a ja piszę o kotach.
Nie, ja nie piszę o kotach, ja piszę o czynieniu dobra, o dbaniu o tych, o których się nie dba.
Dobro jest jak kręgi na wodzie, rozchodzi się wokół, zrób coś dobrego, to zaprocentuje.
Wczuj się w cierpienie zwierząt, nie zrobisz krzywdy człowiekowi.
Daj dom bezdomnemu kotu, pomóż uwolnić z łańcucha psa, zareaguj na bicie konia,
a wychowasz swoje dziecko w miłości do świata i nie będzie brało do ręki broni, by zabijać.
I też będzie potrafiło dać dobro, bo tylko dobrem i wrażliwością da się zwalczyć zło.
Upraszczam? Tak, ale przecież podział jest prosty- zło to zło, dobro to dobro.

Po co ta notka?

Gosia wraz z kilkoma innymi wrażliwymi osobami stworzyła fantastyczną akcję pod nazwą „Skarpeta”.
Czytający jej bloga ludzie wrzucają do „Skarpety” po parę złotych na pomoc dla zwierzaków,
w tym- uwaga: nigdy dla Gosi.
(Popatrzcie tu, ile już uratowała kotów).
Ona ma dość swoich pieniędzy, radzi sobie sama, a jakie sumy poświęca na ratowanie każdego kota, to wiem dokładnie, bo czułam się w obowiązku zapłacić jej za koszty poniesione na ratowanie mojego Bolusia, było to 200 złotych, a wraz z Bolkiem ratowała przecież jego rodzeństwo.
Pomoc ze „Skarpety”idzie dla niezamożnych karmicielek osiedlowych kotów, dla dających dom skatowanym psom, dla tych cichutkich, niezauważanych ludzi, którzy czynią dobro u samych podstaw, więc może dlatego nie widać ich z góry.

Czym są wobec tragedii w Paryżu? Wobec tragedii uchodźców?

Są tym samym- życiem.

Nie da sie pomóc całemu światu, ale można mieć swój mały własny światek.
Gosia go ma i ja ją podziwiam.

Żeby zachęcić do wpłat na „Skarpetę” Gosia i inne fantastyczne kobiety stworzyły kalendarze.
Nie są to zwykłe kalendarze, bo każda kartka opowiada prawdziwą historię uratowanego zwierzaka.
Jeden kalendarz kosztuje 25 złotych wraz z kosztami wysyłki.
Oprócz ceny można dodać „cołaskę” do „Skarpety”.
Wszystko jest legalne i zgodne z prawem-
pewien zły człowiek po ubiegłorocznej kalendarzowej akcji doniósł na Gosię do Urzędu Skarbowego,
lecz donos nie odniósł skutku, bo przecież Gosia na tym nie zarabia, a tylko dokłada.
Na wszelki wypadek jednak sformalizowała działalność, na pohybel donosicielom,
co trochę podniosło cenę kalendarzy, bo sami wiecie- mimo, że pracuje zawodowo,
to na etacie, a musiała założyć działalność gospodarczą,
a z tym wiąże się Zus, podatki i inne daniny…
Ech… ale najważniejsze, to nie tracić z oczu najważniejszego.
Długa ta notka, nudna i mało sensacyjna, ale z prośbą:
Pomóżcie!
Kupcie te kalendarze, ja też je kupiłam, w ilości czterech sztuk,
bo jeden sobie zostawię, a trzy dam znajomym dzieciom,
niech się uczą pomagać.
Kupcie, albo i nie kupcie, ale wpłaćcie po parę groszy do „Skarpety”.

A każdy, kto robi zakupy dla swoich zwierzaków w „Zooplusie”,
mógłby robić to przez baner na blogu Gosi.
Każde 5 % z wydanej kwoty netto wróci wtedy do niej i będzie na życie dla „tymczasków”,
na ich leczenie, tuczenie i szukanie dobrych domów.
To Was nic nie będzie kosztowało,
poza minimalnym trudem wejścia na blog Gosi
i kliknięcia w banerek z wejściem do sklepu.

Tyle tu na tym blogu było pomocowych akcji.
Tyle razy oberwałam za pomoc ludziom, czy oberwę za pomoc zwierzętom?
Nadstawiam policzek i czekam.
Wierzę w człowieka, mimo wszystko i wierzę, że dobro jest siłą nie do pokonania.
Li.


Listopad 14, 2015

Wiedzieliście, że w słowie „cZŁOwiek” mieści się całe ZŁO?


Znalazłam!

Listopad 7, 2015

 

(Zalecam słuchać, nie oglądać, bo autor tej tuby musiał płakać,
gdy ją tworzył).

Normalnie nie chcę, ale muszę pisać, bo jak nie zapiszę to zapominam.
A ja chcę pamiętać.
Na przykład taką drogę do Bułgarii i z powrotem
w wakacje dwa lata temu,
gdy odtwarzacz CD grzał mi się od Turnaua i Sikorowskiego,
na okrągło, przez kilka tysięcy kilometrów,
kochałam tę płytę na zabój,
a te co ze mną jechały, nienawidziły jej serdecznie.
Ale przecież to kierowca rządzi!
(Nota bene, było to jedyne CD jakie miałyśmy na tę podróż).
Po powrocie do Polski płyta zaginęła w niejasnych okolicznościach
i oto dziś ją znalazłam.
(Mam na oku podejrzaną).
Słucham i słucham.

A moja ciężko chora jeszcze tydzień temu Starsza,
kaszląc poleciała kilka godzin temu z przyjacielem do Madrytu.
Bilet kupiła dwa miesiące temu i nie dała się przekonać,
że lepiej zostać w łóżku.
Ale w gruncie rzeczy przekonywałam ją bez specjalnego zapału,
raczej z matczynego obowiązku,
bo zrobiłabym to samo,
Madryt jesienią, ech… musi być piękny!
(Carpe diem córko, carpe diem,
bo potem nagle będziesz mieć prawie pięćdziesiąt lat
i już dużo mniej czasu na życie!).

Czytam „Bajki rozebrane”.
O rety, ja to jednak jestem mało skomplikowana.
I na całe szczęście!
Li.


Test na miłość do matki.

Listopad 5, 2015

No i pomyśleć, że mam już mniej niż dwa lata do pięćdziesiątki!

Wychodząc wczoraj rano z domu zostawiłam Gusi 100 zł- z okazji moich urodzin.
Dziecko się ucieszyło, jak zawsze gdy kasa spada jej z nieba, a poza tym było cudownie miłe,
samoprzylepne, grzeczne, kochające i dające mi w prezencie poczucie, że mam wspaniałą córkę.
Hm… dzień był zwariowany, przebiłam się przez siedem rozpraw, potem spotkania,
miałam nadzieję, że wieczór zakończę spokojnie na lekcji angielskiego.
Przyszła jednak do mnie przyjaciółka, zarządziła wagary,
w rezultacie wylądowałyśmy we włoskiej knajpce.
Mówię: super, ale moje dzieci nie mogą dowiedzieć się, 
że nie poszłam na angielski,
bo pilnują mnie bardzo.
Złożyłyśmy śluby milczenia, pijemy wino,
cieszę się ogromnym bukietem brudnoróżowych róż,
zamawiamy frutti di mare… ech, piękny wieczór.
Dzwoni Gusia: Mam, gdzie jesteś?
– Na angielskim-odpowiadam (nie)zgodnie z prawdą
– Nie kłam, jak możesz, tu Cię nie ma, sprawdziłam!
(Poczułam się jak piętnastolatka, która na wagarach nad Wisłą wpada na swojego ojca).
– No dobra-przyznaję się do winy- uciekłam z angielskiego.
Ale ostatecznie to są moje urodziny (sięgnęłam po koronny argument).
Guśka na to z żalem: a ja czekam na Ciebie z niespodzianką.
Kazałam wziąć taksówkę i przyjechać.
Dziecko wytaszczyło z taksówki wielki bukiet róż,
na tyle wielki że wzbudził moje podejrzenia o źródło pochodzenia gotówki na jego zakup.
Pytam więc, a ona na to, że przecież zostawiłam jej rano 100 zł.
No tak, ale nie na prezent dla mnie, tylko na jej wydatki.
– Mama!!!! A ja myślałam, że to jest jakiś test,
czy coś Ci kupię czy nie i wszystko wydałam na te kwiaty!
Z własnych pieniedzy kupiłam tylko kartkę!
(na 18 urodziny, notabene, którą zatytułowała: dla osiemnastoletniej niuni:)
– Jaki test???
Mimowolny test zdany na szóstkę,
i wiecie co?
Chciałam dać jej dziś stówę i nie chciała jej wziąć.
Co oczywiście nie oznacza, że nie weźmie jej jutro,
gdy uzna że już dostatecznie długo była przyzwoita.
Ale róże piękne!
Li.


Najlepszego!

Listopad 4, 2015

Postanowiłam żyć 100 lat, a potem wyskoczyć przez okno i uciec.
W dniu swoich urodzin najbardziej cieszę się z tego,
że moja córka wczoraj wieczorem wyszła ze szpitala,
a w drugiej kolejności, że żyję i życie jest piękne.
Rano w lustrze jeszcze nie straszyłam,
a dzięki nadzwyczajnemu sposobowi pielęgancji skóry
zdradzonemu mi przez moją siostrę babeczną
(nasze babcie były siostrami),
która w dodatku jest najlepszym okulistą na świecie
moja twarz jest bardzo nawilżona.
Hm… zaprawdę powiadam Wam-niezbadane są kobiece ścieżki pielęgnacji.
(Publicznie nie zdradzę, kto chce niech pisze maila).

W dniu moich 48 urodzin, życzę Wam wszystkiego najlepszego,
a moim wrogom życzę, by dożyli ze mną tej setki.

Idę do pracy, dziś mam istnie sądny dzień.
Ale jakoś cieszę się z byle czego…
Li.


Koszmarny weekend, jak to na Halloween.

Listopad 1, 2015

Nie było żadnych znaków na ziemi i niebie. A może ich nie zauważyłam?
W piątek poszłam do Ice na koncert Chrisa Botti.
Koncert był wspaniały!
Przejmujący, igrający z wrażliwością,
miałam w oczach łzy ze wzruszenia, albo ze śmiechu.
Potem wino na Kazimierzu, wróciłam do domu w świetnym nastroju,
muzyka wymiotła ze mnie całe złoooo i porobiła nowe odkrywki sił i energii.

Zadzwoniłam w nocy do Karolci.
Od kilku dni była mocno przeziębiona, z wysoką gorączką, na antybiotyku,
kaszlem mogłaby wybijać szyby.
Dziecko było w stanie tragicznym, nie była w stanie ze mną rozmawiać,
kazałam natychmiast jechać do szpitala.
Szczęśliwie miała przy sobie koleżankę.
I się zaczęła wspaniała piątkowo-sobotnia noc, do szóstej rano,
na skype, na telefonie, z nerwami i poczuciem ogromnej bezsilności.
Karolcia trafiła od razu na badania, prześwietlenia, pod kroplówkę,
diagnoza: zapalenie płuc.
Stan na dziś: jest dużo lepiej, co sześć godzin dostaje kroplówkę,
gorączka opadła, jest mocno osłabiona, ale idzie ku lepszemu.
Może we wtorek wyjdzie ze szpitala.
(Ma w szpitalu swój własny pokój z łazienką, ciekawe prawda?)

Moja pierwsza myśl: muszę do niej polecieć.
Druga myśl: nie możesz, bo praca, bo jest to nieracjonalne,
bo co jej pomożesz.
Trzecia myśl- co ze mnie za matka!
Czwarta myśl- jest pod opieką, nie jest sama.
Piąta myśl- mogłabym po prostu przy niej być.

Czuję się źle z tym, że nie poleciałam.
Zawsze byłam przy moich dzieciach, gdy chorowały,
a przecież tu jest sytuacja nietypowa- po raz pierwszy dziecko jest w szpitalu.
I to na na obczyźnie!
Z drugiej strony moja nieobecność jutro i pojutrze w pracy
wywołałaby komplikacje nie do ogarnięcia.
I tak miotam się między myślami, między sercem a obowiązkami.
Wszystko mnie boli, ten weekend straciłam dla życia,
nawet nie byłam na grobie ojca.
Ech…
Li.


Zapomniałam o tytule.

Październik 26, 2015

Ostatni raz widziałam go w poniedziałek tydzień temu.
We wtorek nie był mi potrzebny,
w środę miałam bardzo mało czasu i pojechałam taksówką.
W czwartek zderzyłam się z myślą, że coś jest bardzo nie tak,
zaczęłam go szukać.
Nie znalazłam i znowu rujnowałam się na taksówki.
W piątek potrzebny był mi bardzo, postanowiłam się skupić,
zmówić modlitwę do św. Antoniego i …
I nic, czarna dziura, absolutny brak jakichkolwiek śladów w pamięci,
lekka panika, choć sama nie wiem, czy dlatego że NIC nie pamiętam,
czy dlatego, że NIE mogę go znaleźć.
Wieczorem wcisnęłam czterem kolegom Gusi dwa komplety kluczyków,
kazałam klikać co dziesięć metrów,
zakreśliłam prawdopodobny obszar poszukiwań
i gryząc palce-czekałam.
Nie minęło 20 minut, gdy zadzwonili że znaleźli.
Moje kochane zagubione auto.

Dziś rano wychodząc z domu, znowu nie pamiętałam
gdzie zaparkowałam w sobotę.
Niekończąca się historia, marzę o garażu.

Zwariuję, jak nie zmienię sposobu życia, zwariuję.
Ale jak go znaleźć, a potem jak nie zgubić?

To był gorący weekend.
Po imprezach Guśki dom prawie w ruinie,
po wyborach- ech, wszystko rozumiem,
ale głosować na Kukiza?
Li.


Krew z krwi, kość z kości :)

Październik 23, 2015

Bimbuś

Ależ ta dziewczyna ma piękne oczy!
Li.

PS. Na kogo głosujecie? Bo ja na Partię Razem.
Dlaczego? Nigdy nie opuściłam wyborów, ale przez ostatnie lata głosowałam głównie na mniejsze zło.
Teraz oddam mój głos na partię, z której programem wcale się nie utożsamiam,
ale która składa się z ludzi z krwi i kości,
a nie z polityków.
Niezdecydowanym polecam TEN krótki przewodnik po partyjnych programach.

A TU drugi  świetny tekst.


Oczywiste, że skoro miałam nie pisać, to piszę.

Październik 21, 2015

Wstałam o piątej rano i obudziłam koty.
Zaspany kot w przymrużonych oczach chowa całe pokłady wyrzutów sumienia. Pies nawet nie drgnął, odporny na dwa budziki, śpi jak na przyzwoitego psa przystało.
Wstałam, bo chciałam popracować, ale przytulne okoliczności wciągnęły mnie z powrotem do łóżka. Całkiem więc spokojnie wypijam w łóżku pierwszą kawę w beznamiętnym  towarzystwie włączonej pralki, a jej szum jak szum wód prenatalnych, daje mi poczucie bezpieczeństwa i chwilowy triumf (nie)perfekcyjnej pani domu nad domowym bałaganem.
Przez szczelne okna nie wpada grzechot budzącego się miasta, uwielbiam to zawieszenie w czasoprzestrzeni, jeszcze przez godzinę, zanim nie trzasną drzwi sąsiada i nie obudzą psiego poczucia obowiązku (trzaskające drzwi wymagają przecież oszczekania).
Od przedwczoraj miałam być w Hiszpanii, opłacony pusty fotel przeleciał nad Pirenejami zamiast mnie, no cóż… życie…
(Ale podobno tam pada).
Muszę jednak zniknąć z domu na weekend, bo z powodu moich hiszpańskich planów Młodsza zaplanowała na piątek imprezę integracyjną dla swojej klasy, a na sobotę imprezę dla przyjaciół. Podobno nie łączy się jednego z drugim i moje sugestie o kompilacji towarzystwa zostały odrzucone. Zabiorę więc psa i potułam się, może ktoś mnie przytuli, obietnica noblige. Nie wolno mi wrócić do niedzieli, z troski o moje nerwy oczywiście.
Są i plusy tego wygnania, bo od kilku dni Guśka jest dzieckiem idealnym-sprząta kuchnię, codziennie mówi mi, że mnie kocha, wyrzuca śmieci bez awantur, nawet bez przypominania wychodzi z psem. Mówię jej, że na pewno zniknę na weekend, nie musi już tak się starać, ale najwyraźniej chce mieć mocne argumenty.
W razie czego, cha cha.
Ech, dziś jest środa, co urody doda.  Idę na manicure, a Wy?
Li.


Dzielę się zachwytem.

Październik 19, 2015

Szary ten poniedziałek, ale mój.
Zgodnie z konsekwentną niekonsekwencją piszę notkę, choć pisać już nie miałam.
Oczywiście od razu nabrałam ochoty, by pisać  i pisać.
(Sama siebie nie słucham, a co dopiero innych).
Ale czy mogłam nie pokazać tego zachwycającego, lekkiego, zmysłowego tańca?
Li.


Być dobrym ministrem swoich własnych spraw wewnętrznych!

Październik 19, 2015

A co na to Lec?
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Codziennie pocieszam się w ramionach Leca, zawsze przed ramionami Morfeusza.
Na razie minęła mi chęć do codziennego pisania, pozamykałam się w sobie
i nie wypuszczam siebie poza swoje własne granice.
Tak jest lepiej i bezpieczniej.
Świat jest zły i trudno mi sobie z tym poradzić.
Mój mały światek funkcjonuje lepiej lub z reguły gorzej.
Czasem rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami, a rzeczywistością
otwiera się nagle jak lej krasowy, wpadam w niego i myślę, że to mój koniec.
Ale gdy leżę na dnie, gdy już czuję nadchodzący spokój, święty spokój,
słyszę pukanie od spodu,
można więc spaść jeszcze niżej,
nawet to daje nadzieję i pozwala wygramolić się na brzeg.
Bo skoro może być gorzej, to może być i lepiej.
I tego się trzymam, robię swoje, kocham moje córki,
rozpieszczam moje zwierzaki
i pracuję nad sobą, bardzo nad sobą pracuję.
… Tyle u mnie nowego!
Miłego dla Was,
Li.
PS. Interia zamknęła platformę blogową, tym samym mój pierwszy blog „Licencja na bloga”,
zakończył swój żywot w otchłani internetu.
Zdążyłam go jednak skopiować.
Ależ to kawał życiowej historii!
Czytam na nowo i nie mogę się nadziwić,
po co mi było
tyle par czerwonych szpilek.


Sensacja goni sensację.

Wrzesień 21, 2015

Nie mogę spać.
Herbata rumiankowa nie pomogła. Mruczenie wtulonego we mnie Bobcia też nie.
Wstałam.
Snuję się po domu, w tle Caro Emerald, gary tłuką się w zmywarce,
pranie wiruje, koty mrużą oczy, zostało mi pięć godzin do wrzasku budzika.

Nie mogę spać.
Bo nawet gdy nogi już zasnęły, to głowa ciągle nie.

Byłam wieczorem w kinie.
Na „Nigdy nie jest za późno”, kocham Meryl Streep, choć film taki sobie.
Ot, kolejna amerykańska bajka o wybaczaniu grzechów przede wszystkim sobie.

Jestem cholernie zmęczona, nie da się ukryć.
Nadrabiam resztką poczucia humoru,
ale zaczynam nie łapać już dowcipów statlera,
ma to destrukcyjny wpływ na nasz (jakże intelektualny) związek.

Ale, ale! Za tydzień jadę na weekend na Mazury,
a za miesiąc do Hiszpanii,
niech się pali i wali,
ja marzę o wgapianiu się w morze.
I o snuciu się bez celu i bez pośpiechu.
I o wyłączonym telefonie.

To ostatnie się nie uda.

Mam do wydania w dobre ręce dwa kocury.
Zmarła ich opiekunka, są smutne i zdezorientowane.

Idę do wanny, mam niby czwartą część Millennium, pewnie pisaną wyłącznie dla pieniędzy,
ale nie mogłam odmówić sobie Lisbeth Salander.
Li.

 


NIe czekam na jesień tego roku. I tak przyjdzie.

Sierpień 23, 2015

Jerzy Kamas nie żyje.
A ja tak kochałam Wokulskiego…

Lato minęło.
A moje poczucie beznadziei nie mija.
Jasne, że walczę z nim codziennie,
nie chcę łatwo oddać pola,
nie chcę mu się poddać,
bo nie będzie już niczego.

Nie, nie mam depresji, przynajmniej w klinicznym znaczeniu.
Mam tylko poczucie, że kiedyś byłam szczęśliwsza,
łatwiej mi było cieszyć się życiem.
Teraz wszystko mnie rani- nie oglądam już tv, nie czytam wiadomości,
starannie omijam wzrokiem zdjęcia.
Ale one i tak wchodzą bez zaproszenia,
radio w aucie, migawka na ekranie laptopa,
rozmowy…
ech, świecie, ech, ludzie, ech…
Wojny, nieszczęścia, maltretowane zwierzęta,
buta polityków, Pani Szydło, której szczerze nie znoszę,
morderstwa, gwałty, ból, zło-oto dzieło człowieka.

Dzieci wróciły po wakacjach nad morzem.
Znowu dom tętni życiem, no i odzyskałam auto.
Aplikacja w telefonie licząca codziennie moje kroki
będzie zawiedziona.

Karolcia zrobiła karierę, od zmywaka do menadżera.
Świetnie sobie radzi, ale pracuje ponad siły.
Serce mi pęka, ale takie czasy-twardym trzeba być, nie miętkim.

Zaraz idę do kina na „Nieracjonalnego mężczyznę”.
Młodsza mnie namówiła,
przecież takiej propozycji się nie odmawia.

Bardzo długo nie pisałam, nie mam pojęcia dlaczego.

Miłego dla Was!
Li.


Jak kobieta z kobietą.

Lipiec 13, 2015

Ostatni weekend wplątany w bolesne zaszłości, rozmowy, zaskoczenia,
nie przyniósł mi spokoju.
Na koncertach wyłączałam się z rzeczywistości,
by zaraz po nich z powrotem wpaść w to miejsce umysłu,
w którym wcale nie chcę być.
Jeden nierozważny krok w życiu, jedno zaufanie niewłaściwemu człowiekowi,
o jedno poświęcenie siebie za dużo,
a kula u nogi nigdy nie przestanie ciążyć.
Tak, piszę o moim małżeństwie, tej wiecznie rozdrapywanej ranie,
ale i sobotniej, bolesno-oczyszczającej rozmowie,
nie z mojej bynajmniej inicjatywy.
Dziś zarządzam pogrzeb- koniec z kobietą-koniem.
Przestaję tak nazywać druga żonę mojego byłego męża.
Zrobiła coś, co wzbudziło mój szacunek.
No- może zaledwie szacuneczek, ale to już coś.
Nie ma to nic wspólnego z wybaczeniem,
ale odpuszczam sobie złośliwostki.
Może z czasem uda mi się pójść dalej
i naprawdę wybaczyć, by poczuć się wolną.
Życie toczy się mimo,
skamieniałej przeszłości nikt nie ma mocy zmienić.
Staram się zrozumieć, staram się.
Na razie wszystko jest w najlepszym nieporządku.

Jestem dumna z mojej córki.
Przyszły nareszcie wyniki egzaminów,
jest świetnie!
A Karolcia postanowiła zrobić karierę od pucybuta do milionera
i na razie pracuje w knajpie mojego brata na zmywaku,
w przerwach ucząc się pilnie sztuk gastronomicznych,
potrafi zrobić już każdy rodzaj kawy,
piję więc idealną latte macchiato
teraz czas na poznanie tajemnic baru.

Dobrze będzie, bo nie może być inaczej.
Li.


Nie chcę zatruwać sobie niedzieli wczorajszymi sprawami.

Lipiec 12, 2015

Posłuchajcie jakie to jest piękne, jaki zostawia w duszy ślad.
Siedziałam na koncercie jak zaczarowana.
A teraz? Jest mi jakoś tak, ni dobrze, ni źle,
muszę się zastanowić, przemyśleć,
ale nie dziś, pomyślę o tym jutro.
Mam za oknem piękną niedzielę,
plany mało ważne, acz konieczne do wykonania,
bo przecież najważniejszy jest plan,
wieczorem znowu idę na koncert,
też Adam Bałdych,  ale dziś tylko z pianistą.
Cieszę się, muzyka mnie koi,
a ukojenia potrzebuję, oj potrzebuję.
Potem późnowieczorne leniwe siedzenie na krakowskim Rynku,
niezmienny element wakacji,
wciąż uwielbiam widok podświetlonych Sukiennic.
Li.


W tym roku wyjątkowo obficie kwitną smutek, problemy i życiowe pomyłki.

Lipiec 11, 2015

 

Jest taka książka Jeffreya Archera „Kane i Abel”.
Przypomniała mi się po dzisiejszym popołudniu i telefonie,
po którym trudno mi dojść do siebie,
bo utknęłam zawieszona pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością
i bezradnie rozglądam się po ludziach, nie wiedząc już kto wrogiem,
a kto przyjacielem.

Napiszę o tym jutro.
Dziś wszystko mnie boli, a ja przecież boję się bólu.
Wieczorem idę do Piwnicy Pod Baranami, na koncert Adama Bałdycha,
oddam się skrzypcom,
niech poruszą najczulsze struny mojej duszy,
niech mi zrobią wewnętrzny masaż wrażliwości,
inaczej zwariuję od nadmiaru smutku.
Bo jak żyć z tym smutkiem, jak żyć?
Li.


Życie po niezdatności do (u)życia smakuje wspaniale!

Czerwiec 1, 2015

Doigrałam się i padłam jak szczypiorek ścięty na wiosnę.
Piątku nie pamiętam, w sobotę dochodziłam do siebie,
choć najbardziej chciałam być kimś innym,
w niedzielę podjęłam czynności pozorujące opanowanie sytuacji.
Miałam robić perfekcyjne porządki,
a kupiłam chmurę solarnych motylków na taras.
Tak, na ten brudny, nieposprzątany po zimie taras.
Ale już przysiadły na balustradzie i cieszą oczy.

Dziś przylatuje przyjaciółka Karolci- Jessica,
a pojutrze dziewczyny zabierają mi auto i ruszają w Europę.
Znowu ja mam najgorzej, taki los matki.
Los matki:)
Mam wolne dwie godziny,
odkurzacz w dłoń,
niech moc dziś będzie z Wami, Dzieci!
Dzień Dziecka czas zacząć!
Li.


Czas pogodzenia oczekiwań z niedoskonałością.

Maj 27, 2015

Dziś, przed Jędrzejowem zasnęłam za kierownicą, w ułamku chwili.
Auto zaczęło zjeżdżać na lewy pas,
na szczęście jechałam z Karolcią i ona zareagowała.
A było jak zwykle- wcześnie rano musiałam jechać do Kielc.
Zmęczenie od kilku dni wysyłało mi wyraźne sygnały,
ale kto by tam mnie słuchał,
a już na pewno nie ja.
Miałam tyle rozumu, że poprosiłam dziecko, by pojechało ze mną.
(Drogi powrotnej nie pamiętam, spałam jak zabita).
Nie wyrabiam się, nie ogarniam, jak w pracy stos zlikwidowany,
to rośnie stos prania i brudnych garów.
Jak z tym powalczę, to znowu akta płoną mi z pilności,
do cholery jasnej, jak jeszcze raz któraś mi powie,
że jednocześnie:
perfekcyjnie prowadzi dom, perfekcyjnie wygląda,
perfekcyjnie pracuje i perfekcyjnie depiluje strefę bikini
to ją ugryzę.
Z zazdrości i niemocy.
Z okazji Dnia Matki Młodsza, by nie angażować środków pieniężnych
wysprzątała kuchnię.
Dzień Matki jest niestety raz w roku,
a moje błędy wychowawcze (nie)sprzątam na co dzień.

A poza tym wszystko w najlepszym nieporządku.
Karol zjechała na wakacje, egzaminy pięknie zdane,
co napawa mnie dumą.
Przyjadą jej znajomi ze studiów,
wtedy już na pewno trzeba będzie ogarnąć dom i posadzić nareszcie coś na tarasie.
(Na razie dzięki Bogu pada, więc jestem usprawiedliwiona).

A co u Was?
Mało się odzywacie, a przecież statystyki nie kłamią,
wejść na bloga jest bardzo dużo, co w sumie dziwi, ale i cieszy!
Gdzie oni są, Ci wszyscy moi Przyjaciele?
Li.


Komentarz powyborczy.

Maj 25, 2015

Oczywiście, że zagłosowałam. Na tego, który nie wygrał.
Szczerze powiedziawszy przegrana Komorowskiego niewiele mnie obeszła,
tak jak nie obeszła mnie wygrana Dudy.
Ani jeden, ani drugi nie budzi mojego entuzjazmu,
zagłosowałam bo zawsze głosuję,
a na Komorowskiego tylko i wyłącznie dlatego,
że za Dudą stoją ludzie, których poglądy mnie brzydzą.
Liczę jednak, że się od nich zdystansuje,
bo to inteligentny człowiek, wtedy będzie miał mój głos.
A Polska jak zwykle podzielona,
ale w tygielku wzajemnej nienawiści
pławią się wszyscy po równo.
Śmieszą mnie te żale i lamenty, histeryczne przepowiednie końca świata,
deklaracje wyjazdu „z tego kraju”, ech… a jedź, zobacz, posmakuj, przekonaj się,
że polityka wszędzie jest taka sama, dno i wodorosty.
Naprawdę wierzysz politykom?

Trzeba robić swoje, dbać o swój mały światek,
kochać piękno, ład i harmonię,
nie krzywdzić nikogo, pomagać ile się da,
przygarniać bezdomne zwierzęta
i być przyzwoitym człowiekiem.
Gdy człowiek jest dobrym ministrem swoich własnych spraw wewnętrznych,
to zawsze da sobie radę, niezależnie od panującej opcji politycznej.

Chrzanić całą resztę.
Li.


Byle do przodu!

Maj 17, 2015

Ojtam, trzeba trochę ponarzekać i poużalać się nad sobą, dla zdrowotności.
Przecież wiadomo, że nie załamię się jak stary dach, bo:
-po pierwsze-nie leży to w mojej naturze
-po drugie- umarłabym ze wstydu
-po trzecie- mam dzieci, więc muszę świecić przykładem
-po czwarte- w zmartwieniach mi nie do twarzy.
Muszę tylko znaleźć sposób na to chroniczne zmęczenie,
męczy mnie bycie zmęczoną, bardzo męczy.
Od zmęczenia tylko krok do mękolenia,
a mękoląca kobieta, to prawdziwy dramat.
A ja wolę komedię.

Dlatego nie martwcie się o mnie, nie dzwońcie z niepokojem,
nie piszcie, jak mi pomóc,
bo daję radę, czasem tylko chciałabym pewne sprawy dzielić na dwie osoby.
Tak byłoby sprawiedliwiej.
Skoro jednak wiadomo, że sprawiedliwości nie ma,
to biorę wszystko na klatę i idę czołgając się dalej.
Li.


Byle nie zgorzknieć, byle nie zgorzknieć!

Maj 17, 2015

Ostatnie zajętości powoli wyczerpują moje energetyczne zasoby.
Jestem tak zmęczona, że zasypiam pomiędzy zdaniami książki,
którą usiłuję przeczytać od miesiąca.
Tygodniami nie odkurzany dom staje się
wzorcowym materiałem na casting do „Perfekcyjnej Pani Domu”.
Ciągle siebie pytam, czy tak miało wyglądać moje życie,
ale zanim sobie odpowiem, to już śpię.
Wczoraj zasnęłam w wannie.
Dziś przespałam pół soboty.
Z niechęcia myślę o niedzieli, bo muszę iść do pracy,
wszak wolny od ludzi i telefonów dzień
to prawdziwa szansa na efektywną robotę, hura.
Gdzieś tam w tle snuje się szczątkowe życie towarzyskie,
na uczuciowe nie mam czasu,
choć moja Guśka zakochana po uszy,
więc średnia na rodzinę nie jest zła.

Udało mi się chyba zdefiniować słowo „samotność”.
Samotnym jest człowiek wtedy, gdy słyszy z każdej strony:
– daj spokój, jakie Ty masz problemy!
– kto ma sobie dać radę, jak nie Ty?
– przestań, Ty to możesz góry przenosić

– zazdroszczę Ci, chciałabym byc na Twoim miejscu
zamiast jednego:
pomogę Ci kochanie, nic się nie martw.

A co tam u Was?
Li.
PS. Chwyciłam się kawałka papieru, to moja tratwa ratunkowa,
bilet na samolot, do Hiszpanii,
w październiku.
Wytrzymam?


Piszę, bo to milsze niż prasowanie.

Kwiecień 18, 2015

Co za tydzień.
Karol poleciała wczoraj z powrotem do Anglii.
Z ulgą wyłączyłam dziś telefon i zamknęłam się w domu.
Gadam tylko z kotami i psem.
Młodsza zabarykadowała się w swoim pokoju
i wysyła mi via skype krótkie wiadomości-
kawa, zielona herbata, jeść!!!
Za dwa dni zaczyna egzaminy do liceum
i chyba właśnie zdała sobie z tego sprawę.
W każdym razie poziom paniki wzrasta gwałtownie,
a ja zaciskam usta,
by nie powiedzieć odwiecznego matczynego „A nie mówiłam?”.
(Co tam, jakoś to będzie,
jeszcze tak nie było, żeby nie było,
przecież to inteligentne dziecko).
Rety, jaka jestem dziś szczęśliwa w moim domowym bunkrze,
mam na twarzy maseczkę, robię hummus,
sprzątam, piorę, urabiam ręce po łokcie
i czuję leniwe zadowolenie, chwilo trwaj!
Umyta podłoga jest dziś najlepszym przyjacielem kobiety.
Na kanapie leży stos prasowania,
ale szczęśliwie z wiekiem pogorszył mi się wzrok
i w dodatku nabrałam cudownej umiejętności
przenikania wzrokiem przez wszelkie naoczne niedogodności.
Widzę więc wielką, przytulną kanapę z poduszkami,
li i jedynie.
Czeka na mnie, ewidentnie na mnie czeka.
Miłego wieczoru!
Li.


Papugą być i przeżyć.

Kwiecień 14, 2015
Palce wisiały nad klawiaturą niewygodną chwilę,
nim dopadły uciekającą mi z głowy nijaką myśl-
nie mam światu nic do powiedzenia.
Do okna zagląda mi noc i im bardziej zagląda,
tym bardziej chce mi się spać.
Spoglądam z odrazą na rozłożone papiery
– leje się z nich ludzka krew.
To taka zwykła rozwodowa historia,
małżeńskiego zadziobania się w imię udowadniania
swoich racji najracniejszych.
A rozwodowe racje mają tendencje do rzeszotowienia
serc, umysłów, wspomnień, dzieci i rodziny.
Dziurami szybko wypływa tętnicza krew
i zalewa kadłub przysięganej miłości.
Opadając ciężko na dno, poniewiera się po mule
i bezpowrotnie tonie we wzajemnych oskarżeniach.

Wracam do pracy, muszę napisać kolejny traktat* o wieloletnim dziobaniu,
niszczeniu, deptaniu, poniżaniu, zdradzaniu i upokarzaniu.
On ją, ona jego, ale żadne nie przyzna się do niczego i do nikogo,
wolą dalej się dziobać, aż do stępienia dziobów.
Mam komfort, bo dziobali się po równo,
są tyleż własnymi katami co własnymi ofiarami,
a dziobanie weszło na wyższy/niższy poziom**
bo dziobią się z adwokatami.
(Oto szczyt kariery-jestem dziobiącą papugą***).

Zdecydowanie rzucę to kiedyś
i wyjadę.
Do Portugalii?
Li.

*  Piąte pismo procesowe
**  Niepotrzebne skreślić

*** Tym jakże zaszczytnym mianem bywają określani adwokaci.
Że niby mówią, co im się każe.


Szesnaście lat temu o tej porze.

Kwiecień 12, 2015

Gusia

knypo2

Szesnaście lat temu, 13-go kwietnia,
dwadzieścia po pierwszej w nocy
urodziłam przekochaną dziewczynkę.
4,5 kg natychmiastowej miłości.
To był ideał dziecka- śpiącego, mało marudnego,
uśmiechniętego i pogodnego.
Teraz, gdy ma 180 cm, ja i tak ciągle widzę w niej małą Guśkę.
Udała mi się, jest dobrym człowiekiem, potrafi oddzielić ziarna od plew,
ma swoje widzenie świata, swój osąd sytuacji,
swoje poglądy, których potrafi bronić,
pokłady sarkazmu i ironii, które w niej uwielbiam,
poczucie humoru i niebanalną urodę.
Będą z niej ludzie!
(Choć chce być prawnikiem,
co mnie martwi).
Zamówiłam na jutro stolik w tajskiej knajpie,
będziemy świętować!
Co nie zmienia faktu, że szkoda mi
dzieciństwa moich dzieci,
za szybko minęło, za szybko!
Li.


Ładnie, co nie? :)

Kwiecień 10, 2015

Kancelaria2Kancelaria3Kancelaria4Kancelaria5Kancelaria6Kancelaria7Kancelaria8Kancelaria1
Lubię przychodzić do mojej kancelarii,
siedzieć pod siedemnastowiecznym sklepieniem,
odkrywać wzór na starych cegłach,
pić kawę z widokiem na stary ogród
i słuchać śpiewu ptaków w samym centrum Krakowa.
Podobno  była to kiedyś stara wozownia.
W każdym razie teraz pewna urocza siedemnastowieczna oficyna
na tyłach pewnej pięknej kamienicy przy ulicy Sławkowskiej,
kryje takie oto cudo (i nie piszę o sobie, haha).
Na wyciągnięcie ręki mamy świetną restaurację „Cyrano de Bergerac”,
bo pod naszą podłogą chłopaki mają piwniczną kuchnię.
(Szczęśliwie bezzapachową).
Kocham to miejsce i mam nadzieję, że stąd już się nie ruszę.
(Nie mam zresztą siły do układania po raz kolejny tony akt).
A z domu do pracy idę cztery minuty,
jednak kto nie ma szczęścia w miłości,
to ma szczęście w pięknej drodze do pracy.
Zapraszam, kawa i herbata zawsze czeka.
(Tak na oko ze dwadzieścia różnych gatunków.
Jestem zaopatrzeniowcem naszej kuchni).
Zaparzona i podana w odpowiednim czasie melisa z pomarańczą
uratowała mi już niejedną ugodę.
Nie mówiąc o cudownej mocy herbaty z cytryną
i prawdziwym sokiem malinowym mojej byłej teściowej.
To jest dopiero tajna adwokacka broń!
Li.

 


Notka poruszająca bardzo ważny temat ekspansji „w”.

Kwiecień 7, 2015

Szum za oknem przegonił świateczną ciszę
i miasto wraca do właściwego mu poziomu smogu.
Wstałam bez specjalnej niechęci, ale i bez zapału,
niech pierwszy rzuci kamieniem ten,
kto lubi dobrowolnie wpadać w zawodowy kocioł,
mając za plecami ciepłe łóżko i mruczące koty.
Otwieram kalendarz, a tam czarno od zapisków.
Zamykam, jeszcze chwilę połudzę się spokojem,
telefon wyciszony, dzieci śpią,
trawa rośnie, kawa pachnie,
wypij, wypij ją,
wycisz, wycisz się,
wykąp, wykąp się,
wytrzyj, wytrzyj się,
wybalsamuj, wybalsamuj się,
wyszczotkuj, wyszczotkuj je,
wykremuj, wykremuj się,
wymaluj, wymaluj się,
wypachnij, wypachnij się,
wyjdź nareszcie z łazienki.
Nie miałam pojęcia, że poranne czynności
są głównie na „w”.
(I jeszcze:
wyprowadź, wyprowadź psa,
wyczyść, wyczyść kuwetę).
A jak tam Wasze „w”?
:)
Li.


Cukier krzepi.

Kwiecień 6, 2015

W wiszących nisko nad miastem szarych chmurach zobaczyłam niebieską dziurę.
Ucieszyła mnie, bo od razu dała szansę na zmontowanie jakże banalnej prawdy,
że nie ma takiej szarości, której nie można pokonać kolorem.
Dziś mam lepszy nastrój, postawiłam się do pionu,
leżąc i oglądając „Still Alice”, świetny, prawdziwy, smutny film.
Moje ukochane trzy kocury obłożyły mnie sobą, mruczą,
domagają się pieszczot, patrzą z miłością,
każdym gestem okazują swoje przywiązanie,
czy można czerpać chęć do życia z oczu kota?
Najwyraźniej można.
Postanowiłam jeszcze uratować sobie te święta,
co nie zmienia faktu, że pod sufitem, to u mnie
nie ten… tego… nie da się ukryć:)
I dobrze, wariatka przynajmniej jeszcze tańczy.
Jem lody. Śmietankowe i sorbet z mango.
Li.


Nic krzepiącego.

Kwiecień 6, 2015

Spałam kilka popołudniowych godzin
i dzięki temu mam gwarancję nieprzespanej nocy.
Świętuję więc nocnie-samotnie,
bo do kogo mogę zadzwonić o trzeciej w nocy?
Nalałam sobie lampkę wybornego białego Chablis,
włączyłam muzykę
i oddałam się fascynującej czynności wymycia piekarnika,
niezbędności zrobienia porządku w herbatach
i konieczności zaktualizowania leków.
Noc nigdy nie jest oczywista, z natury muśnięta smutkiem
i tęsknotą zaniewiadomoczym
zagląda w te zakamarki duszy, które skrzętnie omija dzień,
bo opatrzone zakazem wstępu kryją w sobie niebezpieczeństwa
zbyt łatwego wydobycia składników do rozklejania się,
użalania, smucenia i porażkowania.
Brakuje mi pomysłów na wyrzucenie z siebie zatruwających mnie śmieci-
toksycznych odpadów przeszłości
i obezwładniających moją teraźniejszość lęków przyszłości.
Dochodzę do wniosku, że wbrew powszechnemu przekonaniu
jestem smutnym człowieczkiem,
czuję że dawnego optymizmu pozostała zaledwie szczypta,
a nowego pesymizmu mam całe magazyny.
Niewiele mnie już cieszy,
tak jakby zamknął się dla mnie kolorowy świat,
do niedawna przecież szeroko otwarty.
Czy gorzknieję?
Jeszcze tego nie czuję, ale stoję na rozdrożu
i boję się swojego wyboru.
Tak, tu jest zmiana- kiedyś się nie bałam.
Czuję, że zawodzę siebie samą.
(A przy Możdżerze trudno się nie rozklejać, prawda?).
Li.


Buntownik z wyboru.

Kwiecień 3, 2015

Dawno nie słyszany szum zmywarki koi moje uszy
i daje nadzieję na rychłą likwidację skamieniałego stosu garów,
rosnącego szybciej od chęci jego ręcznego umycia.
Zepsuta zmywarka to domowa katastrofa,
zepsuty piekarnik to już apokalipsa.
Moje domowe sprzęty weszły w pogwarancyjny wiek psucia się,
chorobę naszych konsumpcyjnie nastawionych czasów,
gdzie i małżeństwa, i miłości i sprzętów AGD nie opłaca się naprawiać,
bo przecież lepiej zamienić je na nowszy model.
Naprawa zmywarki, za którą cztery lata temu
zapłaciłam ponad dwa tysiące złotych,
kosztowała mnie złotych sześćset i komentarz,
że i tak długo chodziła na jednej i tej samej pompie.
Ceny za naprawę piekarnika jeszcze nie znam,
ale nie spodziewam się niczego taniego,
skoro zaliczka na części to trzysta złotych.
Ale naprawię, bo należę do opcji „naprawiaczy” – świata, siebie i uczuć.

Te Święta są mi obojętne,
choć mam rzeżuchę w żółtej doniczce i babę z rodzynkami.
Jestem zmęczona, chcę wejść do łóżka, wyspać się, poczytać, pokokosić,
ponudzić, popieścić koty, pomaseczkować, poleżakować w pianie,
poniespotykać się z nikim, zwyczajnie pobyć w domu i cieszyć się spokojem.

Dzieci zostaną ze mną do niedzieli, a potem pojadą do babci po mieczu,
gdzie jajka wielkanocne będą zwisać z każdego możliwego miejsca,
mazurków będzie ze sto,
stół będzie się uginał od jedzenia,
będzie gwarno i rodzinnie,
(równowaga w przyrodzie zostanie zachowana).

Ale chcą ze mną zostać,
mimo mojego subtelnego wypychania ich do babci już w sobotę.
Kochamy się, jakie to jest ciepłe uczucie.
I dzięki temu wybaczają mi świąteczne braki,
najważniejsze, że w domu jest ciepło.
Te wszystkie kurczaczki, święconki i kolorowe jajeczka
są tylko mało znaczącym symbolem,
generującym w sklepach tony zakupów,
i podnoszącym wartość PKB.

A miłość nic nie kosztuje,
mimo, że jest produktem de luxe, z najwyższej półki,
każdy może ją mieć.
I dlatego pewnie jest najbardziej zaniedbanym produktem świata.
Kochajmy się więc, kochajmy, przytulajmy, całujmy i…;-)
Chrzanić całą resztę, ze świąteczną ćwikłą na czele.

Spokojnych Świąt!
Li.


Notka wpadkowa, bo nie śpi ktoś, żeby potem mógł spać ten ktoś.

Marzec 29, 2015

Sprzątam = miotam się po domu,
sobotnia noc uroczo spędzana na zajęciach gospodarstwa domowego.
Czekam na sygnał od Gusi, że mogę po nią przyjechać i odebrać z imprezy.
Wstanę w środku nocy, ale nie pozwolę jej na samotne powroty w nocy
i nie jest to kwestia zwyrodniałej wyobraźni,
a wiedza o nocnym życiu Krakowa,
o zbrodniach mniej lub bardziej wyjaśnionych,
o gwałtach, o napadach z bronią lub bez,
o okrutnym przypadku, gdy nagle ktoś znajdzie się gdzieś,
gdzie dzieje się coś, czego nie powinien widzieć nikt,
a zwłaszcza ten ktoś
i staje się okrucieństwo nie do ogarnięcia.
Dziś znowu będzie nocować u nas koleżanka Guśki,
bo zaprotestowałąm stanowczo na prośbę koleżanki, by okłamać jej matkę,
najwyraźniej miała ochotę nocować gdzie indziej,
a hasło „nocuję u Gusi” ma wielką, bezpieczną moc,
matki dają się nabrać, ale nie ze mną te numery,
świętym prawem każdej matki jest wiedza,
gdzie podziewa się jej dziecko.
Nie zabraniam niczego, wychowałam mądrą i rozsądną dziewczynę,
ale warunek jest jeden: prawda i tylko prawda, bez ściemy.
Otrzymuję potem opowieści o nocowaniu w „domu babci Dawida”,
babcia w sanatorium nie miała pojęcia,
że wnuk przyjmował gości, zamiast podlewać paprotki.
Dziewczyny spały na wąskiej kozetce we dwie,
pod cienkim kocykiem
i w ciemności, by mieszkający opodal rodzice Dawida nie zobaczyli światła.
Haha, przypominają mi się wtedy moje przygody,
a niech ma swoją młodość durną, szumną, nierozumną,
i taką intensywną w przeżywaniu.
I tak jestem szczęśliwa, że nie jestem okłamywana,
choć z całą pewnością nie jestem o wszystkim informowana.
Za godzinę mam jechać na drugi koniec Krakowa,
pojadę, no cóż… serce matki:)
I przynajmniej jest szansa na spokojny sen!
Li.


Jakoś ciągle tu wracam.

Marzec 28, 2015

I znowu zadziwienie: jak dawno mnie tu nie było!
Zarobiona jestem.
Na szczęście nie wszystko idzie utartym torem,
dni wcale nie są podobne do dni,
a ilość rozrywek, nieoczekiwanych zmian, niespodzianek
i wpadania w szewską pasję przekracza roczną normę.
Ale czy muszę o tym pisać?

Guśka obcięła swoje blond loki,
pokazała zupełnie nieoczekiwaną dla mnie kobiecość
i celebruje życie towarzyskie.
Mam więc wolną chatę.
Do tego złamała palec i nosi gips z miną bohatera.
Karolcia przylatuje jutro na całe siedemnaście dni,
a ja ciągle nie tknęłam jej pokoju,
tak beztrosko przerobionego na suszarnię, praniazalegowisko i graciarnię.
Zamówiłam malarza do malowania salonu, ale już trzy razy go przekładałam.
Rzekomo z powodu licznych chorób,
a to tylko prozaiczny problem z wyborem koloru.
(Gość chyba zrezygnuje, bo ilość epidemii dotykających moją rodzinę… ech…:)
I taras czas zacząć i zdecydować o tym i o tym…
Doprawdy powiadam Wam, coraz mniej mi się chce,
bo widać, że można obyć się bez tysięcy wcześniej niezbędnych rzeczy,
gardzić przedmiotami, bez których wcześniej żyć się nie dało,
nie zauważać konieczności, nie musieć, nie dążyć.
A jednak walczę sama ze sobą, bo wiem, że gdy odpuszczę,
to wypuszczę demony zniechęcenia, lenistwa i bylejakości.
I tylko powtarzam sobie
Festina lente Monia, festina lente,
gdy pośpiech odbiera mi oddech, konflikt z czasem generuje wyścig zbrojeń,
poranna panika rysuje zmarszczki na czole,
koty czekają na jedzenie, którego zapomniałam kupić,
a samochód czeka aż go znajdę
po kolejnym błąkaniu się po okolicznych ulicach.
Festina lenta, Monia, festina lente,
nie macie pojęcia, jak czekam na wiosnę i lato.
Oplotę taras pnączami, posadzę trawę pampasową,
i będę robić kolację przy świecach.

Byłam na świetnej sztuce, pośmiałam się.
Polecam! „Kolega Mela Gibsona„, Scena pod Ratuszem.
Miłego dla Was!
(Naprawdę żyję i mam się dobrze).
Li.


Słowa, słowa, słowa, a życie biegnie dalej i mimo.

Marzec 19, 2015

Na stronie Fundacji Chustka przeczytałam dziś,
że Magda chciała w swojej ostatniej woli podzielić się
ważnym przekazem Gabriela Garcii Marqueza pt. „List do Przyjaciół”:
Piękne, mądre słowa.

Jeśliby Bóg zapomniał przez chwilę, że jestem marionetką i podarował mi odrobinę życia,
wykorzystałbym ten czas najlepiej jak potrafię.
Prawdopodobnie nie powiedziałbym wszystkiego, o czym myślę,
ale na pewno przemyślałbym wszystko, co powiedziałem.
Oceniałbym rzeczy nie ze względu na ich wartość, ale na ich znaczenie.
Spałbym mało, śniłbym więcej, wiem, że w każdej minucie z zamkniętymi oczami tracimy 60 sekund światła.
Szedłbym, kiedy inni się zatrzymują, budziłbym się, kiedy inni śpią.
Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia, ubrałbym się prosto,
rzuciłbym się ku słońcu, odkrywając nie tylko me ciało, ale moją duszę.
Przekonywałbym ludzi, jak bardzo są w błędzie myśląc, że nie warto się zakochać na starość.
Nie wiedzą bowiem, że starzeją się właśnie dlatego, iż unikają miłości!
Dziecku przyprawiłbym skrzydła, ale zabrałbym mu je, gdy tylko nauczy się latać samodzielnie.
Osobom w podeszłym wieku powiedziałbym, że śmierć nie przychodzi wraz ze starością,
lecz z zapomnieniem (opuszczeniem).
Tylu rzeczy nauczyłem się od was, ludzi…
Nauczyłem się, że wszyscy chcą żyć na wierzchołku góry,
zapominając, że prawdziwe szczęście kryje się w samym sposobie wspinania się na górę.
Nauczyłem się, że kiedy nowo narodzone dziecko chwyta swoją maleńką dłonią
po raz pierwszy palec swego ojca,
trzyma się go już zawsze.
Nauczyłem się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas,
kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł.
Jest tyle rzeczy, których mogłem się od was nauczyć,
ale w rzeczywistości na niewiele się one przydadzą,
gdyż kiedy mnie włożą do trumny, nie będę już żył.
Mów zawsze, co czujesz i czyń co myślisz.
Gdybym wiedział, że dzisiaj po raz ostatni zobaczę cię śpiącego,
objąłbym cię mocno i modliłbym się do Pana, by pozwolił mi być twoim aniołem stróżem.
Gdybym wiedział, że są to ostatnie minuty, kiedy cię widzę, powiedziałbym „kocham cię”,
a nie zakładałbym głupio, że przecież o tym wiesz.
Zawsze jest jakieś jutro i życie daje nam możliwość zrobienia dobrego uczynku,
ale jeśli się mylę, i dzisiaj jest wszystkim, co mi pozostaje,
chciałbym ci powiedzieć jak bardzo cię kocham i że nigdy cię nie zapomnę.
Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu.
Być może, że dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz.
Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra,
będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech,
na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie.
Bądź zawsze blisko tych, których kochasz,
mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz,
jak ich kochasz i bądź dla nich dobry,
miej czas, aby im powiedzieć „jak mi przykro”, „przepraszam”, „proszę”, dziękuję”
i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz.
Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne.
Proś więc Pana o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić.
Okaż swym przyjaciołom i bliskim, jak bardzo są ci potrzebni.
Prześlij te słowa komu zechcesz.
Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj.
I jeśli tego nie zrobisz, nigdy nic się nie stanie.
Teraz jest czas. Pozdrawiam i życzę szczęścia!

Ech…
Li.


Trzeba. I już.

Marzec 19, 2015

Popadłam w takie zajętości, że nie mogę się z nich wygrzebać.
Pracuję i pracuję, świata nie oglądam,
a stosy na biurku dalej płoną z pilności.
Znalazłam jednak w sobotę czas na genialny film.
Popłakałam sobie na nim, pośmiałam się, nadążyłam za fabułą,
wszystko zrozumiałam i wyszłam z kina w stanie wzniosłym,
z gorącym postanowieniem powłóczenia się po okolicznych lasach,
bo tam można spotkać-UWAGA-prawdziwego księcia.
Tak, byłam na „Kopciuszku” i wcale się tego nie wstydzę.
Czasem trzeba…
… żeby nie zwariować
z absolutnie racjonalnych powodów
związanych bezpośrednio
z bezładem, bezwładem, bezdusznością, beznadzieją,
beznamiętnością, bez-miłością, bezwzględnością,
(bo dziwny i straszny jest ten prawdziwy świat).
… ech.
Li.


Zdjęcie bardzo paryskie.

Marzec 10, 2015

Karolcia Paris

Jak było w Paryżu?
Paris, Paris, piękny, brudny, majestatyczny, klimatyczny,
rozczarowujący, wietrzny, drogi, zaskakująco tani.
Świadectwo ludzkiej pychy, rozmachu i umiłowania piękna.
Arabski.
Leciałyśmy z Krakowa z Romanem Polańskim,
owinięty w absolutnie francuski sposób wielkim  szalem wyglądał świetnie.
Trudno uwierzyć, że ma 82 lata!
Jest ciągle seksowny, choć na boga, nie wiem jak on to robi.
Paris, Paris ma mniej uroku niż każde włoskie miasto.
(Ja to jednak kocham wąskości uliczek, odrapaności kamienic,
popękane mury, pnącza, zaułki, schodki nie wiadomo dokąd,
pojedyńcze stoliczki, uliczne życie i dolce far niente).
Inny jest, ale popłakałam się w Muzeum Orsay,
wjechałam na czubek wieży Eiffla, powłóczyłam po Montmartre,
poodychałam kurzem katedry Notre Dame,
a co najważniejsze- byłam z córkami.
Odbieranie Karolci z pociągu z Londynu na Gare du Nord też mnie doprowadziło do łez.
(Jezu, nie do opanowania mam te mokrości oczu, nie do opanowania!)
Dlatego na pytanie, jak było w Paryżu, odpowiadam: było super!!!

I już myślimy, gdzie teraz?

Li.
P.S.Zdjęcie bardzo paryskie, Karolcia pewnie mnie zabije
i będę musiała je usunąć, ale póki nie wie, to sza:)


Oświadczenie pełne obrzydzenia.

Marzec 9, 2015

Zaczęłam czuć obrzydzenie do internetu.
I mimo kwarantanny, to obrzydzenie nie przechodzi.
Czuję wręcz jak rośnie-wielka gulą niezgody na kolejne nagonki,
na kolejne wszystko wiedzące blogowe pańcie autorytatywnie wypowiadające się na temat kogoś,
kogo w życiu nie znają, ale one wiedzą lepiej, bo czytają TEGO czy TAMTEGO bloga.
Zaprawdę powiadam Wam- nie grzeszy inteligencją człowiek,
który jest przekonany, że po blogu pozna innego człowieka.
(Bo jak nie dotkniesz, nie pogadasz, nie przeżyjesz kawału życia- to nie poznasz).
Ślizganie się po cudzych literkach może być żródłem zadowolenia z czytania składnych tekstów,
może być źródłem śmiechu, może wzruszenia,
gdy słowa szczególnie tkliwe, może podziwu, gdy błyskotliwe,
ale do cholery, nie może być źródłem poznania.
A jak czegoś/ kogoś nie znasz to zamilcz.

Mam koleżankę, która pisze o swoim szczęśliwym życiu,
dalekich podróżach, drogich prezentach od ukochanego męża.
Otacza ją wianuszek zachwyconych, zazdroszczących czytelniczek.
Razem wzdychają nad zdjęciem jej nowej torebki LV.
Z tego co pamiętam dostała ją za złamaną rękę. A może za wybite jedynki?
Ale o katowaniu nie napisze,
poprawia sobie samopoczucie i samoocenę zdjęciami z Bali.
Ma prawo? Ma.
I nikomu nic do tego.

Nie łudzę się, świat się nie zmieni,
ludzie pojedyńczo są dobrzy, generalnie są źli,
ale ja mam prawo wyboru, nie wchodzę, nie czytam, nie uczestniczę,
więc uprzejmie proszę- nie przesyłajcie mi linków do głupich, wstrętnych „dyskusji”,
ani do blogów pisanych nieznośną manierą,
do których i tak poza TYM pierwszym razem więcej nie zaglądnę.
internet to bestia żywiąca się cudzymi uczuciami, im więcej emocji,
tym jest bardziej rozpalona i agresywna,
mnie to nie interesuje,
wolę przytulić ciepłego, żywego kota.
Swoje w „tych internetach” przeszłam,
nie wejdę drugi raz do tej samej rzeki
pełnej pomyj, kłamstw i niegodziwości.
Nie będę nadstawiać piersi dla obrony kogoś,
bo sama oberwę, a mnie się już nie chce.
Brzydzi mnie to.
Li.


Do napisania.

Luty 26, 2015

Za parę godzin będę w Paryżu, cieszę się z tego, rozluźniam,
skrzętnie omiatam z problemów, by żadnego nie wsadzić do samolotu.
Nie piszę, bo nie.
Taką mam potrzebę niepisania i nie będę z nią walczyć.

W sobotę byłam na koncercie Queen z Adamem Lambertem.
Był świetny!

Wracam za kilka dni, będzie dobrze, bo nie może być inaczej.

Miłego dla Was!
Li.


Nihil novi.

Styczeń 18, 2015

Myślcie co chcecie, ale kiedy słyszę dobiegające z góry słowa:
Mamaaa, nie mogę zasnąć, chodź mnie przytulić, potrzebuję miłości!
to rzucam wszystko i lecę do mojego blisko szesnastoletniego dziecka,
któremu jeszcze chce się przytulić do matki i które tak bardzo lubi być tulone.
Topnieję jak lody Grenlandii.
Razem ze mną solidarnie leci pies i koty, nagle w łóżku robi się
ciasno, mrucząco, wiercąco i posapująco.
Kokosimy się, tulimy, śmiejemy,
aż słyszę tylko mruczenie kotów i spokojny oddech śpiącego dziecka.
Uwielbiam to, uwielbiam!

Toruń jest przepiękny. Niezwykle piękny!
Zrobiłyśmy sobie z Guśką prawdziwe wakacje, po rozprawie wyłączyłam telefon
i przewłóczyłyśmy się po Starym Mieście, pokarmiłyśmy kaczki nad zaskakująco szeroką Wisłą,
poszłyśmy do fajnej knajpki i kupiłyśmy kilogramy zamówionych pierników.
(Niby w Krakowie też można kupić pierniki z Torunia, ale to nie to samo).

Bezpośrednim następstwem mojej podróży jest
unieruchomione od wtorku auto-zostawiłam zapalone światełko,
wyładował się akumulator, trzeci raz w ciągu ostatnich trzech miesięcy.
(Tak, tak powinnam go wymienić. Wymienię).
Póki co, od środy nie jeżdżę samochodem, bo ciągle nie mam czasu na wykonanie jednego telefonu
– do opłacanej przez ubezpieczyciela pomocy drogowej.
Zaczęłam jeździć tramwajem i rujnuję się na taksówki.

Jestem beznadziejna, wiem.
Ale pocieszam się tym, że przynajmniej dużo więcej chodzę,
więc może tak miało być?

A za miesiąc i parę dni będę się włóczyć z Gusią po Paryżu,
Przyjedzie do nas Karolcia, czego chcieć więcej?
Założyłyśmy Fundusz Paryżowy, ma postać czerwonej, glinianej świnki,
od dwóch miesięcy wrzucamy tam pieniądze,
(choć nie miejcie złudzeń kto głównie wrzuca),
ale uzbierała się już przyjemna sumka,
na bagietki nam wystarczy.

Cieszę się jakoś tak ogólnie.
Li.


Bezsenność w Krakowie, a przecież za 20 godzin muszę być w Toruniu!

Styczeń 12, 2015

Świadomość konieczności krzepiącego snu przed jutrzejszą podróżą do Torunia budzi moją bezsenność.
Nie mogąc zasnąć, snuję się po domu, wszak zawsze jest
jakaś pralka do załadowania,
jakieś garnki do umycia,
jakieś pranie do powieszenia
i jakaś notka do napisania.
Póki co pogadałam na skype z Karolcią,
dziecko w piątek wyleciało z Krakowa, a ja już tęsknię.
Na dłużej przyleci na Wielkanoc, ale zobaczymy się już niebawem,
bo wpadłyśmy na cudowny pomysł spotkania się w Paryżu!
(Bilety na Eurostara dostała pod choinkę).

Jutro jadę do Torunia, we wtorek rano mam tam rozprawę.
Zabieram ze sobą Guśkę, bo chciała ze mną pojechać,
a ja nie zmarnuję okazji do kilkugodzinnej rozmowy z nastoletnią córką,
wymuszonej okolicznościami wspólnej podróży w zamkniętym aucie.
No i znając jej możliwości ocierające się wręcz o logoreę,
jest szansa że nie zasnę za kierownicą.

Dziś pomyślałam o tym, jak wiele momentów mi umyka, gdy nie piszę codziennie.
Mam szczęście do wpadania w różne czegoś środki,
albo choćby przechodzenia mimo, ale i tak dotykania,
tyle rzeczy chcę pamiętać,
a nie pamiętam, bo robiąc miejsce dla kolejnych nowości
-szybko zapominam.
Codzienne pisanie dawało mi luksus odświeżania pamięci,
z drugiej strony, czy warto zagracać sobie pamięć sprawami,
które i tak już się nie zmienią?
Pamięć jest mi wrogiem i przyjacielem.
Chciałabym zapomnieć o wszystkim co było złe w moim życiu,
ale póki to pamiętam, to uniknę kolejnego zła.

Ale piątkową wpadkę z brakiem portfela,
co oczywiście wyszło na jaw w czasie próby zapłaty za kolację,
na którą zabrałam Gusię z jej koleżanką długo będę pamiętać.
I wiecie co?
Warto być torebkową bałaganiarą, bo na dnie torebki, wśród spinaczy, starych błyszczyków,
biletów do kina, starych faktur za paliwo, kluczy nie wiadomo do czego wygrzebałam sto złotych.
No i co z tego, że drobnymi?
Nawiasem mówiąc bardzo fajna knajpka ta „Zdybanka„, taka w sam raz.
I mina kelnera bezcenna.

Dobrej nocy!
Li.


Coś za coś.

Styczeń 5, 2015

Bilans ostatnich wolnych od pracy dwóch tygodni w skali Perfekcyjnej Pani Domu wypada żałośnie-
mimo zapisanego dużą czcionką planu nie posprzątałam dwóch schowków (przeznaczyłam na to dwa dni),
nie zrobiłam porządku w szafie, nie odkurzyłam kolekcji kotów,
nie ćwiczyłam regularnie-ba, w ogóle nie ćwiczyłam,
nie odpisałam na zaległe maile,
nie ponaprawiałam nadwyrężonych długim milczeniem znajomości,
ale za to zupełnie bez planu spałam po kilkanaście godzin,
przeczytałam kilkanaście książek,
zobaczyłam kilkanaście filmów, zrobiłam sobie kilkanaście maseczek,
udzieliłam jednej beznadziejnej rady (bo co ja tam wiem o miłości),
byłam z koleżanką w schronisku po cudnego psa,
zrobiłam sobie badania krwi
i mam przed sobą jeszcze dwa pełne swobody dni!
Przeznaczę je na życie.
Li.

 


List do J.

Styczeń 3, 2015

Nie zaciągniesz mnie do kina na żaden film z przemocą, złem, torturami, wojną i krzywdą.
Nieszczęść ludzkich mam dość na co dzień, a przecież chcę wierzyć, że świat jest piękny, ludzie dobrzy i mądrzy,
że miłość zawsze zwycięży, że naszym losem kieruje przeznaczenie, że niczym wobec niego są igraszki losu,
że do szczęścia wystarczy czar lawendowych pól, zapach toskańskich winnic, czy zachód słońca nad Bałtykiem.
Nie obchodzi mnie, że „Ida” może dostać Oskara, nie chcę jej oglądać,
nie chcę płakać, przeżywać, rozpamiętywać, zastanawiać się dlaczego homo homini lupus est.
Nie pójdę z Tobą też na ostatni film Angeliny Jolie, chcę być jak najdalej od wojen, przeraża mnie to,
pamiętam jak byłam wstrząśnięta widokiem spalonego wojną  domu w Chorwacji,
a przecież było to w Europie pod koniec dwudziestego wieku!
Nie, nie namawiaj mnie więcej, nie kuś trzymaniem za rączkę
i usłużnym ramieniem do schowania się przed złem lejącym się z ekranu, nie!

Dlatego tak bardzo doceniam, że cierpliwie chodzisz ze mną na wszystkie filmy o miłości,
na komedie romantyczne,
na śmieszne komedie, na Allena, na Almovodara,
na „bezpieczną” sensację i na Igrzyska Śmierci- są straszne, ale wiem jak się skończą.

A „love, Rosie”, jest pięknym, klasycznym filmem o drodze do miłości.
Szczęśliwie mało w niej banału,
Lili Collins jest prześliczna, a jeden cytat sobie zapamiętam:
„życie niweczy nasze marzenia”.
Żeby moje mi moich nie niweczyło,o!
Li.
PS. Ale idziemy na koncert Stinga!


To był rok, w którym liczba moich kotów nie uległa zmianie.

Grudzień 31, 2014

Dobrze, że kończy się ten niedobry rok, ale skoro go przeżyłam, to minimalizuję swoje życzenia do jednego:
niech następny rok nie będzie gorszy.
Może-też-uda-mi-się-go-przeżyć!
Usiadłam na chwilę przed dzisiejszym biegiem, mam tak wiele spraw do załatwienia,
których i tak do końca nie załatwię,
że już budzi to moją frustrację.
Koję ją kawą z mlekiem stojącą po prawej stronie laptopa,
a rozpuszczonym magnezem po lewej- tym sposobem od razu uzupełniam poziom magnezu wypłukanego przez kawę,
sprytne co?
Muszę o siebie dbać, bo coraz częściej się psuję.
Na przykład boli mnie miejsce pomiędzy drugim a trzecim palcem prawej ręki.
Boli jak diabli, kłuje, piecze, jest lekko opuchnięte.
Podobno stawy.
Do niedawna nawet nie myślałam o tym, że mam stawy.
Coraz bardziej boli mnie rozwalone na nartach kolano.
Do niedawna nawet nie pamiętałam o tym, że mam kolana.
Ciągle coś mnie kłuje, nagle zgina w pół, coś pulsuje, ćmi i (excuse-moi) wkurwia.
Nienawidzę tego, nie znoszę się leczyć, lekarze to nacja, którą omijam szerokim łukiem,
ale zdaje się, że przyszedł czas na szorstką przyjaźń.
Pierwszą wizytę mam 2-go stycznia, kolejną 5-go, nie ma rady, posprawdzam się, podremontuję,
mam jeszcze wielkie plany, nie dam ich sobie odebrać.

O jeżuniu, pomyślcie, że to będzie 2015 rok!
Trudno w to uwierzyć, przecież urodziłam się zaledwie w 1967!

Szlag!

Dobrego dla Was, zdrówka i szczęśliwych chwil,
miłości i bezpieczeństwa z odpowiednią dozą szaleństwa,
żyjmy i dajmy żyć innym!
Li.


O szóstej rano tytuł nie jest obowiązkowy.

Grudzień 30, 2014

Nie da się zauważyć, że nie piszę.
Wsadziłam litery do więzienia, odseparowałam od świata, nie pozwalam na widzenia.
To wymierzona sobie samej kara za samogwałt na własnej wrażliwości, za zbyt lekkomyślne pozwolenie,
by rozmaite szumowiny w rodzaju kobiety-konia pasły się na moim życiu, na moich smutach i radochach.
Nie jest mi dobrze, bo moje pisanie dla mnie ma moc, daje ukojenie,
terapia literami przerywa noszenie w sobie ciężkich myśli i czarnowidów,
wywala je ze mnie bez prawa powrotu, pozwala uwierzyć, że sama mogę poradzić sobie z tym,
z czym tak łatwo można sobie nie radzić.
Jest moim kanałem bezpieczeństwa i nie chcę innego- nie muszę zapalać papierosa drżącymi rękami
i z poczuciem ulgi wdychać toksyczny dym,
nie muszę trzęsącymi się rękami otwierać alkoholowej butelki,
nie muszę zaciągać się jointem w poszukiwaniu spokoju i zapomnienia.
Jestem jednostką uzależnioną od pisania, od szumu przelewających się na białą kartkę ekranu myśli.
A jednocześnie wpadłam w pułapkę braku anonimowości,
moim wrogiem jest wyszukiwarka i tekst: „Pani Mecenas całą noc czytałem Pani bloga”.
Nie znalazłam jeszcze odpowiedzi na pytanie, czy będąc adwokatem mam prawo być kochającą życie wariatką i blogerką.

Jest mi z tym źle, czuję że moja wolność jest poważnie zagrożona.

Aaaa poza tym wszystko jak zwykle w najlepszym (nie)porządku.
Są przy mnie dwie moje dziewczyny, kocham je tak bardzo,
że gdy o nich myślę, to mam w oczach łzy-
haha, poziom mojego emocjonalnego niezrównoważenia jest wciąż niestabilny,
choć to jedno się nie zmienia.
Świąt nie pamiętam, spałam po 15-ście godzin, ale podobno moje dania wigilijne były wybitne.
(W pocie czoła je zamawiałam…:)
Karolcia będzie w domu jeszcze przez dziesięć dni i tym się cieszę,
przerywając tę radość uzasadnionymi kłótniami,
ale cóż-nikt nie jest doskonały…
Możecie być z niej dumni, świetnie zdaje egzaminy!

Pomyślę co zrobić dalej z blogiem, nie mam zamiaru do niczego się zmuszać,
ale też nie mam zamiaru dać się ukorzyć.

Idę na fajnego Sylwestra, do znajomych, będzie ognisko i beztroska.
Nie miałam szczególnej ochoty, bo cierpię na deficyt snu i uznałam,
że przełom roku zwyczajnie prześpię,
w najlepszym towarzystwie mruczących kotów i grzejącego psa,
ale ze względu na plany sylwestrowe moich córek,
zostałam grzecznie poproszona o opuszczenie domu.
No to opuszczę, najwyżej zasnę w cudzym łóżku.

Dobrego dla Was!
Li.


Jestem.

Grudzień 10, 2014

Wstałam o piątej rano i na wpół śniąc-śpiąc kupiłam dwa bilety do Paryża.

Życie czasami bywa znośne, prawda?

Trudno zmienić starą sowę w młodego skowronka,
ale usilnie próbuję przestawić swój zegar biologiczny.
Chodzę wcześniej spać i usiłuję wcześniej wstać.
Do niedawna było to usiłowanie nieudolne-fundowałam więc sobie 10 godzin snu,
bo żaden budzik nie byl w stanie wyrwać mnie z pięknych snów przed ósmą rano.
Ale dziś nareszcie udało mi się wstać!
Pierwszy dzień mojego nowego porannego życia!
Ileż można zrobić dla siebie od piątej rano!
Kupić bilety do Paryża, wejść do wanny pełnej pachnącej piany,
poczytać w niej książkę, nałożyć maseczkę,
wypić kawę, spokojnie wetrzeć w siebie balsam
i rozgrzewająco pachnieć kardamonem z imbirem,
mieć ochotę na wejście w dzień bez pośpiechu i tego cholernego,
dzwoniącego natrętnie i wciąż telefonu.
Potrzebuję dla siebie czasu i spokoju,
potrzebuję ciszy i pogadania z samą sobą.
Oświadczam więc wszem i wobec,
że po godzinie 22.00 mój telefon zostaje wyłączony
i niech  świat wali się beze mnie.
Ja mam swoje osobiste rumowisko do wiecznego porządkowania.
Zaczynam przyjmować w siebie coraz większą dawkę egoizmu
i coraz bardziej myśleć o sobie, bo jak nie teraz to kiedy?
A poza tym wszystko jak zwykle w najlepszym (nie)porządku-
Nemo dalej mnie nienawidzi, kobieta koń nadal knuje i śledzi mojego bloga,
Karolcia rzuciła narzeczonego, a Guśka popadła w nadmierną naukową ambicję.
Jakoś to ogarniam.
Idźcie do kina na „Zaginioną dziewczynę” i „Za jakie grzechy, dobry Boże”.
Pierwszy film jest świetny, a drugi naprawdę śmieszny.
Li.

Li.


47.

Listopad 4, 2014

Ulubiona opowieść o dniu moich narodzin bawi mnie do dziś.
Opisałam ją kiedyś, ale nie odmówię sobie przypomnienia:
„Wtłoczeni w ramy obyczajów i tradycji podświadomie oczekujemy jakiejś nadzwyczajności w dniu naszych urodzin.
Nie będąc wolną od takich oczekiwań odebrałam wczoraj rano pierwszy telefon.
To była moja Mama ze wspomnieniami:
-Pamiętam ten ponury, zimny listopadowy dzień, gdy po 24-ch godzinach potwornej męczarni nareszcie Cię urodziłam. I gdy leżałam wykończona w strasznym, nieprzytulnym, zimnym szpitalu w Lidzbarku Warmińskim, a na parapecie siedziały kruki i wrony, myślałam:
– Jaki ciężki los czeka to dziecko?
No i widzisz? Jaki Ty masz los!
– Mamo, no daj spokój, chyba wcale taki nie najgorszy?
– A daj spokój, tragedia!
Tu nastąpił szloch, ale nie mój”.

Jak zapewne zauważyliście- nie piszę. Nie mam żadnego poważnego powodu, bo przecież obsesyjne czytanie mnie przez kobietę-konia poważnym powodem nie jest- raczej to powód do dumy, swoimi literkami niosę jej taki mały kaganek oświaty…
(No dobra, w dzień własnych urodzin nie będę złośliwa, będę się tylko cieszyć).
Zarobiona jestem po kokardy, wpadłam w wir, z którego nie mogę się wydobyć.
Ciągle coś, ktoś, gdzieś… szkoda mi czasu na pisanie, wolę zasnąć, mam nieustanny deficyt snu, a sny ciągle mam piękne!
Dziś sobie będę szczodrze życzyć, by nie było u mnie gorzej, by ciągle tłukł się we mnie lekko stetryczały, ale jednak optymizm, by każde kolejne urodziny przybliżały mnie do Portugalii, albo Hiszpanii, albo innego miejsca, które uznam za swoje, by udało mi się utrzymać nieustannie gorący stan miłości z moimi córkami, by niektórzy dali mi spokój, a niektórzy wręcz przeciwnie, by moi przyjaciele przy mnie pozostali, a liczba wrogów się nie zwiększała, by moje rzęsy dalej rosły jak szalone po odżywce „wieleobiecującej”, by moje kilogramy spadały szybciej niż złudzenia, że mogę mieć jeszcze pragnienia:)
Cieszę się na ten wtorek-potworek, a co tam.
Wszystkiego dobrego dla mnie, bardzo się kocham i dobrze sobie życzę!
Li.


Nadziejnie beznadziejnie.

Październik 23, 2014

A taki mam wyjazdowy tydzień z wiecznym konfliktem z czasem.
Kielce, Olkusz, Wadowice, Bochnia-produkuję kilometry na liczniku setkami,
im ich więcej, tym mniej chęci na cokolwiek innego
poza kuszącą pianą w wannie
z widokiem na równie kuszące łóżko.
Padam, padam, wstaję, poprawiam koronę i zasuwam:)
Ogólną niechęć obficie podlewa deszcz, rośnie ona jak fasola na tyczce,
zaraz będę wzywać pomocy, bo czuję się zniewolona. I owinięta.
Mam wolny kwadrans, ale zaraz znowu wyruszam do Wadowic,
kupię sobie po drodze kawę,
włączę ostatnią płytę Rojka
i jakoś dam radę,
bo jak nie ja,
to kto?

A jutro przyjeżdżają do mnie goście na weekend, znaczy się jest jakaś nadzieja na normalne życie.

(Bobcio ma właśnie przypływ miłości,
niewiarygodne ile białej sierści
może znaleźć się na moich czarnych spodniach).
Miłego dla Was!
Li.
PS. Że beznadziejna ta notka? Ale jest! :)


Jesienią trzeba myśleć o wiośnie.

Październik 19, 2014

Zapisana ostatnimi nitkami babiego lata niedziela
uzmysłowiła mi, że znowu wpadnę w czekanie na kolejną wiosnę.
Po drodze do niej  wespnę się na wyżyny udawania,
że cieszę się ze swoich 47-ych urodzin,
w związku z tym zrobię huczną imprezę,
potem jakoś przetrwam Święta, szczęśliwie okraszone przyjazdem Starszej,
stycznia może nie zauważę,
w drugiej połowie lutego polecę z Gusią na kilka dni do Paryża,
a potem będzie już marzec i niczym nieuzasadniona wiosenna nadzieja na COŚ.
Uwielbiam ten syndrom corocznego czekania na wiosnę,
związanego z naiwnym przekonaniem,
że wraz z pąkami na drzewach przyjdzie
ktoś, coś, skądś, od kogoś, od czegoś, jakaś
-zmiana.
Co roku się na to nabieram, ale dzięki temu chce mi się żyć i czekać.
Samooszukiwanie się ma wielką zaletę w podtrzymywaniu
coraz słabiej płonącego ognia życiowej energii.
Gdyby nie snucie bezczelnych marzeń, zabiłaby mnie stagnacja,
byłabym jak ten koń roboczy, dreptający pomiędzy polem, a stajnią,
stary i niepotrzebny sprzedany na rzeź.

Najbardziej w życiu brakuje mi czasu na życie,
na barwne, ciekawe, ekscytujące życie!
I moim planem na życie,
jest zdobycie mojego własnego czasu na moje własne własne życie.

Póki co, robię sobie kawę i siadam do pracy.
Li.


W sumie to chodzi o to, że tęsknię za statlerem. Nie ma tej zrzędy, łazi gdzieś po Pirenejach. I po co, pytam się, po co? Żeby spaść?

Październik 17, 2014

 

Zachciało mi się zapalić świece i posiedzieć w przytulności własnej kanapy.
Od świata łatwo się odgrodzić, wystarczy wyciszyć telefon,
a czasy teraz takie,
że bez uprzedzenia przychodzi tylko poborca skarbowy.
(Jesteśmy w zażyłości ze względu na moje liczne
i buntowniczo nie płacone w terminie mandaciki).
Jest czule i bezpiecznie- padający deszcz
skutecznie tłumi chęć dołączenia do znajomych „na mieście”,
koty już nie obrażone, przychodzą po kolei na wieczorne pieszczoty,
Karolcia czasem zagada coś na skype,
Guśka zbiegnie z góry,
pies westchnie przez sen,
dom.

Muszę jakoś odreagować trudną rozmowę z klientem.
Przyszedł w sprawie rozwodowej, nie jest w stanie znieść już alkoholizmu żony,
jej pijackich awantur, wyzwisk, zapachu przesiąkniętego alkoholem ciała,
noszenia jej do łóżka…
Nieszczęśliwy człowiek, bo kocha ją, pielęgnując jej obraz sprzed picia,
z ewidentnym syndromem współuzależnienia obwinia się
za nieswoje grzechy i daje jej pieniądze na alkohol,
tocząc się wraz z nią w stronę dna.

Ta moja praca czasem może zdołować, zaprawdę powiadam Wam.
Ale dziś miałam masaż i moje zrelaksowane ciało
pomaga rozumowi wyprzeć każdą ponurą myśl.
Wpadam w luksus czystego relaksu, pomyślę o tym jutro,
a teraz wtulę się mocniej w poduszki i zabiorę się za czytanie,
mam na wyciągnięcie ręki smakowity stos szwedzkich kryminałów.
Statler wyjechał wspinać się w Pirenejach
i nie ma kto przeszkadzać mi i krytykować to co czytam.
(Szkoda, że nie mam żadnego harlequinka:)
Li.