Sprawozdanie z weekendu bez happy endu.

Sierpień 30, 2009
Sobota zaczęła się barwnie.
Rano wjechałam na autostradę, drobnymi ze schowka w aucie zapłaciłam 6,50 złotych, spieszyłam się, jechałam szybko gdzie się dało szybko jechać, czyli prawie nigdzie, zatankowałam na Orlenie przed bramkami w stronę Katowic, poszłam zapłacić 232,48 groszy i… ups!
Odkrycie, że nie mam ze sobą porfela zajęło mi kilka sekund, ale tłumaczenie się przed obsługą trwało całe wieki.
Uratował mnie mój NIP, fakt wcześniejszego tankowania na tej stacji przybrał barwy poręczenia.
Zostawiony w zastawie dowód osobisty, dowód rejestracyjny i legitymacja zawodowa dała przemiłemu kierownikowi gwarancję, że jeszcze tu wrócę. Pożyczył mi nawet swoje prywatne dwadzieścia złotych, musiałam przecież jakoś wydostać się z autostrady i na nią wrócić, w sumie do sforsowania za pomocą sześciu złotych i pięćdziesięciu groszy miałam trzy bramki.
Wróciłam do Krakowa po portfel, potem oddałam honorowy dług i już mogłam spokojnie dojechać do celu, a celem był hotel, gdzie moja Starsza pod opieką moich znajomych poza pływaniem i wakacjowaniem dokarmiała białą kocią rodzinę.
Zwabienie więc do klatki kota o dwóch różnych oczach nie było trudne, naiwne stworzenie wyskoczyło z żywopłotu na sam szelest worka z karmą.
Dziś kociak przejechał w klatce podróżnej 140 km,
zaliczył weterynarza cmokającego nad jego niesamowitymi dwukolorowymi oczami, przeżył spotkanie z naszymi kocimi rezydentami, pofukał na Szarego, dał się obwąchać Maszy i…
i… już się zadomowił, mruczy niesamowicie, jest ślicznym kocurkiem, ale kiedyś będzie z niego prawdziwy kocur, dałyśmy mu na imię Szeryf- widać, że lubi rządzić, a zgodnie z tradycją każdy nasz kot w imieniu musi mieć „sz”.
Szczęściarz, szczęściarz!
A wieczorem pojechałam do I. i chce mi się płakać.
We wtorek Francuzi dadzą ostateczną odpowiedź co do operacji- czy się podejmą i ewentualnie kiedy. Z tego co powiedział bratu profesor, którego niestety już nie lubię i któremu niestety już za grosz nie ufam za tę jego nieodpowiedzialność w robieniu nadziei, potrzebny jest zespół conajmniej trzech chirurgów, dwóch onkologów, dwóch ortopedów, neurochirurgów i Bóg wie kogo tam jeszcze. Koszt operacji drastycznie wzrasta, ale nie to jest najgorsze.
Najgorsze jest to, że I. jest tak słaba i cierpiąca, że zobojętniała na wszystko.
Bardzo ją boli głowa, nic na ten ból nie pomaga, nawet morfina.
Wygląda bardzo źle, tak źle, że jestem tym porażona. Widziałam ją przecież zaledwie półtora tygodnia temu. Nie do wiary, jak ten Obcy ją wykańcza, nie do wiary.
To wszystko jest jak koszmarny sen.
Cholernie pospolite określenie, ale brak mi słów, zresztą jakkolwiek to nazwę, to słowa i tak spłycą przekaz emocji.
Słowa są nekrologiem myśli (Lec).
Li.
Reklamy

Takie tam… z wyrzutami i oknami.

Sierpień 28, 2009
I. w Paryżu walczy o życie, a ja zajmuję się bzdurami. I mam cholerne wyrzuty sumienia, że mnie to tak cieszy.
Tak, tak- wiem, że nie moja wina, wiem, że mam prawo itd.
Ale ziarno goryczy w tej mojej radości jest. I. nie widziała jeszcze strychu po rozpoczęciu budowy, gadałyśmy tylko na ten temat godzinami.
Chodzę na budowę z kawą i bez kawy, z L. i jej facetem, ze znajomymi, z Wykonawcą, bez Wykonawcy, z Panią Jadzią, która chce „tylko zobaczyć Pani Moniczko, ile będzie sprzątania”, zawsze jest powód, by kilka razy dziennie wdrapać się po chwiejnej drabinie i pooddychać swoim powietrzem.
Od poniedziałku nareszcie zacznie swoje prenatalne życie dach, w całości urodzić ma się w ciągu tygodnia, a dziś wybrałyśmy z L. piękne okna, kolor tabasco. Mogłyśmy poszaleć, bo „kolega kolegi” szczęśliwy producent tychże, dał nam spory rabat pozwalający na wybranie najlepszych okien w przyzwoitej cenie i już przynajmniej wiem co oznacza zwrot „okna sześciokomorowe”. Pozbyłam się myśli o oknach drewnianych, może kiedyś… gdy będę mieć dom z ogrodem…
Na razie ma być łatwo i bezproblemowo.
W przyszłym tygodniu inny kolega tego samego kolegi też pozwoli nam poszaleć i wybrać blachodachówkę, o rety- to naprawdę podniecająca czynność, mhmmmm….
Chodzę, miłośnie głaszczę cegły, codziennie oglądam swój widok z okna, drobiazgowo sprawdzam postępy robót zauważając wszystko, a naprawdę jest czego pilnować.
Nie mam o budownictwie najmniejszego pojęcia, ale pilnuję!
No!
Li.

Czasem słońce, czasem deszcz…

Sierpień 27, 2009
Nic z tego nie rozumiem. Rien de rien.
Francuski cudotwórca nagle zmienił zdanie, operacja zostaje przełożona, podobno za mało wnikliwie przyjrzał się wynikom.
Jakby wcześniej nie zauważył, że Obcy zaatakował I. w dwóch miejscach- w odcinku lędźwiowym i w odcinku piersiowym, a jedynym sposobem na dostanie się do Obcego pasożytującego na kręgach piersiowych jest operacja od strony klatki piersiowej, to jest niezwykle niebezpieczne, w Polsce takich operacji jeszcze się nie robi.
Ech…, wieczorny telefon od brata zamknął mi oczy na uroki wieczoru spędzanego w domu znajomych pod Krakowem. Nagle wszystko poszarzało i gwiazdy zgasły.
Bo jak to? Co to za cudotwórca? Najpierw dał nam taką wielką nadzieję, wielką jak cała Francja, by teraz ją odebrać, zostawiając jej tyle co nic?
Nic z tego nie rozumiem.
Kolejne badania odkrywają nagle nowe dla niego okoliczności.
Waha się. nie jest już taki pewny, zdecydowanie tylko przekłada termin operacji.
Bo obszar operacyjny jest za duży, bo do tej pory jednorazowo wymieniał tylko dwa kręgi, a tu trzeba od razu cztery, bo…
Nic z tego nie rozumiem, bo jak mógł mówić, że wie co ma robić, gdy nie wiedział?
Na razie I. ma robioną arteriografię, trzeba sprawdzić, którymi żyłami płynie pożywienie dla Obcego. Po chemii jest go o połowę mniej, aż o połowę i tylko o połowę.
Nic z tego nie rozumiem, ale jest mi smutno jak cholera.
Idę spać. Nie ma dzieci, przytulę się do kota.
Li.

Dla Psiarzy ta notka.

Sierpień 25, 2009
Przyszła dziś do mnie Pani Ewa, nie widziałyśmy się trzy tygodnie. W czasie mojej nieobecności opiekowała się kotami i wzięła do siebie naszego psa.
W związku z tym moja Młodsza sporządziła umowę o opiekę nad psem, zmusiła Panią Ewę do jej podpisania, sama też się podpisała, mało tego- podpisał się i pies łapą odciśniętą w bliżej niezidentyfikowanej substancji, choć wygląda mi ona na dżem truskawkowy.
Rzadko piszę o naszej suce, chyba zupełnie skociałam.
A przecież Kara, zwana Karą Boską to cudny okaz kundla z ujmująco wiernym spojrzeniem.

Kocha nas nad życie, wszystkie trzy, z kotami żyje w pełnej symbiozie, choć przetykanej awanturami o zawartość miski.
Trudno komuś spoza naszego stada zdobyć jej zaufanie.
Da się pogłaskać, bo za pieszczoty dałaby się zabić, a już przynajmniej głodzić, ale potem trzeba pilnować swoich nogawek, bo potrafi przypaść do nich w najmniej spodziewanym momencie.
Jest najlepszą przyzwoitką, przy niej nie mam szansy nawet na niewinny pocałunek…
Ad rem:
Pani Ewa umowy dopełniła, oddała mi psa żywego i świetnej formie.
A ja parskam ze śmiechu, czytając sobie sporządzony przez Młodszą „dokument”.
Przepisałam go wiernie, a tytułem wyjaśnienia dodam, że Pani Ewa ma lat 57, a jej „chłopak Wacław” jest od niej trochę młodszy. Lala to suka Pani Ewy, rozpuszczona jak nieboskie stworzenie, nasze psy się lubią, choć czasem walczą o wpływy.

Umowa objęcia opieki
nad psem suką Karą
przez Panią Ewę i jej chłopaka Pana Wacława, gościnnie mama Pani Ewy, gdy Pani Ewa albo jej chłopak Pan Wacław nie będą mieć czasu.
ORGANIZACJA DNIA:
1. Wyprowadzanie jej minimum 3 razy dziennie.
2. Dbać o nią jak o własne oko w głowie.
3. Codziennie bawić się, pieścić i całować minut 12 albo więcej
4. Kara za złamanie umowy wynosi pracę przez 4 tygodnie na darmo.

DIETA:
1. Maks jedno serduszko dziennie, choć najlepiej wcale ich nie dawać Karze bo jest za gruba.
2. Kara ma pić dużo wody.
3. W misce ma być cały czas sucha karma.
4. Raz na tydzień można jej dac paluszek lub ucho, ale małe!!!!!!!!!!
5. Gdy Pani Ewa lub Pan Wacław karmią Lalę proszę zamykać Karę lub Lalę w innym pokoju żeby nie jadła za dużo.

I tu następują stosowne podpisy.
Umowa wprawdzie nie jest jednoznaczna, daje możliwość różnej interpretacji, ale to pierwsza umowa sporządzona przez moje dziecko i jestem z niej dumna.
Moja krew!
:)
Li.

Vouloir, c’est pouvoir.

Sierpień 25, 2009
Vive la France!
Wieści z Paryża zapachniały jak najlepsze francuskie perfumy.

Francuski chirurg-onkolog, sława podobno światowa, fenomen i cudotwórca, po dzisiejszej konsultacji z I. w roli głównej i wykonaniu już na miejscu w swojej klinice serii badań (notabene tych badań, na wynik których w Polsce zawsze trzeba czekać kilka tygodni, a Francuzi opisują je od ręki…, ech…), podjął decyzję o podjęciu się eliminacji Obcego i zrekonstruowaniu Ilonie zniszczonych przez nowotwór kręgów.
Termin operacji ustalony został na 9-go września, cena na około 40 tys Euro, na szczęście nie jest to kwota, której nie można zdobyć rodzinnymi siłami, I. zostaje z moim bratem w Paryżu do piątku, bo Francuzi chcą poddać ją dalszym badaniom.
Będzie dobrze, bo nie może przecież być inaczej.
Teraz czeka nas wszystkich maksymalna mobilizacja, ale przecież un pour tous, tous pour un.
:)
Li.

Lepiej uwięzić myśli w głowie.

Sierpień 24, 2009
Zwyczajnie nie chce mi się pisać.
Uwięziłam swoje myśli w głowie i jestem tylko oczekiwaniem na wieści z Paryża, a wszystkie przydarzające mi się w międzyczasie historie śmieszno-romansowo-kocie niech sobie poczekają na swoją kolej, albo zamilkną na wieki.
Bo TE sprawy meblują sobą moje myśli tak, że już nie ma miejsca na nic innego.
To istne zawalimyśli, zwaliste, ciężkie i niezgrabne, nie da się ich wepchnąć w kąty i zakamarki umysłu, stoją rozkraczone na środku, zabierają światło i absorbują sobą uwagę.
Mam ochotę wpaść pomiędzy nie z siekierą i zacząć rąbać.
Po kawałku, metodycznie, rozprawić się z każdą, unicestwić, roztrzaskać na drzazgi, a potem spalić i znowu cieszyć się jasną stroną życia.
A co na to Lec?
Tak samo jak przed palcem wymierzonym w oko zamyka się powieka, tak i przed pewnymi myślami broni się instynktownie mózg.
Nawet od wewnątrz.
Ciężko wydobyć z tego zawalonego umysłu choć trochę optymizmu, ale go wydobywam.
Jak mantrę powtarzam: będzie dobrze, będzie dobrze, przecież nie może być inaczej.
Będzie dobrze, będzie dobrze, będzie…
Obiecałam Ilonce zrobić dla niej coś bardzo ważnego, coś co ma szansę zrealizować się dopiero w przyszłości, specjalnie dla niej, a obietnicy przecież złamać nie mogę, dana pod słowem zobowiązuje, nie może mnie więc zostawić samej, mamy swoje plany, a przecież najważniejsze to mieć plan!
No!
Li.

Samobiczowanie

Sierpień 21, 2009
Zawiodłam się na sobie samej.
Ten zawód wżera mi się w myśli, nie pozwala o sobie zapomnieć, pokazuje się światu i rumieniąc mi ze wstydu policzki, wypływa na twarz stanowiąc poważną konkurencję dla mojego makijażu.
Jestem na siebie wściekła i długo będę czekać na samowybaczenie, a za grzech zwątpienia dam sobie ciężką pokutę, tak jak ciężki jest mój wstyd.
Wczoraj wieczorem pojechałam do I., pożegnać się z nią przed jej wyjazdem.
Do Krakowa wracam w poniedziałek wieczorem, a I razem z moim bratem będzie już wtedy w Paryżu.
I. jest pełna nadziei. Mój brat, pomimo wszystkiego-też.
A ja, naczelna rodzinna optymistka, zmamiona przez lekarzy i wygooglane wiadomości na temat tej cholernej osteosarcomy wpadłam w Rzekę Zwątpienia i tak dałam nieść się bezmyślnie do Źródła Beznadziei.
A przecież póki tli się choć iskra, zawsze jest nadzieja na ogień.
A co na to Lec?

Dokąd zmierza życie? Tam gdzie ty, dopóki idziesz.
Wydawało mi się, że racjonalne podejście do choroby I. pozwoli mi na mniejsze emocje i łatwiejsze pogodzenie się z nieuchronnym.
To był błąd, bo racjonalizm często jest odhumanizowany, użycie rozumu wyklucza wiarę w cuda, a przecież cuda się zdarzają, samo życie cudem jest.
Gdybym mogła spojrzeć sobie w oczy, może zobaczyłabym tam spojrzenie dawnej Li, która nigdy się nie poddawała i zawsze zawsze szła do przodu.
A co na to Lec?
Pamiętaj, jeśli Twoja pozycja jest nie do obrony-możesz ją przecież zdobyć.
Li.

Pierwszy buduje się dla wroga, drugi dla przyjaciela, a trzeci dla siebie!

Sierpień 20, 2009
Spędziłam wczorajszy wieczór u przyjaciółki na wsi.
Tydzień temu porzuciła Kraków i przeprowadziła się z rodziną do nowo wybudowanego domu w miejscu absolutnie cudownym. Kupiła działkę w samym środku zabitej dechami wsi, więc szczęśliwie nie mieszka na nowym osiedlu wśród nieśmiertelnych iglaków na idealnie wystrzyżonych trawnikach. Ma w ogrodzie zieleń wiejską, wybujałą i niepokorną. Jaśminy, brzozy, modrzewie i bzy przepychają się u płota i są takie piękne! W starej drewutni mieszkają sowy, pies nie wie co robić ze szczęścia na wielkim podwórku, a kot rasy egzotycznej zwariował i szaleje po drzewach.
Wyszłyśmy w nocy przed dom, powietrze pachniało zielenią i wsią, świerszcze świerszczyły,
a niebo obnażyło się do błyszczących gwiazd.
Aż nie chciało mi się od niej wyjeżdżać…
Rano poszłam z kawą na budowę.
Miałam tam spotkanie na szczycie w sprawie okien, rzecz należało omówić odpowiednio długo i szczegółowo, rozmowy na temat budowy mogę prowadzić w nieskończoność, co za ulga, że Wykonawca ma do mnie cierpliwość, sama mu się dziwię, ja bym siebie nie zniosła.
Miasto wstawało ze snu, szum aut z każdą minutą psuł powietrze, a niebo zasnute smogiem z trudem utrzymywało swoją niebieskość. Popatrzyłam na to wszystko mając w oczach wczorajsze gwiazdy i pomyślałam sobie, że pomieszkam tu kilka lat, a potem wybuduję sobie dom, na wsi, pomiędzy wiejskimi domami, ze starymi drzewami, na wsi, która nie jest modna, w odległości do 20-tu kilometrów od Krakowa.
-co Pan na to Panie Zenku?
-nie ma sprawy Pani Moniczko, wybuduję Pani następny dom.
-no to jesteśmy umówieni!
Najważniejsze to mieć plan, n’est-ce pas?
:)
Li.

A nic ważnego, tak tylko sobie piszę- o życiu…

Sierpień 18, 2009
Sierpień w Krakowie ma urok astrów i pomidorów malinowych z Kleparza.
Odwiozłam dziś Starszą do babci po mieczu, snuję się sama między godzinami i mam przed sobą aż dwa wolne wieczory, mogę je przehulać i roztrwonić tylko na siebie, stan dla matki dwójki absorbujących córek wielce pożądany.
Idę na rower, pojadę wzdłuż Wisły do Ilonki, jest bardzo słaba, ale mobilizuje się na poniedziałkowy lot do Paryża, we wtorek ma mieć konsultację w klinice, my wiemy, że to najważniejsza, decydująca o dalszym życiu konsultacja, ale ona nie ma tej świadomości.
Nie chcę się nad tym zastanawiać, czy to dobrze czy źle.
Jak widzę jaka jest krucha, słaba i cierpiąca, to nie wydaje mi się właściwym dokładać jej cierpienia. Z drugiej strony ciągle gdzieś tam we mnie odbijają się echem słowa lekarki z Kliniki Leczenia Bólu, że powinna o tym wiedzieć, bo „może ma na tym świecie jakieś sprawy jeszcze do załatwienia, może będzie chciała komuś coś powiedzieć…”.
Ech, nie do mnie należy decyzja o stopniu informacji. Ilona ciągle ma nadzieję na wyzdrowienie, ta nadzieja dodaje jej sił. Jest bardzo inteligentna, myślę że domyśla się prawdy, ale to jest ten rodzaj prawdy, który najtrudniej przyznać przed samym sobą.
Będę ją wspierać wszystkimi moimi mocami, ale gdy mnie znowu zapyta czy umiera, znowu skłamię, z całą mocą skłamię. I zmienię temat, opowiem coś śmiesznego, tak-jestem tchórzem, małym tchórzem, ale nie potrafię, nie potrafię!
I niech Bóg mi wybaczy.
Zapakuję do mojego rowerowego koszyka wielką naręcz astrów, dziś są jej imieniny i choć wychowana na Śląsku nigdy ich nie obchodziła, to jednak weszła do rodziny, gdzie każda okazja do dania prezentu jest starannie wytykana i pamiętana. Raz zapomniałam o imieninach mojego ojca, rany boskie, prawie groziło mi wydziedziczenie, a to fatalne przeoczenie tatuś pamięta mi do dziś, wiele jeszcze musi upłynąć darowanych mu butelek koniaku, by zapomniał.
Jadę.
Li.

Uprawianie kociarstwa w Spa.

Sierpień 17, 2009
Powroty do domu są konieczne, zwłaszcza dla kotów.
Szary nie opuszcza mnie na krok, Masza i Sasza przechadzają się z pionowo postawionymi zadowolonymi ogonkami i mruczą, och jak one mruczą… Pani Ewa przychodziła do nich codziennie, ale widocznie pieszczot było za mało.
A na zdjęcia poniżej jest niesamowita kocia gromadka, karmiłyśmy to towarzystwo z moją Starszą nie mogąc nie ulec urokowi kotów kubek w kubek białych.
Ten maluch poniżej ma jedno oko niebieskie a drugie brązowe, tak jak jego matka.
Na zdjęciach nie ma wszystkich kotów, w sumie jest siedem białych egzemplarzy, coś niesamowitego, babcia, matka, brat matki (tu strzelam, to tylko moje podejrzenie) i cztery małe kociaki.
Mieszkają na działce obok hotelu, przełaziły przez żywopłot i organizowały sobie żarcie :)
A plan jest taki, że pięknooczasty maluch będzie mój.
Wracam po niego w weekend i ani słowa na ten temat.
Mam trzy koty, mogę mieć i cztery, zamiast męża :)




Zrobiłam rezerwację od czwartku do poniedziałku. Zaglądnęłam do kalendarza i jeszcze mogę sobie pozwolić na kilka dni przyjemności.
Trochę się pomasuję, poupiększam, podkarmię koty, no i ukradnę tego jednego.
Najważniejsze to jest mieć plan.
:)
Li.

Jak jednym pytaniem zrobić z siebie idiotkę?

Sierpień 15, 2009
Późnym wieczorem, po przeraźliwie nudnej i mało śmiesznej komedii „Operacja Dunaj”, a brak śmieszności to dla komedii przecież grzech nie do wybaczenia, mając w aucie cztery rozbawione z zupełnie innego powodu niż film kobiety i będąc bez grosza w porfelu poszukiwałam bankomatu.
Władowałam się w ciasne uliczki Bielska i u zbiegu jednej z drugą spotkałam Policję w radiowozie.
Uchyliłam okno:
-Proszę Pana, szukam bankomatu, najchętniej Millennium.
Pan Policjant popatrzył na auto pełne śmiejących się do niego kobiet i zapytał:
-Ma Pani Visę?
A ja na to, kompletnie bezmyślnie:
-Wizę??? Do Bielska???
I już w chwili, gdy to idiotyczne pytanie wyleciało mi z ust, zaczęłam się śmiać, śmiać tak bardzo, że jeszcze teraz mam drgawki, zwłaszcza gdy przypomnę sobie ogromniejące ze zdziwienia oczy policjanta.
Zadziwiające w tej historii jest to, że nie dmuchałam w balonik.
:)
Li.

Zaraz wracam do Spa, może na chwilę zapomnę.

Sierpień 13, 2009
Niebo rozrzutnie pozbywa się deszczu i moje cegły mokną.
Tym razem jednak nie obawiam się zalania sąsiadów, ten drugi strop jest solidny i nieprzemakalny.
Mury na drugim poziomie powyznaczały sobą już kształt pomieszczeń, wściekle zielone krokwie wykąpane w środku grzybo-korniko-bójczym zajęły sobą podwórko i niecierpliwie czekają na poniedziałek, gdy zaczną nowe życie w konstrukcji dachu.
Budowa idzie zgodnie z planem, a nawet lepiej. Kosztorys ani nie drgnie w niepożądaną dla każdego inwestora stronę, a Wykonawca wyczerpująco odpowiada na moje najgłupsze pytania.
Jeszcze tylko trzy tygodnie i nareszcie będę mieć swój dach.
Inne sprawy nie mają takiego szczęścia.
Idą kulawo w niepożądanym kierunku, prowadzone przez kompletnego dyletanta, bez wyobraźni i sumienia, nie można go spersonifikować dla wyciągnięcia konsekwencji, jest niewyraźny i rozmyty, ale swoim złem wciska się w życie naszej rodziny.
Nie rozumiem tego, nie potrafię się pogodzić, czuję straszną bezradność i pieką mnie oczy na samą myśl.
Wygląda na to, że lekarze w Polsce rozłożyli szeroko swoje ręce w geście bezradności i nie są w stanie już nic zaproponować I.
Teraz podobno czekają na to, co powiedzą Francuzi po konsultacji w Paryżu 25-go sierpnia.
A gdyby nie było tej konsultacji, to na co by czekali?
Na jeden z najważniejszych składników chemioterapii Ilonie skończył się tzw. limit życia, co oznacza, że podanie następnej dawki spowoduje nieodwracalne uszkodzenia jej organizmu.
Wczoraj mój tata powiedział mi, że wyznaczono jej bardzo odległy termin następnego cyklu chemii, co nie wróży najlepiej, a teraz ma wdrożone leczenie stricte paliatywne.
Sprawdziłam znaczenie tego pojęcia i jestem przerażona.
Li.

Jestem, bo gdzie mam być jak nie tu?

Sierpień 11, 2009
Siedzę w pracy. Tak, tak- w pracy.
Musiałam wrócić na trzy dni do Krakowa, między innymi z powodu pewnego klienta, histerycznie nastawionego do wymiaru sprawiedliwości, a jednocześnie pełnego nieuzasadnionej wiary we mnie, co oznaczało niestety, że nikt mnie w jego sprawie zastąpić nie mógł.
No cóż, nec Hercules contra plures, causa perdita, tak czy siak.
Śmiać mi się chce, bo sprawa była o czapkę gruszek, zwykłe wykroczenie drogowe, ale ugodzony honor długoletniego kierowcy nie pozwolił mu na przyjęcie mandatu.
Hm…, bo w sumie za co ten mandat? Za niewinne przejechanie, nota bene na oczach Policji, skrzyżowania na czerwonym świetle i za brak kierunkowskazów przy zmianach pasów ruchu?
Z powodu etyki zawodowej nie mogę otwarcie manifestować swojej radości z przegranej, ale jako kierowca cieszę się, że sprawiedliwość zatriumfowała, jak zwykle mam rozdwojenie jaźni ;-)
Zostawiłam za sobą bezstres, sen i przyjemności i wróciłam wczoraj w nocy pod szare krakowskie niebo.
Dziś boli mnie głowa od spadających mi na nią wraz z deszczem problemów, rzeczywistość zaskrzeczała, sił dodaje mi tylko świadomość, że w Spa została moja walizka i córka, więc powód by tam jeszcze wrócić mam niepodważalny.
W czwartek wieczorem znowu będę leżeć pod dłońmi masażysty, rano obudzą mnie ptaki, a nie szum miasta i betoniarki, przez chwilę będę mogła znowu poudawać, że mnie nie ma dla nikogo.
Bardzo jestem zmęczona swoją potrzebnością.
Bo to nie jest potrzebność, która ukoi i przytuli, która da satysfakcję…
TA potrzebność jest wymagająca, bezwzględna i nie licząca się z tym, że jestem tylko człowiekiem. Dla TEJ potrzebności jestem automatem bez prawa przestoju, bez prawa do urlopu i wyłączenia telefonu.
Wolny zawód to naprawdę najbardziej wyrafinowana forma niewolnictwa, ech… jak kusi myśl o wyzwoleniu, jak kusi!
Muszę sobie tylko znaleźć jakieś łatwe, proste i przyjemne źródło zarobku!
I have a dream…
Li.

Co robię w ciągu dnia?

Sierpień 7, 2009
Byłam dziś na wycieczce rowerowej. Było cudnie- łapałam oddech leżąc w rowie po każdym podjeździe pod górę, z wiatrem we włosach zjeżdżałam w dół, słońce opaliło mi blade kolana, a widoki gór były piękne.
Stres przywleczony z Krakowa powoli umiera tu od świeżego powietrza i nadmiaru przyjemnych zajęć, bo dzień mam sprawiedliwie podzielony między masaże ręczne i wodne, basen i gimnastykę, rower i kosmetyczne zabiegi.
Masażysta beznamiętnie wytrzymuje moje jęki, masuje jak szatan, jego dotyk boli mnie w ten szczególny sposób, gdzie chwilowy ból za chwilę przeradza się w wielką ulgę. Ale na końcu zawsze mnie głaszcze, delikatnie wmasowując oliwkę, ledwo muskając moją skórę, zamieniam się w oczekiwanie na jego dotyk, wstaję z uczuciem niedosytu, nie mogąc już doczekać się następnego razu.
Niesamowicie relaksuje mnie sauna, jestem w niej z reguły sama, mogę być swobodna, nago, sama ze swoimi myślami, te zimne topią się z gorąca zanim mnie zatrują, a te ciepłe leniwie we mnie sobie płyną, ciesząc się z prostych przyjemności.
Dużo śpię i rzadko włączam telefon, dzieci mnie oszczędzają, wczoraj przetańczyłam cały wieczór, czytam po jednej książce dziennie, a dziś nie wiedziałam jaki jest dzień tygodnia.
Czytam „Wzgórza Toskanii” F. Mate i tak rozpaczliwie pragnę żyć inaczej, spokojniej, blisko natury, ech … spokojnie, jeszcze tylko dwanaście dni i takie myśli schowają się we mnie głęboko, znowu wpadnę w utarte ścieżki stresu i pośpiechu, znowu będzie tak jak zwykle, znowu będę prowadzić rabunkową gospsdarkę samej siebie, wstydliwie zapominając o wszystkich obiecanych sobie zmianach.
Tylko co zrobić z uwierającą myślą, że mój czas nie stoi w miejscu, coraz mniej go mam na takie życie jakiego pragnę i coraz mniej na miłość, nawet jeżeli to tylko będzie miłość do siebie samej?
Li.

Prasówka.

Sierpień 6, 2009
Z uwagą obserwuję rozwijającą się aferę z „surogatką”- kobietą, która wynajęła swój brzuch i urodziła dziecko bez jednego wspólnego z nią genu. Obserwuję z uwagą, ale i z niepokojem, bo znając polską chorą (nie)sprawiedliwość i częsty brak odwagi sędziów do wydania wyroków tzw. odważnych, zwyczajnie boję się o los tego dziecka. Zwłaszcza po idiotycznych wypowiedziach ministra sprawiedliwości o handlu dziećmi.
Nie ufam „surogatce” za grosz, nie wierzę w jej ani jedną dobrą intencję. Nie była dziewicą pierworódką, urodziła przedtem troje dzieci, w tym jedno oddała do adopcji, bo było niepełnosprawne. Nie wierzę ani w szok poporodowy, ani w nagle obudzoną miłość do synka.
To jedynie sprytne, cyniczne, prymitywne babsko, które chce kosztem dziecka zapewnić sobie utrzymanie, bo wiadomo że biologiczny ojciec będzie zobowiązany do alimentacji dziecka, a podejrzewam że możliwości alimentacyjne ma spore. To niepracująca, utrzymująca się z opieki społecznej i alimentów szantażystka i egoistka nie zastanawiająca się nad tym, że może rozwalić bezpieczny świat dziecka.
Ufam, że sytuacja dziecka się nie zmieni- zostanie przy biologicznym ojcu, bo to on od jego urodzenia zajmuje się z nim i nawiązał więź emocjonalną. Sądy coraz częściej orzekają na korzyść ojców, kończą się czasy idiotycznego przekonania, że lepsza najgorsza matka niż najlepszy ojciec.
Tylko dziecka żal. Zawsze żal mi dziecka. Kto wie, do czego posunie się kobieta, która dla zysku sprzedała swój brzuch.
Semper mater certa est, Rzymianie wiedzieli co mówią, ale nie znali się wtedy na genetyce.
Mnie ciśnie się na usta inna rzymska paremia: Pacta sunt servanda.
Całym sercem stoję po stronie biologicznego ojca i jego żony.
Wyobrażam sobie ich rozpacz i przerażenie, wyobrażam sobie w jakim muszą żyć niepokoju i lęku. Niech moc będzie z nimi!
Li.

SPAnie w SPA

Sierpień 5, 2009
Śpię i śpię. Niedawno wstałam, ale zaraz znowu zasnę.
SPAnie mnie utula i koi.
Boli mnie całe ciało, czuję każdy mięsień, to stres wrzeszczy bólem w moim środku z rozczarowania nic-nie-robieniem, nigdzie-się-nie-spieszeniem i wyłączeniem telefonu. Nareszcie mam wakacje- ułomne, bez palm i słońca, ale wakacje.
Dziś nawet nie zadzwoniłam do Wykonawcy, a powinnam -zwłaszcza po wczorajszym porannym incydencie, gdy zamiast cukru trzcinowego do naszej porannej rytualnej kawy wsypałam mu dwie łyżeczki soli.
Dzielny był- przełknął pierwszy pokaźny łyk bez plucia, nie był jednak w stanie ukryć zaskoczenia niespodziewanym smakiem i to na szczęście zauważyłam.
Mam nadzieję, że uwierzył w moje gorące zapewnienia, że nie był to ukryty sposób na pokazanie mojego niezadowolenia z jego działań ;-)
Idę na kolację, a potem dalej będę tkać sobie kosmetyczne przyjemności w materii życia, bo jak ja sama sobie nie zrobię przyjemności, to kto?
Woda mi szumi za oknem, a niebo jest gwiaździste.
Li.

Hej ho, hej ho po stropie dziś się szło!

Sierpień 3, 2009

Zamknęłam oczy i weszłam po drabinie. Efekt zapiera dech w piersiach!

Jeden z robotników od soboty dwa razy dziennie polewa strop wodą. Oczywiście, że teraz bardzo przydałby się deszcz, ale równie oczywiste jest to, że nie spadnie go ani kropla, to taka lekcja pokory, że nigdy do końca nie ma się tego czego się chce.
Powoli zbieramy się z dziewczynami do wyjazdu do Spa, dziwne- jakoś nie mam na to ochoty, tak trudno będzie mi się rozstać z moimi cegłami i tym pięknym stropem, brak mi będzie moich codziennych inspekcyjek, picia kawy z widokiem i tej ogromnej radości z tego niezauważalnego kroku dla ludzkości, ale jakiego wielkiego dla czło-Li-wieka!
A z kronikarskiego obowiązku by/Pepys donoszę, że sobotnia „wiecha” była nadzwyczaj udana, zjawił się nawet mój tata, wydarzenie o tyle doniosłe, że była to jego pierwsza wizyta na budowie. Wódka lała się prawie tak szybko jak beton z pompy, kilku osobom urwał się film, ale nie mnie niestety- ja wypiłam tylko symbolicznego łyka, mam nadzieję, że moja absynencja nie spowoduje jakiejś katastrofy budowlanej.
Tłumaczy mnie jedynie to, że ktoś musiał być trzeźwy!
Ostatecznie to budowa, przepisy bhp i takie tam…:)
Li.