Pięć ostatnich siódmych dni listopada.

Zainspirowana komentarzem Kasi,
sprawdziłam co robiłam 7-go listopada w latach 2007-2011.
Generalnie narzekam i to jest przerażające :)

Ale, ale, ale  świetnie czyta się swoje wspomnienia
i naprawdę cieszę się, że zdecydowałam o pisaniu bloga.
Nie ma tu wszystkiego, to nie „Dziennik Samuela Pepysa”,
ale są towarzyszące mi wtedy emocje.

7-go listopada 2007 roku chciałam być królewną:
CHCIAŁABYM BYĆ ŚPIĄCA KRÓLEWNĄ.
CHOĆ PRZEZ TYDZIEŃ….

Zaraz jadę do Kielc.
Jutro do Bielska.
Pojutrze Wadowice.
Co za tydzień, podróżuję jak Pyza po polskich drogach.
W dodatku nie mam ciągle zdania co do konieczności
zmiany opon na zimowe, chyba jeszcze za wcześnie?
Tyle tu znawców motoryzacji, może się ktoś wypowie?
Spałam trzy godziny, po całodniowym kryzysie twórczym,
nagle w nocy spłynęło na mnie natchnienie
i okrągłe, mądre (?) literki potoczyście
i soczyście gnały po ekranie,
a moje palce trudem nadążały za myślami.
I tak do trzeciej w nocy.
Mam deficyt snu większy niż nasz deficyt budżetowy,
chciałabym być choć przez tydzień śpiącą królewną…
Oczywiście koniecznie w wersji z całującym królewiczem.
Miłego dnia!
Li.

7-go listopada 2008-go  roku było jak zwykle:
JESIENNA DEPRECHA KĄSA MNIE PO DUSZY.
Nie chce mi się. Nic mi się nie chce.
Może jeszcze tylko leżeć w półmroku i z muzyką.
Nie chce mi się z nikim spotykać,
nie chce mi się odbierać telefonów,
nie chce mi się gadać z córkami,
nie chce mi się głaskać kotów,
nie chce mi się nawet pisać tego, co teraz piszę.
Gdzieś tam tylko z tyłu głowy tłucze się nadzieja,
że przecież jak coś napiszę, to poczuję ulgę.
Przynajmniej zawsze tak było.
Muszę wstać, kupić euro na jutrzejszy wyjazd do Wiednia,
muszę się spakować, zrobić zakupy dla Starszej,
która korzystając z okazji zaprosiła sobie koleżanki na noc,
muszę odwieźć obrażoną Młodszą do moich rodziców,
muszę zrobić jeszcze tyle rzeczy,
że naprawdę nie mam czasu walczyć
z tym wszechogarniającym mnie zniechęceniem
i jakimś takim niedefiniowalnym bliżej smutkiem.
I nie mam siły.
To straszne, żałosne i osobiście mnie upokarzające.
Jakieś szarości za oknem, jakieś ludzkie małości,
jakieś złe nastroje zgniatają mnie swoim ciężarem.
Wrócę wieczorem. I poczytam Leca.
Li.

7-go listopada 2009-go roku znowu to samo!
SAMOUŻALANIE SIĘ Z NUTKĄ EKSCYTACJI BLISKIM KOŃCEM.
Zajętość zjada moje życie towarzyskie i uczuciowe,
dając mi tylko oddech na sprawy niezbędne.
Rety, jaka ta budowa jest absorbująca!
Ciągle teraz czegoś szukam, porównuję, zadaję pytania
-czasem głupie są to pytania, ale co zrobić,
gdy często nie za dokładnie wiem o co pytam…
Nie mam czasu dla siebie,
a gdy go mam to zasypiam snem kamiennym
i bezsennym i nie śnię,
by we śnie nie musieć być aktywną,
łaknę spokoju i lenistwa,
takiego lenistwa gdy robię nic i jestem szczęśliwa.
Ilość spraw wiodących żywot w moim kalendarzu
już dawno przekroczyła moje mizerne zdolności organizacyjne,
bezładnie tłoczą się więc przy wyjściu do załatwienia,
tratując się wzajemnie,
a mnie od ich wrzasków boli głowa.
Czasem sobie myślę, że jednak przydałby mi się taki na przykład mąż,
służący pomocą, ramieniem i porfelem.
Ale potem zaraz sobie przypominam,
że przecież miałam już męża
w charakterze trzeciego dziecka
i od razu czuję ulgę, że choć to jedno mam z głowy,
dwie absorbujące córki wystarczą.
Rany boskie, malarstwo włoskie- miks dwóch hydraulików, tynkarzy,
plączącego się pomiędzy nimi elektryka hazardzisty,
który-ciągle-nie-skończył,
Wykonawcy-który- jest- wykończony,
męczącego sąsiada z wiecznymi pretensjami,
smutnej walki z kolejnymi donosami,
szukania domu dla pięknego, porzuconego kota
(dziś znalazłam!), przenosin firmy w nowe miejsce,
ledwo widocznych plam na elewacji- ALE JA JE WIDZĘ-
to zestaw, który wykończyłby największego twardziela!
A ja jestem przecież taka mięciutka!
Li.

7-go listopada 2010-go roku notki nie było,
tę napisałam po północy-8-go.
TYTUŁEM INFORMACJI, LI I JEDYNIE (BEZ LITERATURY ;-)
Nie piszę, bo jestem zmęczona.
Ładne zdanie- skutek i przyczyna.
Rozpakowuję kartony i worki,
ale one rozmnażają się przez pączkowanie.
Zaobserwowałam ciekawe zjawisko ekonomiczne-
najpierw zapłaciłam ekipie przeprowadzkowej
za wniesienie rzeczy na trzecie piętro,
a potem wezwałam ich drugi raz
i zapłaciłam im za wywiezienie worów ze śmieciami na wysypisko.
Prawdziwy interes, oto jedna z przyczyn braku pieniędzy.
Ilość rosnących pod ścianą worów z niepotrzebnościami,
niestety zmusza mnie do wezwania ich po raz kolejny… Ech!
Większość kartonów stała nierozpakowana od trzech i pół roku,
rzeczy nie wychodząc na zewnątrz gwałtownie się postarzały,
przecież w planach miały być kartonowo osadzone tylko
na jeden rok.
Rozpakowuję więc te kartony skrzętnie zapakowane przez
Panią Jadzię, śmieję się przy ich opisach
(“Bety i jedna kołdra”),
odkrywam dwie takie same pary butów,
przy czym nie chodziłam w ani jednej,
układam, przenoszę, upycham,
w jednej sekundzie decyduję o wywaleniu,
jestem zaprogramowana antyprzydasiowo!
Rzeczą absolutnie cudowną jest schowek,
w którym mieści się wszystko
(to co niezbędne, rzecz jasna haha)!
Panuje w nim pełna demokracja- narty
i narciarskie akcesoria,
walizki, wielki garnek, pudełka z drobiazgami,
zapasowe płytki do łazienek
i materac na wszelki noclegowy wypadek.
W tym szaleństwie jednak nastąpiła pewna chwila wyzwolenia
i w sobotę byłam w kinie na absurdalnym filmie,
ale uśmiałam się na nim jak norka. Naprawdę do łez!
Kto chce się pośmiać- to niech idzie na “Zanim odejdą wody”.
Tytuł kretyński, ale Robert Downey Jr jest do schrupania na żywo.
Nie mówiąc o Zachu Galifianakisie.
Wrócę do siebie.
Daję sobie czas do końca tygodnia na usunięcie wszelkich śladów po przeprowadzce.
Mieszka nam się cudownie.
Wspaniale. Ciepło. Przytulnie. Ciekawie.
Fajny jest ten mój nowy dom! Bardzo udomowiony!
Li.

7-go listopada 2011 tryskałam nieuzasadnionym optymizmem:)
NAJWAŻNIEJSZE TO MIEĆ PIĘKNY PLAN!
Realizując z zapałem urodzinową obietnicę staram się mieć dobry humor.
Ze śpiewem na ustach pokonuję kolejne przeszkody,
a to szary dzień za oknem, a to brak mleka do kawy
(cholera jasna, psiakrew, lalalalala….).
Nic to! Herbata też pobudza (brrr, lalalala…).
Lipa za oknem w ciągu nocy rozebrała się do skąpej bielizny,
jesień jest już nieodwołalna,
a ja do planu dnia wpisuję wizytę w aptece
i konieczność zakupu dużej ilości magnezu z potasem.
Muszę się ratować,
złe nastroje wciskają się w człowieka bez pardonu,
trzeba uszczelnić system.
Przeczytałam wczoraj słowa ks. Bonieckiego:
“Świat, w którym żyjemy potrzebuje piękna,
aby nie pogrążyć się w rozpaczy.
Piękno podobnie jak prawda budzi radość w ludzkich sercach,
jest cennym owocem, który trwa mimo upływu czasu,

tworzy więź między pokoleniami i łączy je w jednomyślnym podziwie.”
Piję herbatę z pięknego kubka,
siedzę na mojej kanapie pod piękną lampą,
patrzę na piękne obrazy,
za oknem piękna szara jesień,
zrobię sobie piękny rozświetlający makijaż,
owinę ciepłym, pięknym szalem
i podtrzymując przez cały dzień
rozpalone w sobie pragnienie pogody ducha
będę mieć piękny dzień.
Piękno jest w oczach patrzącego,
popatrzę więc sobie pięknie na świat.
Tylko to moje auto strasznie brudne,
ale jak tu jechać do myjni?
Deszczu nie zniese!
Li.

Reklamy

31 Responses to Pięć ostatnich siódmych dni listopada.

  1. nibeneth pisze:

    Może po prostu Li-stopad taki jest ;)

  2. statler waldorf pisze:

    Fajnie, że nic się nie zmieniasz.

  3. teatralna pisze:

    też uważam, że pisanie bloga z powodu kronikarskiego jest
    świetne, uświadamiające, pomaga w stanach sklerotycznych,
    i w zrozumieniu siebie, jakby i trochę)))

    teatralna

  4. tekla71 pisze:

    Li, toż to genialne…, w dzisiejszym świecie gdzie nic nie jest stałe i niczego nie można być pewnym… ani uczuć, ani poglądów, a nawet warunków atmosferycznych, Ty jedna jesteś niezmienna! Jesteś moją opoką:D

  5. martuuha pisze:

    Och! To mój regularny bzik okołoblogowy – sprawdzanie, co się działo ze mną, a bardziej: we mnie, rok, dwa, pięć, siedem lat temu. Czasem się dziwię. Czasem przeżywam na nowo, choć już dawno zapomniałam. A czasem pojęcia nie mam nad kim lub czym tak pomstowałam.

  6. marianna01 pisze:

    Chyba zaczne bloga pisać, bo za nic nie mogę sobie przypomnieć, co robiłam rok temu , nie mówiąc już o bardziej odległych czasach.
    A tak na inny temat, może ktoś by się chciał wybrać ze mną do Opery Krakowskiej na koncert Jaromira Nohavicy, którego uwielbiam. Koncert odbędzie się 17-go listopada.

    • martuuha pisze:

      Aż sprawdziłam swój kalendarz rozjazdów, ale nie ma mnie wtedy w Krakowie. Na koncercie Jarka Nohavicy zaczął się (no dobra, zaczął się może trochę wcześniej, a może trochę później, ale dla mnie to był początek) mój związek, ech.. Skończył się bez Jarka. Ale „Gwiazda” mnie przytyka niezmiennie.

  7. marianna01 pisze:

    W kasie Opery są jeszcze bilety, cena to 120zł.

  8. sisi pisze:

    Bardzo frapujący tytuł posta, Li:)

  9. megimoher pisze:

    bardzo dobrze mieć takie uświadamiające przepływ/upływ zapiski.
    Twoje notki z 2007, 8, 9 pamiętam z (niedawnego) czytania i otwierają we mnie jakieś światy.
    do 2010 i 11 nie dotarłam, czy co?
    nadrobić;-)
    Zawsze sobie powtarzam, że w żadnym miesiącu nie ma takiego nieba jak w listopadzie, czystego, chłodnego, niezakłóconego zielonością. W końcu musi być coś ładnego:-)

  10. baa pisze:

    jednak piękne te Twoje listopady:)

  11. kasia pisze:

    28.12.2006.
    Jakie masz w tym roku podejście do Sylwestra? Bo ja każdego roku mam takie jak Ty wtedy.
    Będąc studentką i neurotyczką w jednych chodziłam na Sylwestry, bo jakbym została w domu to bym myślała, że inni o mnie myślą, że jestem tak beznadziejna, że nie mam z kim wychodzić.
    No więc wychodziłam – raz było lepiej, raz gorzej.

    Będąc na apl. adw. (tak, tak;)) pierwszy raz zdecydowałam się w towarzystawie powiedzieć, że marzę o takim sylwestrze kiedy pójdę spać przed północą (choć wtedy jeszcze nie poszłam).

    Złote lata nastały wraz z poznaniem mojego męża, który podziela moje zainteresowania w temacie. Pamietam jak mieszkaliśmy w Londynie i dociągnęliśmy do 23, stwierdziliśmy, że polski nowy rok przywitany i zalegliśmy!

    A, z reguły dobijam do północy, bo mój M. urodził się 1 stycznia, więc od razu skłądam mu życzenia i daję prezent.

  12. aurora vulgaris pisze:

    Zadziwiająca powtarzalność ;D

  13. Crocyat52 pisze:

    Przeanalizowawszy Twoje ‚narzekania’ listopadowe doszłam do wniosku, że emanują one Twoim uwielbieniem swojego życia. I w tym jesteśmy do siebie podobne. Jak najbardziej pozdrawiam listopadowo!

  14. antypoda pisze:

    U Precelka dzisiaj mało głosików ;(.

  15. aLusia pisze:

    kochana, nie masz szans nie narzekać w listopadzie! przypomnij sobie – te wszystkie kruki i wrony siedzące na szpitalnym parapecie i smęcące to swoje kraa, kraaa….. to musiało zdeterminować Twój życiorys już w zaraniu… jeden pan/pani bóg wie, co Ci tak krakały…

    • Li pisze:

      gratuluję koleżance słodkiego nicka:P
      Padłam ze śmiechu, jak Cię tu zobaczyłam:))

    • aLusia pisze:

      tak myślałam, że spotkam się z żywiołową reakcją:):) zobacz jednak, ile wesołości w listopadzie Ci dostarczyłam:)

    • aLusia pisze:

      ale, ale – dopiero teraz zauważyłam, że jestem jakimś różowym stworem i to strasznie grubym w pasie!!!! chciałam tu stanowczo zaprotestować!!! :)

    • Li pisze:

      nie można być laską w necie i w realu:P
      albo, albo :D

    • aLusia pisze:

      jak nie można?? można a nawet trzeba!! :)

  16. Ania pisze:

    Czyli ciśnienie w listopadzie wyraźnie spada…
    Czytałaś kiedyś Xenophobe’s Guide to the Poles???

    http://www.amazon.com/Xenophobes-Guide-Poles-Ewa-Lipniacka/dp/1906042446

  17. MW pisze:

    Niektórzy mają taką potrzebę archiwizacji swojego życia, wracania do tego, tak myślę – ja, weteranka pisania pamiętników do szuflady (od 1986 roku).
    Znasz wiesz Szymborskiej Dnia 16 maja 1973 roku (nb mój rok urodzenia) z tomu Koniec i początek?

    • Li pisze:

      Jedna z tych wielu dat,
      które nie mówią mi już nic.

      Dokąd w tym dniu chodziłam.
      co robiłam – nie wiem.

      Gdyby w pobliżu popełniono zbrodnię
      – nie miałabym alibi.

      Słońce błysło i zgasło
      poza moją uwagą.
      Ziemia się obróciła
      bez wzmianki w notesie.

      Lżej by mi było myśleć,
      że umarłam na krótko,
      niż że nic nie pamiętam,
      choć żyłam bez przerwy.

      Nie byłam przecież duchem,
      oddychałam, jadłam,
      stawiałam kroki,
      które było słychać,
      a ślady moich palców
      musiały zostać na klamkach.

      Odbijałam się w lustrze.
      Miałam na sobie coś w jakimś kolorze.
      Na pewno kilku ludzi mnie widziało.
      Może w tym dniu
      znalazłam rzecz zgubioną wcześniej.
      Może zgubiłam znalezioną później.

      Wypełniały mnie uczucia i wrażenia.
      Teraz to wszystko
      jak kropki w nawiasie.

      Gdzie się zaszyłam,
      Gdzie się pochowałam –
      to nawet niezła sztuczka
      tak samej sobie zejść z oczu.

      Potrząsam pamięcią –
      może coś w jej gałęziach
      uśpione od lat
      poderwie się z furkotem.

      Nie.
      Najwyraźniej za dużo wymagam,
      bo aż jednej sekundy.

  18. margo pisze:

    Li,nie umiałam wyjść z Twojej łazienki:-)
    Magia !!, a Kiciule w tle,no, wspaniały widok!!

  19. Dana pisze:

    A za ileś tam lat wnuki będą czytały z wypiekami na twarzy…
    Cudna ta babka-pomyślą.

  20. czarnamalinaa pisze:

    ;) oj tam Li codziennie narzekasz, więc retrospekcja każdej daty wyglądałaby tak samo :-P No ale od czego jest blog w końcu, jak nie od marudzenia? Gdzieś trzeba w końcu, prawda? Co Wam przypomina mój awatar? Bo mi się niechybnie kojarzy z bobkiem z muminków…

%d blogerów lubi to: