Twój internetowy wróg może mieszkać za ścianą, chodzić po tych samych schodach…

Niedzielę uczciłam przyjściem do pracy.
Perspektywa kilku dni wakacji
wymaga przed nimi wzmożonego wysiłku,
bo by odpocząć muszę zmęczyć się jeszcze bardziej,
taki paradoksik dzisiejszych czasów.
Ad rem:
Kiedyś, z siedmioma górami, za siedmioma rzekami,
w bardzo, bardzo zamierzchłych internetowych czasach
przejmowałam się negatywnymi komentarzami na swój temat.
Byłam naiwna, nie wiedziałam nic o internetowych trollach,
nie wiedziałam, że są ludzie, dla których internet jest
kanałem do wyrzygania swoich frustracji,
do dowalenia komuś,
nie wiedziałam, że można czuć się lepiej
robiąc komuś przykrość, świństwo i mieszać go z błotem.
Papier wszystko przyjmie, a monitor tym bardziej.
Miałam nawet momenty lekkiego załamania (o ja głupia!).
Miałam momenty, że przestawałam pisać,
bo świat wirtualny zaczął realnie wpływać na moje życie.
(A co na to Lec?
Anonim jest tylko wtedy dopuszczalny, gdy piszący go
rzeczywiście jest nikim
).
***
Ale życie pisze swoje scenariusze:
Miałam wielkiego, internetowego wroga.
Bóg jeden wie, ile razów od niej dostałam.
Nie będę pisać szczegółów, kto ma wiedzieć, ten wie.
Czułam do niej głuchą nienawiść, okropne uczucie,
bo jak można czuć nienawiść do nicka?
***
Osiem miesięcy temu byłam w O.
Po rozprawie siedziałam z towarzystwem w knajpce,
rozluźniona i zadowolona,
bo wynik rozprawy był po naszej myśli.
Siedziałam przodem do drzwi
i nagle podobno zrobiłam się blada, jakbym zobaczyła ducha.
Do do kawiarni weszła Ona.
Poznałam ją bez trudu,
bo jej zdjęcia podesłane przez życzliwych
wbiły mi się mocno w pamięć
(w internecie naprawdę nikt nie jest anonimowy).
Wstałam i bez zastanowienia do niej podeszłam.
***
29.12.2017.
Cześć Monika,
Piszę, bo ciągle nie mogę nadziwić się dzisiejszemu spotkaniu.
Gdzie jak
gdzie i z kim jak z kim – tego scenariusza nigdy nawet nie
przewidziałam. Faktycznie, świat jest mały.
Chciałam Ci tylko powiedzieć, że „na żywo” jesteś bardzo
pozytywna w odbiorze, co mnie trochę zdziwiło, bo obie wiemy,
jak się mocno „kochałyśmy”.
Stawiałam na jędzowatą, zadufaną w sobie
istotę, a tu zonk
:)))
Mam nadzieję, że tym samym topór wojenny został zakopany. Ja ze swej
strony przepraszam za wszystkie nieprzyjemności, jakich ode mnie
doznałaś. To było głupie i niepotrzebne.
A.
PS. I zobacz, Ty bywasz w O., a ja ostatnio dość często w
Krakowie. Ech, życie…

04.01.2018.
Cześć A.
i co ja mam napisać?
Odchorowałam ciężko Twoje akcje, ale to już dawno za mną.
Nie czuję żalu i autentycznie ucieszyłam się, gdy Cię zobaczyłam,
bo to dowód na to, jak mały i dziwny jest ten świat:)
I jak naprawdę niewiele trzeba, by się spotkać.
W O. byłam trzeci raz w życiu, rozwodziłam tam kogoś,
sprawę już skończyłam właśnie w piątek… ech…
ale i tak nie przestanę się dziwić.
Wszystkiego dobrego,
Monika
P.S. Zadzwoń, jak będziesz w Krakowie. Może zupełnie odetniemy się od przeszłości:)

05.01.2018.
Cześć,
No właśnie ja też się ucieszyłam, czemu zresztą dałam wyraz,
bo zaczęłam się do Ciebie tulić, o ile dobrze pamiętam…
bo nie wiem czy w tym zaskoczeniu
poplątanym z szokiem dobrze zapamiętałam.
Wiem tylko, że miałaś fajne perfumy :D
A świat jest naprawdę mały, tym bardziej,
że w tej kawiarni bywam bardzo, bardzo rzadko –
dosłownie raz na kilka lat – i umówiłam się tam tylko dlatego,
że dzieci mojej przyjaciółki z NY uwielbiają tamtejsze lody.
Myślę, że jeśli dojdzie do kolejnego spotkania, to już będzie łatwiej :)
Spokojnego dnia Ci życzę.
A.

***
Wczoraj pod moim postem o lekkim politycznym zabarwieniu
zaczęła pisać komentarze niejaka marula,
(nie)przypadkiem zwolennik pisownich metod niszczenia naszego kraju.
Wstrętne komentarze.
Ale wordpress ma cudowną funcję blokady i edycji komentarzy,
więc chętnie z niej skorzystałam
i będę blokować i kpić sobie z każdego,
kto będzie mnie obrażał.
Nie dlatego, że się tym przejmuję,
bo ja potrafię już z tego się śmiać.
Ale dlatego, że mam prawo wyboru czytelnika
i mam prawo wyrzucenia kogoś,
z kim mi nie jest po drodze.
Ja lubię wonności i perfumy, a nie szambo.
A straszenie mnie jest ryzykowne,
i to nie ja będę ponosić skutki tego ryzyka.
***
A o tym jaki świat jest mały napiszę jeszcze nie raz.
Mam wyjątkowe szczęście do takich historii.
Miłej niedzieli!
Li.

Reklamy

3 Responses to Twój internetowy wróg może mieszkać za ścianą, chodzić po tych samych schodach…

  1. bluuu pisze:

    Zawsze, gdy mam dużo wiary i optymizmu w ludzkość, uruchamia mi się gdzieś z tyłu głowy „scena balkonowa” z „Dnia świra”, czyli kwintesencja polactwa i polskiego kołtuna w jednym obrazku. I choć wierzę, że bezinteresownej życzliwości jest więcej, to jednak nadal nie mogę się nadziwić, że są ludzie, którzy wykorzystują czas i energię, żeby dowalić obcym sobie ludziom zupełnie bez powodu, „bo tak”.

    • Li pisze:

      No cóż, pisanie że jestem sfrustrowaną paniusią ok 50, której nic w życiu nie wyszło jest przecież szczytem życzliwości i empatii:))
      Zawsze mogła napisać „po 50” :))

    • bluuu pisze:

      Bo pewnie sama jest „po”, a z braku innych rozrywek pisze wredne komentarze :D

%d blogerów lubi to: