47.

Listopad 4, 2014

Ulubiona opowieść o dniu moich narodzin bawi mnie do dziś.
Opisałam ją kiedyś, ale nie odmówię sobie przypomnienia:
„Wtłoczeni w ramy obyczajów i tradycji podświadomie oczekujemy jakiejś nadzwyczajności w dniu naszych urodzin.
Nie będąc wolną od takich oczekiwań odebrałam wczoraj rano pierwszy telefon.
To była moja Mama ze wspomnieniami:
-Pamiętam ten ponury, zimny listopadowy dzień, gdy po 24-ch godzinach potwornej męczarni nareszcie Cię urodziłam. I gdy leżałam wykończona w strasznym, nieprzytulnym, zimnym szpitalu w Lidzbarku Warmińskim, a na parapecie siedziały kruki i wrony, myślałam:
- Jaki ciężki los czeka to dziecko?
No i widzisz? Jaki Ty masz los!
- Mamo, no daj spokój, chyba wcale taki nie najgorszy?
- A daj spokój, tragedia!
Tu nastąpił szloch, ale nie mój”.

Jak zapewne zauważyliście- nie piszę. Nie mam żadnego poważnego powodu, bo przecież obsesyjne czytanie mnie przez kobietę-konia poważnym powodem nie jest- raczej to powód do dumy, swoimi literkami niosę jej taki mały kaganek oświaty…
(No dobra, w dzień własnych urodzin nie będę złośliwa, będę się tylko cieszyć).
Zarobiona jestem po kokardy, wpadłam w wir, z którego nie mogę się wydobyć.
Ciągle coś, ktoś, gdzieś… szkoda mi czasu na pisanie, wolę zasnąć, mam nieustanny deficyt snu, a sny ciągle mam piękne!
Dziś sobie będę szczodrze życzyć, by nie było u mnie gorzej, by ciągle tłukł się we mnie lekko stetryczały, ale jednak optymizm, by każde kolejne urodziny przybliżały mnie do Portugalii, albo Hiszpanii, albo innego miejsca, które uznam za swoje, by udało mi się utrzymać nieustannie gorący stan miłości z moimi córkami, by niektórzy dali mi spokój, a niektórzy wręcz przeciwnie, by moi przyjaciele przy mnie pozostali, a liczba wrogów się nie zwiększała, by moje rzęsy dalej rosły jak szalone po odżywce „wieleobiecującej”, by moje kilogramy spadały szybciej niż złudzenia, że mogę mieć jeszcze pragnienia:)
Cieszę się na ten wtorek-potworek, a co tam.
Wszystkiego dobrego dla mnie, bardzo się kocham i dobrze sobie życzę!
Li.


Nadziejnie beznadziejnie.

Październik 23, 2014

A taki mam wyjazdowy tydzień z wiecznym konfliktem z czasem.
Kielce, Olkusz, Wadowice, Bochnia-produkuję kilometry na liczniku setkami,
im ich więcej, tym mniej chęci na cokolwiek innego
poza kuszącą pianą w wannie
z widokiem na równie kuszące łóżko.
Padam, padam, wstaję, poprawiam koronę i zasuwam:)
Ogólną niechęć obficie podlewa deszcz, rośnie ona jak fasola na tyczce,
zaraz będę wzywać pomocy, bo czuję się zniewolona. I owinięta.
Mam wolny kwadrans, ale zaraz znowu wyruszam do Wadowic,
kupię sobie po drodze kawę,
włączę ostatnią płytę Rojka
i jakoś dam radę,
bo jak nie ja,
to kto?

A jutro przyjeżdżają do mnie goście na weekend, znaczy się jest jakaś nadzieja na normalne życie.

(Bobcio ma właśnie przypływ miłości,
niewiarygodne ile białej sierści
może znaleźć się na moich czarnych spodniach).
Miłego dla Was!
Li.
PS. Że beznadziejna ta notka? Ale jest! :)


Jesienią trzeba myśleć o wiośnie.

Październik 19, 2014

Zapisana ostatnimi nitkami babiego lata niedziela
uzmysłowiła mi, że znowu wpadnę w czekanie na kolejną wiosnę.
Po drodze do niej  wespnę się na wyżyny udawania,
że cieszę się ze swoich 47-ych urodzin,
w związku z tym zrobię huczną imprezę,
potem jakoś przetrwam Święta, szczęśliwie okraszone przyjazdem Starszej,
stycznia może nie zauważę,
w drugiej połowie lutego polecę z Gusią na kilka dni do Paryża,
a potem będzie już marzec i niczym nieuzasadniona wiosenna nadzieja na COŚ.
Uwielbiam ten syndrom corocznego czekania na wiosnę,
związanego z naiwnym przekonaniem,
że wraz z pąkami na drzewach przyjdzie
ktoś, coś, skądś, od kogoś, od czegoś, jakaś
-zmiana.
Co roku się na to nabieram, ale dzięki temu chce mi się żyć i czekać.
Samooszukiwanie się ma wielką zaletę w podtrzymywaniu
coraz słabiej płonącego ognia życiowej energii.
Gdyby nie snucie bezczelnych marzeń, zabiłaby mnie stagnacja,
byłabym jak ten koń roboczy, dreptający pomiędzy polem, a stajnią,
stary i niepotrzebny sprzedany na rzeź.

Najbardziej w życiu brakuje mi czasu na życie,
na barwne, ciekawe, ekscytujące życie!
I moim planem na życie,
jest zdobycie mojego własnego czasu na moje własne własne życie.

Póki co, robię sobie kawę i siadam do pracy.
Li.


W sumie to chodzi o to, że tęsknię za statlerem. Nie ma tej zrzędy, łazi gdzieś po Pirenejach. I po co, pytam się, po co? Żeby spaść?

Październik 17, 2014

 

Zachciało mi się zapalić świece i posiedzieć w przytulności własnej kanapy.
Od świata łatwo się odgrodzić, wystarczy wyciszyć telefon,
a czasy teraz takie,
że bez uprzedzenia przychodzi tylko poborca skarbowy.
(Jesteśmy w zażyłości ze względu na moje liczne
i buntowniczo nie płacone w terminie mandaciki).
Jest czule i bezpiecznie- padający deszcz
skutecznie tłumi chęć dołączenia do znajomych „na mieście”,
koty już nie obrażone, przychodzą po kolei na wieczorne pieszczoty,
Karolcia czasem zagada coś na skype,
Guśka zbiegnie z góry,
pies westchnie przez sen,
dom.

Muszę jakoś odreagować trudną rozmowę z klientem.
Przyszedł w sprawie rozwodowej, nie jest w stanie znieść już alkoholizmu żony,
jej pijackich awantur, wyzwisk, zapachu przesiąkniętego alkoholem ciała,
noszenia jej do łóżka…
Nieszczęśliwy człowiek, bo kocha ją, pielęgnując jej obraz sprzed picia,
z ewidentnym syndromem współuzależnienia obwinia się
za nieswoje grzechy i daje jej pieniądze na alkohol,
tocząc się wraz z nią w stronę dna.

Ta moja praca czasem może zdołować, zaprawdę powiadam Wam.
Ale dziś miałam masaż i moje zrelaksowane ciało
pomaga rozumowi wyprzeć każdą ponurą myśl.
Wpadam w luksus czystego relaksu, pomyślę o tym jutro,
a teraz wtulę się mocniej w poduszki i zabiorę się za czytanie,
mam na wyciągnięcie ręki smakowity stos szwedzkich kryminałów.
Statler wyjechał wspinać się w Pirenejach
i nie ma kto przeszkadzać mi i krytykować to co czytam.
(Szkoda, że nie mam żadnego harlequinka:)
Li.

 

 


Z poradnika Beznadziejnej Pani Domu

Październik 17, 2014

Jeżeli zabrakło Ci kociego jedzenia na kocie śniadanie,
nie wchodź lepiej rano do kuchni.
Byle odziana, przemknij ukradkiem do drzwi wyjściowych
i leć do sklepu szybko uzupełnić kompromitujące braki.
W przeciwnym wypadku grozi Ci rzucanie ciężkich, obrażonych spojrzeń
i pięciokrotny koci foch.
Oraz ogromne zdziwienie, z otwarciem pyszczka włącznie,
bo jak to???

Boluś

Boluś jest mistrzem kociej mimiki.
Li.


Kocham życie i nie zawaham się mu tego powiedzieć.

Październik 16, 2014

 

O jeżuniu, jaki budzący senność dzień!
Wstałam znad płonącego z pilności stosu papierów i poszłam sobie z najlepszym ze wszystkich  aplikantów na świecie na obiad i kawę.
( A zawalone jesienią Planty nie nadążają z produkcją liści).
Życie chwilowo bywa znośne, nie chce mi się już myśleć o końskich występkach, los sam się nią zajmie i odpłaci z nawiązką.
Patrzę do przodu i zachwycam się widokami wyostrzonymi przez pierwsze w życiu okulary, nagle widzę więcej i szerzej!
Dostrzegam nawet drugie dno.

A propos patrzenia- zakochałam się w pewnym artyście.
Poznałam i wpadłam.

Malarstwo anamorficzne tworzy niesłychaną iluzję, gdzie rzeczy nigdy nie są takimi,  jakimi się wydają.

I niech to będzie pointa ostatnich kilku dni.

Li.

 


Geneza moich drobnych złośliwości.

Październik 16, 2014

Nie jestem aniołem i Bogu dzięki.
Czasem i zawsze w ogniu emocji,  powiem o jedno słowo za daleko, zapieklę się i zapienię szybko mi mijającą złością, ale umiem wybaczać innym i sobie, nie trzymam się kurczowo urazy, jak ostatniej deski ratunku. Chcę żyć pogodnie i szczęśliwie.
Spotkałam jednak na swojej drodze 11 lat temu kobietę, której  podałam rękę, dałam pracę, przymykałam oczy na jej drobne oszustwa, a która zniszczyła istotny element mojego życia.
I choć na jego ruinach zbudowałam coś lepszego i piękniejszego, nie jestem jej wdzięczna.
Bo ona nadal niszczy, rujnuje, kopie, drąży, tryska jadem i nienawiścią do mnie- co niewiele mnie obchodzi, ale i do moich dzieci.
Uderza w świętość- w więź pomiędzy córkami, a ojcem.
Wiem, że to z niskich pobudek, bardzo niskich.
Chodzi jej o pieniądze i jest bardzo zazdrosna.
I niestety udało jej się zrobić wiele zła.
Powinnam ją posiekać na kawałeczki i rzucić krukom i wronom.
A ja tylko czasem jestem odrobinę złośliwa, ot troszeczkę, zupełnie nieadekwatnie do krzywd,
wcale nie oko za oko, ząb za ząb.
Napiszę sobie notkę, pośmieję się, bo jest z kogo, a potem widzę oczami wyobraźni, jak zaciągając się głęboko papierosami,
od których zrobiły jej się pionowe zmarszczki wokół wąskich ust, czyta nerwowo mojego bloga, następnie drukuje notkę, wpina ją do swoich pracowicie gromadzonych od lat segregatorków z kolejnymi wpisami.
Czyż to nie piękny widok?
Od czasu do czasu nie mogę go sobie odmówić,  bo jak już wspomniałam-nie jestem aniołem.
Ufff… i naprawdę Bogu dzięki!
Dlatego dziękuję za uwagi, że złośliwość jest złem.
Przeżyj to co ja, to pogadamy.
Li.


Notka wspierająca.

Październik 15, 2014

Doszła do mnie wiadomość, ktora naprawdę mnie rozczuliła- otóż pewna pani grubo po pięćdziesiątce postanowiła uzupełnić swoje wykształcenie i zdobyć maturę. Prawda, że to godne podziwu?
Iść do szkoły w jej wieku, w trudzie i znoju odrabiać lekcje, rysować szlaczki, przedzierać się przez niedostępne do tej pory obszary wiedzy ogólnokształcącej, wspinać się po szczeblach edukacji, by móc pochwalić się średnim wykształceniem, potem może nawet pogalopować na studia… Widzę same plusy- pani będzie mieć mniej czasu na knucie i zajmowanie się nie swoimi sprawami, może nawet przestanie czytać mojego bloga, co zdecydowanie poprawi moją chęć pisania,
a w zamian czytać będzie lektury szkolne, szczególnie polecam „Lalkę”, tamta Izabela też marnie skończyła. Z niczym.

Będziemy kibicować, prawda? Będziemy pytać o postępy, przecież macocha moich dzieci nie może mieć li i jedynie podstawowego wykształcenia, w pewnych kręgach to nie wypada, więc galopkiem do tej szkoły, galopkiem!

I to migusiem!

Z całkiem nieoczekiwanej strony przyszła do mnie życiowa sprawiedliwość.
Li.


Złe wiadomości wchodzą bez zaproszenia.

Październik 4, 2014

Spadła dziś na mnie bardzo ciężka wiadomość- z przeszłości. Przeszłość obrócona w kamień ciąży na sercu i zmniejszyć jej ciężaru się nie da. Trudno mi się było podźwignąć, straciłam tę sobotę na rozpacz i łzy. Ratunek znalazłam u Młodszej, poszłyśmy na zakupy i obiad do włoskiej knajpy, a tam kelner w typie Jude Law powiedział mi „Proszę, niech Pani nie będzie taka smutna”, a potem przyniósł mi to:

masiu

Kupiłam sobie dziś pierwsze w życiu okulary.
Wyglądam w nich pięknie i nareszcie inteligentnie (nie może być inaczej).
Jutro, pomyślę o tym wszystkim jutro.

A kiedyś o tym napiszę i przegonię demona.
Li.


A życie mija…

Wrzesień 27, 2014


Nihil novi.

Wrzesień 16, 2014

Wstałam i znowu zaległam w łóżku z kubkiem latte ciesząc się brakiem konieczności wstania wraz z miejskim zgiełkiem, tak bezczelnie wchodzącym mi przez okno. Z łóżka widzę tylko moją lipę, a jeżdżące gdzieś za nią tramwaje wprowadzają zupełnie niepotrzebny dysonans w moje poczucie oderwania się od skrzeczącej rzeczywistości. Śniłam dziś o kolorach i pięknie, obudziłam się szczęśliwa, płynę jeszcze siłą rozpędu przez to moje szczęście, ale już niestety widzę kamienisty brzeg codzienności, znowu rozbiję się o skały i poobijana pewnie jakoś wyląduję na stałym lądzie.

Nic mnie tak nie złości, jak ten codzienny dryf, walka o przetrwanie i coraz większe wrażenie osadzenia w niewłaściwym miejscu.

Dojrzewam, dojrzewam! Oj, jak ja dojrzewam do zmian!
Życie ma być przygodą, a nie nudnym codziennym serialem z kolejnym nic nie wnoszącym odcinkiem.
Ale uwaga: dziś wtorek-potworek- czujność zalecana, ale i radość z pięknego dnia też!
Miłego dla Was!
Li.


Szukam magii.

Wrzesień 15, 2014

Lubię chodzić do kina na nocne seanse, prawie nie ma widzów, można mieć złudzenie posiadania całej sali, nikt niczym nie szeleści, niczego nie chrupie, z nikim nie gada, nogi same swobodnie się wyciągają,
a pomiędzy mną a ekranem nie ma żadnej głowy.
Poszliśmy o 22.00 na „Magię w blasku księżyca”, wierna Allenowi muszę obejrzeć każdy jego film, nie rozczarowałam się, bo tego właśnie chciałam-błahej historyjki pięknie ubranej.
No i… ech… Colin Firth, uwielbiam go, kocham miłością piszczącej fanki, nawet czasem o nim śnię, wielbię jego pozorną sztywność i cudowne spojrzenie, jest na mojej liście najbardziej pożądanych mężczyzn, hm… lista nie jest długa, ale za to mam ten luksus, że mogę ją dowolnie modyfikować, bo kto mi zabroni?

(Wiadomo, kto jest liderem, statler!)
Li.


Alimenty=kara boska.

Wrzesień 14, 2014

Czasem myślę, że alimenty to kara boska, dotkliwe i bolesne narzędzie do codziennego przypominania o złamaniu któregoś tam przykazania (i tak moje ulubione to z komunijnych czasów Guśki wyklepywane na pamięć- „nieumiarkowanie w siedzeniu i piciu”).
A ręce mi opadają nad alimentami własnymi, od ojca moich dzieci wyszarpywanymi, wyrzygiwanymi, z łaski dawanymi, rozliczanymi
(ulubione pytanie:„a matka ile dała?”).
Zarabia lepiej ode mnie, nie zajmuje się żadną sprawą związaną z córkami, spotyka się z nimi na dwie godziny w tygodniu, o ile
w ogóle, nie jeździ z nimi na wakacje, nie zabiera na weekendy, nie chodzi do szkoły, nie interesuje się ich sprawami, poza ślizganiem się po wierzchu z jakże ulubionym przez dzieci pytaniem- co słychać?, nie zna ich przyjaciół, nie wie co czytają, nie ma pojęcia jakich używają perfum, na czym ostatnio były w kinie, na jaki koncert idą, kiedy są chore, nie ma pojęcia o rzeczywistych kosztach utrzymania dwudziestolatki na studiach za granicą i piętnastolatki w gimnazjum,
ale WIE I PIEPRZY, WYMĄDRZA SIĘ, UPOKARZA, JEST ZŁOŚLIWY I ZWYCZAJNIE ZŁY.

Ale to moja wina, źle wybrałam ojca dla moich dzieci, a przy rozwodzie uwierzyłam w jego zapewnienia, że zawsze będzie mi pomagał i że dzieciom niczego nie zabraknie.
Zapomniał tylko dodać, że będzie to ode mnie wymagało ogromnego wysiłku, wiecznych kłótni i konieczności kontaktu z nim-
z człowiekiem, którym zwyczajnie gardzę.

Mam serdecznie dość, jestem wściekła, kłębią się we mnie paskudne myśli z życzeniami wszystkiego najgorszego, przeganiam je, bo nie chcę TAK myśleć, ale zaprawdę powiadam Wam, jestem na granicy, tylko cienka, czerwona linia pomiędzy mną, a chęcią mordu.
I oczywiście nic nie zrobię, sama zapłacę za to, za co rodzice powinni płacić wspólnie, nie odmówię Karolci przed wyjazdem fryzjera, kosmetyczki i zakupów, wydam w jeden dzień te cholerne alimenty i te z łaski rzucone przez niego dodatkowe pieniądze, conajmniej o 2/3 mniejsze niż wynoszą potrzeby, zapłacę za wszystko bo jestem matką, kochającą matką.
Przede mną jeszcze dziesięć lat konieczności kontaktu alimentacyjnego z człowiekiem, dla którego dzieci są wyłącznie obciążeniem, a nie miłością i radością.
Przez kolejne dziesięć lat będę musiała znosić tego typa, wraz z jego wspaniałym doradcą- kobietą koniem, najbardziej zainteresowaną alimentami dla naszych dzieci, bo przecież im więcej dla nich, tym mniej dla niej, sączy więc swoje „mądrości”
w uszy swojego męża, ona przecież wie, że on przepłaca, na pewno to jeszcze ja się utrzymuję za te pieniądze, och, ach i takie tam inne. Głupie.
Głupie, bo wystarczy zapytać, liczby nie kłamią.
Powtarzam moim klientkom zawsze jedną rzecz- nie wierzcie, że po rozwodzie ojciec chętnie będzie współuczestniczył w utrzymaniu dzieci.
Gdy skończą się wyrzuty sumienia, skończy się chęć płacenia.
Tak jak u mnie.
Wyjątki tylko potwierdzają regułę.
Li.


Muszę być uważniejsza w codzienności.

Wrzesień 11, 2014

Mijają mi te noce i dni tak szybko, że ich pęd zauważam dopiero na blogu. Jak to możliwe, że nie pisałam osiem dni? W domu szaleństwo, Karolcia lada moment wylatuje, Gusia w ostatniej klasie gimnazjum, Kara po biopsji, Masza kłóci się z Szarym do kociej krwi, ciągle coś jest niewyprane, odkurzacz pokrywa się kurzem, rośliny na tarasie umierają stojąc, a moja możliwość ogarnięcia wszystkiego jest szczątkowa i na granicy przetrwania.
Jestem zmęczona, marzy mi się tydzień poza cywilizacją, ale kiedy, kiedy?
(W samo południe jadę do Kielc, a biorąc pod uwagę charakter toczącej się przed tamtejszym sądem sprawy jest to wyjazd poza granice cywilizacji, niestety. Tylko białej plaży i lazuru morza brak).

Pociągam łyk kawy, dzień czas zacząć, nie marudzić, nie narzekać, tylko cieszyć się zaokienną szarością i żółcią liści, jeszcze tak nie było żeby nie było.
Posadzę sobie kilka wrzosów na tarasie.
Li.


Wrzesień 3, 2014

„Męczyłem się trzydzieści cztery lata”, powiedział do mnie pewien sześćdziesięciolatek po uzyskaniu dziś rozwodu. No cóż, na pociechę powinnam mu powiedzieć, że z następną kobietą będzie męczył się krócej, statystyka jest przecież nieubłagana, ale zmilczałam- niech mu się wydaje, że po rozwodzie zacznie nowe życie.
A to przecież ciągle to samo życie, gdy się je pieprzyło sobie do tej pory, to nic się nie zmieni.

Li.


Jęczliwie, ale z interesikiem w tle:)

Wrzesień 1, 2014

W domu mam znowu pełen komplet zstępnych, plus dwie Szkotki z Edynburga, kolejna wakacyjna inwazja z Wysp, ale jakoś to wytrzymam. Nie mam dziś dobrego dnia, głowa mi pęka z bólu, promieniuje sukinsyn aż do stóp, marzę o łóżku w ciemnej sypialni i świętym spokoju.
A tu telefon się urywa, praca wre, a ja wyszłam z siebie i stoję obok, ostatkiem sił trzymając się myśli, że przecież wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
I na tym koniec, nie napiszę nic ponad tę jęczącą notkę, dziś skupiam się na przetrwaniu, będzie ciężko bo wspaniałomyślnie oddałam gościom swoją sypialnię, ech… zwinę się w rozpaczliwą kulkę na kanapie w salonie i jakoś doczołgam się do lepszego samopoczucia.
Jestem pewna, że w Portugalii nigdy nie będę mieć bólu głowy!
Li.

PS. Moja przyjaciółka Dagmara dokonała cudu i z kompletnej, zapyziałej, nie remontowanej od lat ruiny zrobiła śliczny apartament do wynajęcia. Dwie minuty drogi ode mnie! Jeżeli ktoś z Was kiedyś miałby ochotę wybrać się do Krakowa, to niech rozważy możliwość zamieszkania w tym oto przepięknym wnętrzu.


Klasyka gatunku-konsekwentna niekonsekwencja.

Sierpień 29, 2014

W drodze powrotnej znad morza pokłóciłam się  z Karolcią do krwi ostatniej, łącznie z wydziedziczeniem, zostawieniem wraz z chłopakiem na dworcu PKP na środku Polski (spokojnie, po pół godzinie po nich wróciłam, Kaśka milcz!), nie odzywaniem się, żalami i słowami, które powinny zamilknąć na wieki. Poleciała do Turcji butna i wściekła, wcale ze mną nie pożegnana.

Od kilku dni via internet trwała więc zimna wojna o przetrwanie gatunku- matka czy jej geny w córce, a eskalacja zbrojeń przeraziłaby Putina.
Ale już zmiękłam jak wosk, bo przed chwilą przysłała mi w ramach przeprosin tekst jaki gdzieś tam napisała w odpowiedzi na pytanie:
Czy podziękowałeś już dzisiaj swojej mamie?
Moja mama o tym nie wie, ale często myślę o tym, ile mi dała. Nie chodzi mi o materialne rzeczy, choć za te jestem równie wdzięczna, ale o rzeczy które mi przekazała.
Jak za nic dziękuję Ci Mamo za światopogląd, którego część mi przekazałaś. Za Twój (czasami wkurwiający, zazwyczaj jednak super) luz w podejściu do świata. Za to, że wychowałaś mnie tak, że jestem w stanie ocenić dobro i zło. Za nauczenie mnie, że wcale nie jest ważne czy ktoś jest biały, czarny, homo czy hetero. Dziękuję Ci za to, że przekazałaś mi wartości,  które nigdy nie pozwolą mi zagłosować na Korwina ani Kempę. Dzięki za otworzenie mnie na świat, Mamo!

O jeżuniu, chyba się rozpłynę jak masło na gorącej szparagowej fasolce, moja córeczka kochana, nikt nie potrafi tak wyprowadzić mnie z równowagi jak ona, ale też nikt nie potrafi mnie tak podejść, rozczulić, rozmiękczyć, odrzeć z jakichkolwiek przejawów konsekwencji, sprowadzić do roli zakochanej w dziecku mamuśki, tak- przegrałam to starcie, ale za to jestem szczęśliwa. Warto było!

Li.


Historia z cudzego życia wzięta.

Sierpień 28, 2014

Historia ta jest prawdziwa, zmieniłam tylko kilka szczegółów, mogących zidentyfikować bohaterów, bo jak wiadomo- świat jest mały, a Kraków to już szczególnie.
Obiecałam ją opisać dla jednych ku uciesze, dla innych ku przestrodze, każdy wyciągnie z niej swoje wnioski.

Trzy lata temu rozwodziłam pewną kobietę, nazwijmy ją M. Śliczna, delikatna, wrażliwa, nie mogła pogodzić się ze zdradą męża, ale też i honorowo nie chciała stać mu na drodze do szczęścia. Zgodę na rozwód bez orzekania o winie ładnie wynegocjowałyśmy za wysokie alimenty na dziecko.
M. po roku porozwodowej żałoby zaczęła rozglądać się za nowym towarzyszem życia, a ponieważ utrzymywałyśmy ze sobą kontakt, dzwoniła do mnie za każdym razem, gdy ktoś pojawiał się na horyzoncie.
Szukała jednak bezskutecznie, bo choć „tego kwiatu jest pół światu”, to oddzielić ziarno od plew jest niezwykle trudno, a już poznać się od razu na kamuflującym się nieudaczniku prawie niemożliwe.
W sierpniu rok temu M. zadzwoniła podekscytowana i taki oto wywiązał się między nami dialog:
– Pani Mecenas poznałam przez internet świetnego faceta!
– Przez internet? To są tam świetni faceci? (niestety, jestem sceptyczna:)
– Tak, jest wspaniały, korespondujemy kilka razy dziennie, jest wdowcem, menadżerem, bardzo mu na mnie zależy!
– To świetnie, gratuluję i powodzenia!
Tydzień później zadzwoniła i powiedziała, że facet jest wdowcem, jest menadżerem, ale ma kilkuletniego syna którym się opiekuje.
Uznałam wówczas, że chyba rzeczywiście zaczyna traktować M. poważnie i wpuszcza ją coraz dalej do swojego życia.
Za tydzień, gdy mieli już za sobą kilka spotkań, M. znowu do mnie zadzwoniła i lekko zgaszonym głosem powiedziała mi, że facet jest wdowcem, menadżerem, ma kilkuletniego syna, którym się opiekuje, ale ma też i drugą żonę, ale to zła kobieta była i wniósł sprawę o rozwód.
No cóż, albo facet kłamczuszek, albo nie chciał mówić wszystkiego, póki nie był pewien charakteru znajomości z M. i teraz zaczął się otwierać. Powiedziałam coś pocieszającego i M. zakochana i uspokojona brnęła dalej w tę znajomość.
Za kolejny tydzień zadzwoniła i powiedziała, że facet jest wdowcem, menadżerem, ma kilkuletniego syna, którym się opiekuje, ma drugą żonę, z którą się rozwodzi, ale ma też z nią syna.
Zabrakło mi pocieszających słów, ale stwierdziłam, że mogę sprawdzić czy wniósł o rozwód.
Następnego dnia, zanim pojechałam do Sądu przyjęłam klientkę,  z którą byłam już wcześniej umówiona.
Wysoka, ładna i smutna blondynka.
Zaczęła mi opowiadać historię swojego małżeństwa- jej mąż był wdowcem, menadżerem, miał z pierwszego małżeństwa syna, którym się opiekował, z drugiego małżeństwa też mają syna, ale był dla niej- tej drugiej żony- tak niedobry, że wniosła o rozwód. Ona, nie on. 
Spadłam z krzesła.
Prawdopodobieństwo, że przyjdzie do mnie druga żona faceta M., która nota bene miała adwokata, ale chciała go zmienić, było przecież zerowe.

Po tym co dowiedziałam się od drugiej żony wdowca, musiałam ostrzec M.
Było to trudne bez zdradzania tajemnicy zawodowej, ale ona mi uwierzyła i po tekście „zrywamy z tym facetem, bo dowiedziałam się o nim z pewnego źródła rzeczy strasznych”, zerwała. Choć pęknięte serce leczyła przez rok.
Mam jednak od niej zrzuty jego profilu z jednego z portali randkowych, gdzie „stojąc na skale czekał na wiatr”, a konkretnie na kolejne naiwne kobiety.
Z punktu widzenia procesowego- rzecz bezcenna.
Jego żona, a moja klientka w szoku, no cóż… a przecież wystarczy trafić na właściwego adwokata;-)
A ta historia dziś ma kolejną odsłonę- swego czasu poznałam M. z inną moją byłą klientką D. Dziewczyny się zaprzyjaźniły, ja też chodzę z nimi czasem na wino. D. poznała historię tej ponurej miłości, śmiałyśmy się z niej nie raz.
D. po ciężkim rozwodzie, dla rozrywki zalogowała się na jednym z portali randkowych. Zaledwie wczoraj.
Kto zgadnie, kto do niej dziś napisał i wysłał swoje zdjęcie?
Znowu była okazja do śmiechu i jednocześnie okazja do zebrania kolejnych dowodów w sprawie.
Facet w profilu wśród swoich cech podkreśla uczciwość. Szuka też uczciwej.
Ale już nie „stoi na skale czekając na wiatr”, tylko „samotnie płynie przez życie po wzburzonym oceanie”.

Li.


Pretensja.

Sierpień 27, 2014

Różne są potrzeby i tęsknoty blogera, u mnie na pierwszym miejscu jest potrzeba wymiany myśli, czasem tylko pozdrowień, czasem tylko pocałunków, ale jak tu coś wymieniać, jak milczycie jak zaklęci.
Czy macie moi drodzy śluby milczenia?
Gdzie ten niegdysiejszy ruch w komentarzach?
Gdzie te dowcipy, lepieje, a nawet gdzie te hejty?
Nawet nienawidzieć mnie niektórzy przestali, a przynajmniej przestali dawać temu jakże miły komentarzowy wyraz.
(Z czego wniosek, że i za hejtem można zatęsknić, gdy obojętność zabija).
Ja jednak chcę jeszcze żyć, nakręcać się pozytywnie, czerpać garściami z cudzej mądrości,
dajcie mi szansę, bo więdnę jak nie podlewana sałata…
Jest tam kto?
(Statler ja wiem, że Ty jesteś zawsze:)
Li.


Środa urody doda. Albo i nie.

Sierpień 27, 2014

W ostatnich tygodniach stłukłam trzy z czterech najbardziej ulubionych kawowych kubków. Został tylko ten z anielskim skrzydełkiem, ale chwilowo uziemiony w czeluściach zmywarki, wymusił zrobienie kawy w kubku zupełnie do kawy nie pasującym.
Czuję ten dysonans, a obniżone poczucie przyjemności rodzi od rana „łogólną niescęśliwość”. Wszak miałam rzucić się w wir życia, sama w domu i w wielkim mieście, a tymczasem oddaję się li i jedynie pracy, z krótkim przerwami na sprzątanie kocich kudłów. Idealne życie czterdziestoparolatki, zaprawdę powiadam Wam-satysfakcja z wyniku sprzątania szczytuje z rozkoszy.
(Ech, dziś środa-a środa urody doda.
Zrobię sobie zaraz maseczkę, wypiję drugą kawę, wyjdę na spacer z psem i postaram się nie zepsuć sobie tego dnia).

Wczoraj wpadł do mnie przyjaciel, który postanowił zmienić swoje życie.
Rzuca pracę i zakłada francuską boulangerie.
Będzie samodzielnie piekł i zapiekał,
robił kanapki, pasty i przetwory,
jest pełen entuzjazmu,
to jest jego Portugalia.
Zazdroszczę mu, ja na te dreszcze emocji, nieprzewidywalność
i budowanie nowego muszę jeszcze trochę poczekać.

Miłego dla Was!
Li.


Mgnienie wakacji.

Sierpień 25, 2014

Od środy do niedzieli zrobiłam 1700 km i dziś wyraźnie to czuję,
bo dopadło mnie zmęczenie podszyte pewnością,
że nie mam już przed sobą wakacyjnych perspektyw.
A ciało by chciało.
Ale było cudnie, koszmarna była tylko droga powrotna.

Wstałam rano, w kompletnej rozsypce,
w nocy Gusia przyleciała z Barcelony,
za parę godzin znowu muszę byc na lotnisku,
bo dziewczyny lecą na tydzień do Turcji na tzw. wakacje z tatą,
ale bez taty.
Tata zapłacił, ale nie leci z nimi, bo nie może przebywać na słońcu.
Jest to absolutnie zrozumiałe i nikt zupełnie nie ma do niego żalu.
Wprawdzie przebywa obecnie w Chorwacji,
ale przecież powszechnie wiadomo,
że w Chorwacji słońce w ogóle nie świeci.

Kleparz zawalony astrami wysyła wyraźny komunikat o końcu lata.
Straciłam w tym roku to lato bezpowrotnie,
czeka mnie więc ciężka jesień i zima,
zaczynam już nosić w sobie smutek,
a aborcja nie wchodzi w grę.

Ciężko, ciężko mi,
ale wciąż się upieram, że to nie depresja.
To tylko lata brak.

Li.


Poszukaj kota!

Sierpień 19, 2014

Ludzie kochani, kto z Wrocławia, niech zaglądnie tutaj
i niech choć udostępni na fb apel Gosi o zaginięciu ukochanego kota.
W takich przypadkach internet jest siłą nie do pokonania!
Znam tę bezsilność i żałość ogarniającą człowieka,
gdy jego kot nie wraca do domu
i gdy nie ma pewności, że nie dzieje mu się krzywda.
Masza dwa razy zwiała, za każdym razem wracała,
ale za każdym razem były to dla mnie
trudne tygodnie z coraz bardziej gasnącą nadzieją.
Gdy jest się odpowiedzialnym za tego, kogo się kocha i kogo się oswoiło,
to „każdy dzień bez niego to męka”.
Proszę, pomóżcie.
Li.


Między, a między, tuż przed wyjazdem.

Sierpień 19, 2014

Zrobiłam sobie wakacje i oddaję się przyjemnościom.
W niedzielę do Krakowa przyjechał statler,
ten człowiek swoim poczuciem humoru wbija mnie w ziemię,
bo padam nań zwijając się ze śmiechu.
Dziś niestety wyjeżdża, nad czym niezmiernie boleję,
bo jest jak plaster pełen ukojenia na zło mego świata.
(Dopuściłam go do wielkiej tajemnicy
i zabrałam ze sobą do kosmetyczki,
był pod wrażeniem, oj był… haha…).
Ale jutro już będę otrzepywać się z piasku na bałtyckiej plaży,
na końcu Mierzei Wiślanej, tuż pod rosyjską granicą,
szumiące, huczące morze, mało ludzi, Karolcia z Danielem,
przyjaciółka aurora, suka Kara i święty spokój,
to zestaw nie do odparcia!
Plan jest taki: rano śmigamy do Kielc,
gdzie niemiły sędzia nie chciał mi odroczyć rozprawy,
a przemiły klient nie zgodził się na substytuta-
powinno mi to pochlebiać, ale jakoś w obliczu opóźnionego wyjazdu
li i jedynie wścieka!
Trudno, piasek będę wytrzepywać od jutrzejszego wieczoru do sobotniego popołudnia,
bo z kolei w niedzielę o siódmej rano musimy być na lotnisku w Krakowie,
celem odstawienia Daniela na samolot.
Będą to intensywne cztery dni, na które bardzo się cieszę.
I nie dam ich sobie zepsuć!
Młodsza z Hiszpanii śle czułe słówka,
wraca w nocy z niedzieli na poniedziałek,
a po dwunastu godzinach leci z Karolcią do Turcji,
znowu będę mieć cały wolny od domowników tydzień,
może ktoś do mnie wpadnie?
Niezmiennie zapraszam,
Li.


Czasem słońce, czasem deszcz.

Sierpień 8, 2014

Tygodniowe perpetuum mobile dobrnęło do kolejnego piątku.
(Znowu umknął mi ten tydzień rozpięty na rozlicznych sznurkach,
tak trudnych do utrzymania).
Niewiele z niego pamiętam
(nie piszę, ergo zapominam).
Stłukłam ukochany kubek, w koty,
dostałam go pięć lat temu od wyjątkowego człowieka.
Widocznie kubek uznał, że też musi odejść.
Dbałam o niego, chuchałam, nikomu innemu nie pozwalałam używać
i sama go zabiłam.
Zbierałam skorupy i płakałam,
choć śmierć kubka była li i jedynie wygodnym pretekstem,
do wylania z siebie łez rozpaczy,
których ciągle za dużo we mnie, za dużo.
Złości mnie to, bo jak wirus w komputerze,
tak ta życiowa rozpacz infekuje mnie od środka,
co ją zwalczę, to wraca uzbrojona w nowe zęby,
kąsa mnie w najbardziej wrażliwe miejsca, w mięciutki, odsłonięty brzuszek skorpiona,
osłabia i wystawia na żer beznadziejnych myśli.

Dobrze, że Karolcia z Dannym wróciła już do domu,
w sobotę z Londynu wraca Gusia,
przez kilka dni znowu będzie zwykły, domowy rozgardiasz,
potem Guśka leci do Barcelony,
a my jedziemy nad Bałtyk.
Połażę brzegiem morza, popatrzę na mewy, poleżę w piachu i będę szczęśliwa.
To mój program antywirusowy, skuteczny, ratujący mnie od zawsze,
Bałtyk ma moc, zawsze na mnie dobrze działał,
muszę zwyczajnie i beztrosko odpocząć,
bo ja wcale nie jestem siłaczką,
jestem beznadziejną babą,
której los coś tam kiedyś ułatwił, coś pomógł,
coś nieba przychylił,
ale teraz żąda za to zapłaty i to z lichwiarskimi odsetkami.
(A dziś byłam u fryzjera i mam we włosach blond refleksy,
to dopiero jest nowe doświadczenie, haha!).

I nie pocieszać mnie!
Ja tylko chcę być zrozumiana.
Wiem, wiem… to dopiero jest trudne:D
Li.


Nie dać się i nie marudzić, w piątek jakoś to łatwiej wychodzi.

Sierpień 1, 2014

Mimo chęci nie jestem w stanie pisać codziennie i umyka mi wiele zdarzeń, które nie zdążyły napisać się wspomnieniami, bo już o nich zapomniałam.
Wieczory spędzam na skype gadając z moimi dziewczynami, spragniona nowych opowieści (to się nazywa matka-kwoka, czy jakoś tak).
W nawale spraw tracę też poczucie rzeczywistości, bo jak inaczej można nazwać moje wczorajsze półgodzinne błąkanie się
w poszukiwaniu zaparkowanego auta, gdy przedwczoraj dałam je Karolci i Danielowi na ich wyprawę? (Brno-Wiedeń-Bratysława).
Zanim dotarła do mnie ta oczywista oczywistość, przeszłam coraz bardziej nerwowo przez okoliczne ulice,
w panice potem wzywając taksówkę, mocno już spóźniona.
(Chciałabym zepsuć przełącznik na tryb automatyczny, bo wyłącza mi on rozum i zmysły, generuje bezmyślność!)
Piję kawę i głaszczę Bobcia, który ma codzienny poranny przypływ wielkiej miłości,
klawiatura tonie więc w jego białej sierści i wirując w powietrzu wpada mi do kubka.
Po wczorajszej burzy umyło się od smogu powietrze,
a ja mam zamiar być dziś w dobrym humorze, piątek oblige!
Li.


Noc jest najpiękniejszą porą dnia.

Lipiec 27, 2014

Biegłam od wtorku i zatrzymałam się dopiero dziś w nocy,
gwałtownie wpadłszy na konieczność
przygotowania Gusi na wyjazd do Londynu.
Znowu zostanę sama- Guśka na dwa tygodnie jedzie na obóz,
a Karolcia z Danielem na kilka dni do Brna.
(Nie mogę otwarcie cieszyć się z perspektywy domowego spokoju,
bez narażenia się na poważny zarzut braku matczynej miłości).

Nade mną noc wysyła światełka z nieba na ziemię,
pachnie wcale nie Krakowem,
jest chłodniej, koty wyległy na taras,
pogrążone niby we śnie,
szparkami oczu uważnie śledzą nierozsądną ćmę,
obijającą się o płonące lampiony.
(Wróżę jej tragiczną śmierć).

Tkwię w tej najpiękniejszej porze dnia,
wcale nie chętna do snu,
druga godzina doby dawno uśpiła miejskie tramwaje,
teraz grasuje polewaczka
i umyta ulica przygotowuje się do ciszy nocnej.
(Bo i w centrum miasta przychodzi taka godzina,
że auta jadą spać).
Li.


Wtorek-potworek.

Lipiec 22, 2014

Złamana kolejnym upalnym dniem
czuję się jak ofiara wielodniowych tortur.
Boli mnie głowa tym bólem nie do opanowania
-ćmiąco-pulsującym,
demolującym jakąkolwiek możliwość twórczej pracy.
Siedzę przy laptopie,
z nadzieją sączę kolejną kawę,
która przecież zawsze relaksuje mnie od środka,
ale najwyraźniej nie tym razem.
Czekam więc na burzowy deszcz, na zmianę ciśnienia
i na zapach ozonu o poranku.

Czy gdzieś jest lepiej?
Piszcie do mnie ozięble,
może zrobi mi się chłodniej!
Li.


Chcę umierać z głodu!

Lipiec 21, 2014

Gdybym miała jednym słowem określić trwający we mnie od dłuższego czasu stan ducha i umysłu,
byłoby to słowo „odzwyczajanie się”.
Odzwyczajam się od pewnych przywyczajeń,
od zasiedziałych myśli, od pewnych ludzi i od utartych rytuałów.
Odzwyczajam się też od siebie,
bo przyzwyczajenie do siebie jest jak tolerowanie
uciążliwie skrzypiącej deski w podłodze domu
- wiesz, że skrzypi ta właśnie deska, ale tolerujesz ją z przyzwyczajenia.
Chcę odzwyczaić się od skrzypiących desek,
chcę każdą z nich wymienić na nową,
może ta cisza pod stopami wzbudzi nareszcie jakąś ekscytację,
może pomoże wyzwolić się chęci do działania,
wiem że ta chęć we mnie jest,
tylko tak trudno ją znaleźć ukrytą w zakamarkach
- może być i w małym paluszku prawej nogi,
mogła skryć się w czułym miejscu za uchem,
a może rezyduje w jednej z moich piersi?
Brakuje mi chęci do życia, mniej się uśmiecham.

Niedawno jednak… coś… ktoś…może los…a może mój instynkt?
Niedawno poczułam głód zmiany.
Nie, nie pójdę kupić sobie nowych butów,
bo odzwyczajam się od posiadania ich nadmiernej ilości.
Nie kupię też nowej torebki,
mam conajmniej pięć takich, których jeszcze nigdy nie nosiłam.
Nie kupię też nowych perfum, bo mam ich zapas na pachnący rok.
Nie chcę zagłuszyć tego wytęsknionego głodu
nowym,
a niepotrzebnym mi zakupem.
Zacisnę zęby i pogłoduję tak długo,
aż odzwyczaję się od poprawiania sobie nastroju erzacem,
chwilową przyjemnością…
Chcę, bardzo chcę poczuć wyczerpanie z głodu nowych wrażeń,
zmian i nieoczekiwanych zwrotów akcji.
I wtedy znowu będzie smakować mi życie!

Odzwyczaić się od tego co było, nie przyzwyczaić do teraźniejszości,
szansę na trwalszy związek ze mną dać tylko przyszłości.
Taką mam mantrę na teraz.
Li.
PS. Ta notka to moje słowa z bloga sprzed pięciu lat.
Tak wiele się zmieniło,
nasyciłam się przez te lata budową domu i wrażeniami, przetrawiłam,
a teraz znowu czuję głód
i tylko patrzę, w co wbić (jeszcze) moje zęby!


Mobilizuję się ze wszystkich (bez)sił.

Lipiec 21, 2014

Śniłam o pomarańczowych gajach i figach prosto z drzewa,
widziałam siebie na lokalnym targu i w winiarni,
na razie wystarczy.
Sprawy będą dziać się mimo,
teraz mierzę się z poniedziałkowo skrzeczącą rzeczywistością.
Upał zaczyna wyciągać swoje lepkie macki,
pranie schnie na tarasie, zanim zdążę wypić kawę,
a koty leżą w bezruchu,
nie rusza ich z miejsca nawet szelest worka z karmą.
(Mobilizacja do pracy wymaga specjalnych środków,
napisanie notki jest jednym z nich).

Jestem od pewnego czasu w nieznanym mi dotąd
stanie zawieszenia pomiędzy światami,
ziemi dotykam koniuszkiem dużego palca,
reszta buja w obłokach.
Dzięki wyobraźni mam ochotę jeszcze wstawać z łóżka,
bo skoro potrafię sobie coś wyobrazić,
to znaczy, że tak może być.
Przecież nie można wyobrażać sobie rzeczy i spraw nieistniejących,
bo nie sposób wyobrazić sobie czegoś, co nie istnieje!
Miłego dla Was!
Li.


Kilka wieczornych telefonów i…?

Lipiec 20, 2014

Są dni w których ilość ludzkiego nieszczęścia
wpływa mi w uszy jak dopływy do rzeki w czasie powodzi,
a ja niczym ten zbiornik retencyjny muszę to wytrzymać.
Przeciekam więc małymi strumykami zdań na swoim blogu,
całą resztę trzymam w ryzach i nie pozwalam się zatruć.
Trudno jednak udawać, że nie dotyka, skoro dotyczy kogoś lubianego
i wlewa się szerokim strumieniem żalu, poczucia samotności i rozczarowań,
kłębi się, wiruje,
niesie szlam i połamane konary oczekiwań.
(Najważniejsze to nie zgorzknieć, nie zgorzknieć!).
Staram się wysłuchać, czasem nawet coś poradzić, wytłumaczyć,
zabić śmiechem, pocieszyć, pomilczeć…
ale ze mnie też się wylewa, bo ja też nie rozumiem tego świata.
Ani ludzi.
Nic już nie jest oczywiste, białe wcale nie jest białe,
tylko jednym z miliona odcieni bieli,
czarne też już nie jest tylko czarne,
bo może być absolutnie czarną materią,
tak czarną, że jej nie widać.
Chcę dążyć do prostoty,
ale prowadzi do niej skomplikowany system dojazdów,
dochodzeń, dojść, przejść i kombinacji.
Wiem, że mało kto wierzy, że zrobię rewolucję w swoim życiu,
Ale przecież moja córka miała w sobie tę odwagę, pojechała do Szkocji,
w ciemno, bez nikogo znajomego i dała sobie radę,
spełnia swoje marzenie.
(A ma przecież część genów po mnie).

Nieznośna lekkość bytu leży na mnie swoim ciężarem i zabiera powietrze.
Nie chcę tak żyć, nie chcę tak żyć,
nie muszę być prawnikiem w Polsce,
mogę być gospodynią w Portugalii
i już wiem, gdzie będę szczęśliwsza.
Niewiele mam czasu,
w najlepszym wypadku mam za sobą połowę życia,
najgorszego nie biorę pod uwagę,
więc do roboty!
Intensyfikuję wysiłki w celu sprzedania mieszkania,
uczę się portugalskiego,
szukam…
Tak, zdecydowanie szukania mi trzeba.
Li.


Marzenia=Plan

Lipiec 20, 2014

A tu będę kupować owoce i warzywa!

Wierzę w powodzenie mojego pomysłu, bo wiem, że mnie to uszczęśliwi.
Chcę być szczęśliwa, chcę żyć tak jak chcę,
nie chcę być dłużej niewolnikiem pozornie wolnego zawodu,
nie chcę też żyć w kraju Korwina,
Kaczyńskiego, Ziobry, Gowina i katotalibanu,
nie chcę być rozdarta przy każdych wyborach,
nie chcę się rozczarowywać,
nie chcę wybierać mniejszego zła,
chcę być wolnym człowiekiem,
chcę się odseparować, zamieszkać w swoim świecie,
żyć z zgodnie z naturą,
czuć wiatr przesycony morską solą,
iść na spacer z psami i mieć wokół siebie przestrzeń,
przeżyłam kawał życia,
ale i przed sobą mam wiele lat,
wierzę, że dobrych, lepszych,
że wszystko co najgorsze jest już za mną,
małżeńska beznadzieja, choroby i odejście bliskich,
zaklinam los, proszę, błagam,
więcej złego nie udźwignę,
chcę teraz tylko żyć,
a nie wegetować ze stresem w tle.
Znalazłam już nauczyciela portugalskiego,
a na wiosnę lecimy z aurorą do Lizbony,
rozejrzeć się i powąchać powietrze.
Kto leci z nami?
:)
Li.


Nie moje słowa, ale moje myśli!

Lipiec 20, 2014

Robert napisał tak:
„… Wierzę, że tak jest, jeśli potrafimy choćby na krótką chwilę odrzeć rzeczywistość z brudów, które służą jedynie utrzymaniu się w bieżącym kursie cywilizacji. Wyrzec się rzeczy, za posiadanie których płacimy bardzo wysoką cenę. Zrezygnować z udziału, i tak najczęściej biernego, w tych publicznych wydarzeniach, którymi wewnętrznie gardzimy, a które przyciągają uwagę i aktywność jak czarna dziura, dając w zamian jedynie stres i gorycz. Jeśli nawet nie zrezygnować i wyrzec się, to przynajmniej zapomnieć o tym, zrobić sobie urlop i zdziecinnieć, wrócić do korzeni, do tego, co najistotniejsze, mimo że codzienność próbuje odciąć nas od tego, zarzucając nieprzejrzysty całun i tworząc z nas żywe trupy funkcjonujące na automatycznym pilocie. Droga z pewnością sprzyja takiej świeżości, więc warto na nią wstępować. I nie trzeba do tego przemierzać tysięcy kilometrów. Wystarczy chcieć wstać i wyjść. Tylko „wyjść” oznacza WYJŚĆ. Wywiesić tabliczkę „Nie ma mnie! Nie wiem, czy i kiedy wrócę”, nawet jeśli jest to oczywiste, że niedługo wrócimy, bo musimy z wielu powodów. Jeśli to się uda, zaczynają się zwykłe, proste cuda! Nasi kuzyni ze świata flory i fauny zaczynają przemawiać prostym i zrozumiałym językiem, który tworzy z nas jedną rodzinę, gdzie człowiek jest jedynie infinitezymalnym zjawiskiem, młodszym kuzynem, chętnym do wysłuchania, o co tu właściwie idzie. Zaczyna gapić się w miejsca, w których, wydawałoby się, niewiele się dzieje. Słucha prostych dźwięków, odkrywając w nich muzykę świata. Miałem takie chwile, tutaj na Hokkaido, szczególnie w ostatnich dniach. Był to absolutny stan zen, po który warto było przećwiczyć tę drogę. Wyobrażam sobie, że w takim stanie nawet obserwacja tańczącego w podmuchach wiatru plastikowego worka może być przeżyciem nie mniejszym od doskonałego baletu.

Piękno natury jest tutaj z pewnością na pierwszym miejscu, ale okazuje się, że również ludzie, odarci z brudnej codzienności, choćby to wrażenie po części było skutkiem bariery językowej, dzięki której nie słyszy się tego, co mają do powiedzenia o jakimś tam kolejnym polityku, nieważne – stają się piękniejsi. Biorą do rąk aparaty, malują, obserwują, słuchają. Otwierają się im oczy i uszy na to, co ginie w zgiełku ich miast. Przez ostatnie dwa wieczory na kempingu Arten w Tomakomai przed snem, który dopadał mnie około 21., mój sąsiad, oddalony o dobre 100 m, wyciągał wiolonczelę i grał cudowne, proste pasaże do podkładu, który cicho puszczał z odtwarzacza. Nie był wirtuozem, dźwięki były chrapliwe i fałszujące, a mimo to słuchałem ich jak najwspanialszej symfonii. Do tak pięknej muzyki jeszcze nie zasypiałem…”

Robert trafił prosto w moje pragnienia, aż mnie zatyka od niewypowiedzianych,
a tłoczących się w kolejkach myśli słów.
Tak, właśnie TAK!

(Robert jest mężem Gosi, obydwoje tworzą świetną, ciepłą, piekną parę,
którą miałam przyjemność poznać.
Od Gosi mam mojego Bolka-kota nad kotami).

Będę mieszkać w Portugalii, ja Wam pokażę!

Li.

 


Dokonam tego!

Lipiec 19, 2014

Anita pogrążona w smutnych myślach
pije wino w Toskanii,
przybędzie niebawem, ale nie w ten weekend.
Niespodziewanie więc zostałyśmy tylko we dwie-ja i moje ego.
Same w domu!
Nie ma dzieci, nie ma psa,
koty położone upałem ani drgną,
mogę oddać się wszelkim nieulubionym, acz koniecznym czynnościom.
Sprzątam więc bez specjalnego zapału,
za to niezwykle dokładnie,
znajdując dzięki temu pod kanapą kilka zagubionych japonek.
Muzyka bez problemu biega między piętrami,
kawa stygnie w różowym kubku, mija kolejny dzień lata.

A mnie się marzy…
Marzy mi się emigracja,
chcę kiedyś zamieszkać w Portugalii,
na samym końcu Europy, w domu z widokiem na ocean.
Otworzę gościnny pensjonat i będę żyć inaczej niż teraz.
Pieszczę w sobie tę myśl, jest ciepła, piękna i twórcza.
Bo dlaczego nie?
Dlaczego nie miałabym tego dokonać?
Nie chcę mieć smutnej, szarej starości w Polsce,
bo nie jest kraj dla starych ludzi,
chcę mieć starość z fasonem,
najwyżej przehulam wszystko co mam,
będę wesołą staruszką,
bo dlaczego nie?
(Czy ktoś z Was zna portugalski?
Muszę zacząć się uczyć).
Mam przed sobą jeszcze kilka lat Gusi edukacji,
ale potem mogę zacząć rewolucję,
bo dlaczego nie?
Zrobiłam listę rzeczy, które najbardziej lubię robić,
a które mogę połączyć z pracą i zarabianiem pieniędzy
i wyszło mi, że lubię mieć gości, dbać o nich,
gotować, podawać kolację na tarasie,
tworzyć nastroje i klimaciki…
Bo dlaczego nie?
Dość mam już tego wyzysku mnie przez samą siebie,
dość tego braku czasu na odpoczynek,
na życie, na miłość,
tego odkładania życia na poźniej,
czyli na kiedy?
Li.

PS. Będę szukać wspólników!
Na razie chętny jest statler, ale to nic dziwnego, połączenie klimatów południa z obietnicą dobrego wina i widokiem na ocean ustawiło go w kolejce jako pierwszego! I to jako rezydenta, pożytek z niego będzie wyłącznie towarzyski.
Druga jest aurora, ona przynajmniej zajmie się stroną finansową,
bo ja i pieniądze, to sprawy wzajemnie się wykańczające:)


Nie znasz dnia, ani godziny.

Lipiec 18, 2014

Planujesz podróż, wsiadasz do samolotu, na rękach trzymasz niemowlę,
pełna wiary, że wylądujesz szczęśliwie,
bo dlaczego nie?,
lecisz korytarzem powietrznym nad europejskim krajem,
malezyjskie linie lotnicze mają wysokie rekomendacje,
zresztą niedawno tragicznie straciły samolot,
więc statystyka jest po Twojej stronie.
Cieszysz się na wakacje, albo na spotkanie z rodziną.
I tylko nie przewidziałaś,
że jakiś zamroczony alkoholem watażka
naciśnie guzik…
Trudno znaleźć słowa, straszne, straszne!
Li.


Kochanie, wróciłam!

Lipiec 17, 2014

Statler (a trzeba wiedzieć, że wielbię tego człowieka) powiedział mi, że nudzę.
Straciłam lekkość pisania, oryginalny styl i takie tam inne… raniące… prawdziwe…
Nawet obrazić się nie mogę, bo wiem że ma rację.
Tyle razy miałam podcięte skrzydła, że w końcu stałam się nielotem.
Ale wierzę, że wrócę do takiego pisania jak kiedyś.
I poszybuję!
Dlatego reaktywuję tego starego trupa, mojego bloga
i będę znowu pisać codziennie.
Bez konkretnego powodu,
powiedzmy, że dla przyjemności.
Swojej, a może trochę i cudzej, to nieważne.
Ważne, że znowu chcę pisać.
I może nareszcie opiszę pewną historię!
Li.


Rozliczenia ze statystyką.

Lipiec 17, 2014

Lubię czasem udać, że mnie nie ma dla świata,
emigruję do swojego środka i mam wtedy siebie tylko dla siebie.
Wyciszony telefon wścieka się od niewysłuchanych słów,
a ja całkiem spokojnie wypijam trzecią kawę,
piszę, poprawiam byle jak spięte włosy,
wyciągam nogi, zakończone czerwonym lakierem,
i czekam, aż rewolucyjny zapał
wywali moje wszystkie wewnętrzne opory przed radykalną zmianą!
Czekam tylko na ten wiatr.

W weekend przyjeżdża do mnie Anita, cieszę się na to spotkanie,
bo ta kobieta jest dla mnie inspiracją i wzorem.

Widzę, że straciłam bardzo wielu czytelników.
Część przez moje długie milczenie, część przez netowe podziały,
podzialiki, obozy, frakcje, plotki, pomówienia,
afery, awantury,
ja z tą, a nie z tą, ta jest be, a ta nie,
ech… to nie ma dla mnie znaczenia,
Ci co zawsze ze mną byli to są,
z tego się cieszę, bo pisząc dla siebie,
piszę do Was i mówię co mi w duszy nie gra
i nie jestem samotną wyspą, zalewaną przez
obojętne wody oceanu.

Naprawdę nie mam depresji.
Jestem tylko mądrzejsza, uważniejsza i bardziej świadoma,
a z tego rodzą się podbite smutkiem refleksje,
ale też mniej już kategorycznie oceniam,
przyjmuję sprawy i ludzi takimi jakimi są,
sama starając się być dobrym człowiekiem.
A czy będę szczęśliwa?
Mam swoje małe radości,
widocznie to jest moje szczęście,
ułożone z okruchów i pyłków.
Nic wielkiego, nic stałego,
ot, taki czasowy stan umysłu.
Miłego dla Was!
Li.


A były to tylko ogonki czereśni!

Lipiec 16, 2014

Zepsuła mi się zmywarka, a zmywać ręcznie nie lubię, oj nie lubię.
Zadzwoniłam do serwisu, a tam miła pani zapytała,
czy nie spróbuję naprawić jej sama!
Ja? Zmywarkę?
-Ależ proszę pani, ja jestem mistrzem psucia- wszystkiego!
-Da pani sobie radę, na naszej stronie jest filmik poglądowy.
-Nie, wolę zapłacić monterowi, nie dam rady!
Ustaliłyśmy więc wizytę na 22-go lipca, był to najbliższy możliwy termin.
Perspektywa recznego mycia garów ruszyła mnie jednak
z posad delegowania czynności i…
… i jednak weszłam na stronę, obejrzałam filmik i …
… i wyciągnęłam kosze, filtr,
pozbyłam się wody za pomocą tamponów z ręczników kuchennych,
(tak na pewno zrobiłby MacGyver),
dostałam się do pompy, oczyściłam ją z ogonków czereśni,
włączyłam i cieszę się szumem wody.
Jestem z siebie dumna.
Tak, najgorsze są ograniczenia narzucone samej sobie.
(Zrobię sobie listę spraw do naprawienia,
może jeszcze COŚ uda się uratować).

Fajne były ostatnie dni.
Weekend pełen gości, kolacje na tarasie,
świece, wino i dużo śmiechu.
Spotkałam się z Gosią-czytelniczką z Dublina,
była ze swoją przyjaciółką z Jamajki,
trzy przemiłe spotkania bez żadnych barier,
ciekawie jest przeglądać się w oczach kogoś,
kto zna mnie tylko z liter.

I uwaga, proszę się o mnie nie martwić,
wszystko jest jak zwykle w najlepszym nieporządku,
życie zabiera mi całe życie,
nie zostawiając czasu na pisanie.

Zmieniam priorytety, a to jest czasochłonne.
Same przestawianie w głowie zabiera godziny myśli.

Rozpaczliwie szukam sposobu na samouszczęśliwienie.
Jutro w samo południe będę leżeć pod kojącymi dłońmi kosmetyczki,
wieczorem idę na romantyczną kolację,
a w weekend znowu będę mieć gości.

Nie można dopuścić do uczucia, że
wszystko przepadło i nic już nie warto.
Warto, warto, warto,
nawet gdy jest tak, jak nie miało być
warto czekać, szukać i walczyć,
sama jestem tego najlepszym przykładem.
Szkoda tylko, że siebie jakoś nie umiem
docenić.
Li.

A tu nasze własne yin i yang:)
Processed with VSCOcam with f2 preset


Wyznania życiowej niedojdy.

Czerwiec 30, 2014

Dławi mnie od niezgody na świat.
Czy tak zaczyna się depresja?
Wyłączyłam tv, nie czytam serwisów,
odcinam się od zalewu beznadziejnie złych wiadomości,
odcinam się od toksycznych kontaktów,
a jednak ta moja wrażliwość coraz mocniej mnie boli.
Nie umiem się otorbić, zamknąć w kokonie,
albo chociaż otoczyć wysokim murem.
Posadziłam rachityczny żywopłot, ale on mnie nie nie chroni,
każdy/każda/każde przekracza go bez trudu, wchodzi bez pukania
i rani.
Podobno jestem silną kobietą.
Wyrzuciłam niewiernego męża, wybudowałam dom.
Silne kobiety nie skarżą się, idą do przodu, realizują cele,
mają na wszystko czas, są świetnie zorganizowane,
mają nienaganny manicure i ani jednego włosa na łydce.
Więc to nie ja.
Bo mnie chce się płakać i z trudem opanowuję łzy,
z trudem mrużę oczy w uśmiechu,
z trudem maluję rzęsy,
z trudem witam dzień powstaniem,
mam tak cholernie wszystkiego dość!
(A jednak publicznie nie pozwalam sobie na chwilę słabości,
poza jęczeniem na swoim własnym blogu.
Udaję, udaję, udaję.
Słabo-silna jestem, za mało by żyć, za dużo by umrzeć).
I jeszcze ten deszcz!
Li.


Przelotem.

Czerwiec 27, 2014

Nie pisałam ponad dwa miesiące, myślałam że nikt mnie już nie czyta,
że nie czeka, nie tęskni, nie kocha…:)
Statystyki szaleją, a ja zachodzę w głowę, skąd wiecie, że znowu jestem?
Przeciągam się leniwie, 
rozciągam cudownie zmaltretowane wczorajszą siłownią ciało,
całkiem spokojnie wypijam druga kawę,
dziś niewiele muszę,
ale chcę.
Jest jakby lepiej, widocznie żmija mija.
Li.

 


W złe dni nie piszę. Ale dziś nie mam złego dnia:)

Czerwiec 26, 2014

Dojechałam i wróciłam, czyli zgodnie z zakładem pech się odwrócił.
(Szukam znaków od Losu, że patrzy na mnie przychylniejszym okiem).
Nie, nie mam depresji, szczęśliwie nie leży w mojej naturze,
ale mam złe dni.
Złe, naprawdę złe.
Walczę z tym złem, to wyczerpująca krucjata,
własna wojna krzyżowa w obronie wiary
w szczęśliwe jutro i pogodę życia.
Czasem nie chce mi się wstać z łóżka, ale wstaję.
Dzieci, pies, koty- rano zawsze można liczyć na to,
że ktoś coś ode mnie będzie chciał.
Nie posadziłam jeszcze niczego na tarasie,
smętnie powiewa na wietrze naddarty wichurami namiot,
samosiejki szaleją, wprowadzając w donicach element dzikości,
nie wypiłam tam jeszcze ani jednej porannej kawy.
A tu już lipiec!
W zmartwieniach i lękach czas szybciej płynie,
tak jakby chciał mieć za sobą te złe dni,
bo przecież wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Trzymam się, kurczowo trzymam się tkwiącego wciąż we mnie przekonania,
że życie jest piękne. I ja też jestem piękna*.
O!
Li.
* kto nie wierzy, ten trąba!


Nieprzewidywalność środy.

Czerwiec 25, 2014

Śpię i śnię, a sny przekornie ciągle mam piękne.
Równoważą trudy dnia.
Z trudem witam poranek powstaniem,
boleśnie uderzona w uszy drażniącym sygnałem elektronicznego prześladowcy
(czy można nienawidzić kawałek plastiku z drucikami? Można).
Tak jest, proszę Losu, muszę jechać do Kielc,
bo ktoś kto miał jechać-jechać nie może. Zachorował.
Mam rozprutą zapasową oponę,
jestem na trzech letnich i jednej zimowej,
mam do tego przeczucie,
że szanowny Pan Murphy zaciera swoje łapy
i dorwie mnie gwoździem wbitym prosto w koło
może gdzieś za Jędrzejowem.
(W każdym razie daleko od domu).
Robię zakład sama ze sobą-
uda się, czy się nie uda?
Jak się uda, to znaczy, że pech się ode mnie odwraca,
jak się nie uda,
to będzie najjaskrawszy dowód na to,
że nigdy, ale to nigdy nie można nie mieć koła w zapasie.
(A w ogóle, to jest mi cholernie źle,
ale kogo to obchodzi?)

Jestem chora z powodu braku radości.
Szukam leku, bo słabnę i coraz częściej chce mi się tylko spać.
Li.


Przytul, przytul się.

Czerwiec 24, 2014

Dziś jest Dzień Przytulania z obowiązkiem obchodzenia!
Przytulam się więc mocno sama do siebie,
trzymam się mocno w swoich własnych ramionach,
czerpię z nich siłę
i… i będzie dobrze, bo nie może być inaczej.
Samoprzytulanie się jest czasem
jedynym samoratunkiem.
Ech…
Li.
PS. Tulić się do siebie! Szybko! Migusiem!


Mam świetną historię do opisania, może opiszę ją jutro?

Kwiecień 24, 2014

Postanowiłam napisać notkę
i w tym celu poczyniłam szereg czynności-otworzyłam laptopa, zrobiłam sobie kawę…
Mleczna pianka powoli opada na dno kubka,
a ja z miliona myśli nie jestem w stanie wyłuskać tej jednej- najlepszej na czwartek.
Ale czy muszę ją wyłuskiwać? Nie muszę!
I wesoła tego świadomość potowarzyszy mi dziś do końca dnia.

Wczoraj i tak płakałam, Młodsza też płakała,
stałyśmy w lotniskowym tłumie
objęte jak dwie sierotki,
łzawo patrząc na odprawiającą się Karolcię.
Płakałabym pewnie długo i zupełnie nieracjonalnie,
gdyby Guśka nie otarła swych łez,
nie wyprostowała się na całe swoje metr osiemdziesiąt
i nie rzekła spiżowym wręcz głosem:
„Masz jeszcze jedno dziecko, matko”.
O matko, myślałam że padnę z wrażenia.
No i ze śmiechu!
Li.
PS. Przeczytajcie to:

http://wyborcza.pl/duzyformat/1,137923,15840622,Glupia_sprawa.html#CukGW


Kurczę, skąd nagle we mnie tyle łagodności? :)

Kwiecień 22, 2014

 

Karolcia leci jutro rano, ale rozpaczam umiarkowanie- za dwa miesiące będą wakacje.
Z pewnością też zdążymy się przez nie sto razy pokłócić do ostatniej kropli wspólnej krwi.
A potem pogodzić, bo w tej rodzinie kobiety bardzo się kochają,
ale mają temperament,
w ciężkich słowach
nie znający ni granic kordonów.
Cieszę się, że ona się cieszy-wraca do świata, który kocha.
Znowu będzie na via skype słodko tęskniąca, przytulnie przylepna,
będziemy sobie gadać o niczym,
a czas zrobi swoje.

Uwielbiam tę piosenkę, dziś niech będzie z dedykacją-
dla Ciebie Nemo, życie jest takie jedno,
nasze dzieci są wyjątkowe,
a wybaczenie i pokora dla losu
są oznaką radości z życia,
a nie nędznej wegetacji,
jak nie przymierzając w ciemnym kącie stajni,
z wiecznym grymasem i niechęcią do świata.
Otwórz okno Nemo i ciesz się,
ciesz się!
Li.
PS. I skoro już mnie tak namiętnie czytasz,
to może zaczniesz pisać komentarze?
Nareszcie pogadamy.


Droga do nowych narodzin była długa, droga i kręta. Jeszcze nie doszłam do jej końca, ale już wiem, gdzie iść.

Kwiecień 21, 2014

Trudno uwolnić się od przeszłości,
a przecież dopiero wolność od niej, daje wolność w teraźniejszości.
Miałam nadzieję, że jestem już wolna,
a to była tylko przerwa w wykonywaniu kary złego życiowego wyboru.
Ile jeszcze będzie mnie to dotykać?
Ile jeszcze smutków i przykrości?

Siedzę na tarasie i widzę wiosnę.

A w Wenecji widziałam mocno posuniętego w latach staruszka,
wielkim kluczem długo otwierał piękną, kutą, pełną bramę.
Potem mozolnie w nią wchodził, nieświadomy ciekawskiej kobiety za plecami.
Uroda dziedzińca i palazzo zaparła mi dech.
Alberto mówił mi, że Wenecja na wodzie to starsi ludzie,
mieszkają samotnie w swoich pięknych domach,
umierają pilnując rodowych majątków,
będąc często ostatnimi.

Mam w głowie wyraźnie zarysowany plan,
broniłam się przed tym, broniłam,
ale teraz intensyfikuję swoje działania
w kierunku sprzedaży mieszkania,
lepiej żyć, niż mieć,
zaprawdę powiadam Wam.
Zabezpieczę dzieci i zostanę hulaką.
Posiadanie dóbr materialnych
nie daje niczego więcej poza sytym, acz pustym zadowoleniem
z „miecia i mania”.

Aga od Albiego powiedziała mi, że wie,
iż jej podłoga jest beznadziejna
i że powinna ją wymienić.
Oni jednak wolą jechać na wakacje.

Onegdaj wydałam na jedną lampę 4500 zł.
A tych kutych lamp mam sześć.

W listopadzie skończę 47 lat.
Przez większą część mojego dorosłego życia
byłam ogłupiała.
Biłam pokłony bogom konsumpcjonizmu.
Nienasyconym i codziennie innym.
Czas to zmienić.
Li.


Świąteczne zombie.

Kwiecień 21, 2014

Najchętniej napisałabym tak: Nemo to kompletny popapraniec.
Ale przecież odcięłam się od przeszłości,
spuszczając w toalecie wspomnienie kobiety-konia,
wykasowałam numer byłego męża,
na o niego pytania odpowiadam, że podobno umarł,
bo skoro dla mnie nie żyje,
to przecież dla mnie umarł.
A jednak Nemo jak zombie, powstaje z grobu i truje.
Zatruwa mi dzieci tekstem, że nie spędzi z nimi ani pół dnia Świąt,
bo „przyjechały do nich dzieci na Święta”.
Końskie dorosłe dzieci.
Zatruwa swoją matkę, bo nie przyjeżdża na świąteczne śniadanie.
Ani na obiad też.
Ale jej już nie żałuję, zbiera teraz co zasiała.
Żałuję moich dzieci, bo niczemu niewinne,
zbierają lanie za moje dawne przekonanie,
że właściwego człowieka wybrałam im na ojca.
(A tu taki popapraniec!)
Moja życiowa pomyłka stygmatyzuje życie moich dzieci.
Co mam im powiedzieć?
Że mają się nie przejmować?
Że faceci „tacy są”?
Że mają mnie?
Że los mu odpłaci pięknym za nadobne?
Nikomu źle nie życzę,
ale jemu źle życzę- a niech Cię koń kopnie,
Ty głupi Nemo,
za to jakim nie jesteś ojcem.
Starsza jest w Polsce od blisko trzech tygodni,
widział się z nią dwa razy, bardzo krótkie dwa razy.
Nic tylko całować w rękaw.
Z wdzięczności.
Li.


Dobrze, dobrze mi.

Kwiecień 19, 2014

Wystarczyło kilka dni bez telefonu
(cudownym zrządzeniem losu zapomniałam ładowarki),
by leżący we mnie głęboko spopielały feniks
narodził się na nowo.
Fruwa teraz z energią,
zamiatając gorejącym czerwonym ogonem
domowe kurze i życiowe problemy.
Jest mi dobrze i energetycznie.
Dzieci od wczoraj u babci po mieczu,
zostałam sama i bez auta,
ale za to z niezawodnymi przyjaciółmi,
zaraz po mnie przyjeżdżają
i do jutra dobrowolnie uwiężę się
na wsi pod Krakowem.
W szeroko zakreślonym planie
mamy głównie przyjemność.
Planuję też kolejny weekendowy wyjazd,
bo chyba znalazłam lekarstwo na swój stres,
z prostą recepturą:
kilka dni innego nieba, zapierające dech piękne widoki,
brak telefonu i miłe sercu osoby.
Wystarczą trzy dni, by odciążyć umysł
i znowu nabrać
wielkiej ochoty na życie.
Spokojnych Świąt,
Li.


Mało, mało mi.

Kwiecień 14, 2014

Processed with VSCOcam with m3 preset

Processed with VSCOcam with c1 preset

 

photo+2 (8)

Processed with VSCOcam with c1 preset

photo+1 (11)

Processed with VSCOcam with c1 preset

Processed with VSCOcam with c1 preset

Processed with VSCOcam with c1 preset

 

Wenecja.
Trzeba ją wziąć sposobem i unikać trasy turystycznej.
Wtedy uroda tego miasta zapiera dech!
Jutro wracamy do Krakowa, ech… mało, mało mi.
Ale i tak warto było wyrwać z życia tych kilka dni,
samouszczęśliwiłam się,
nasyciłam pięknem
i jakoś przetrwam do następnego wyjazdu.
Li.

PS. Wszystkie zdjęcia autorstwa Karoliny.


Odżyłam pod włoskim niebem!

Kwiecień 13, 2014

Dziś było jezioro Garda i Bardolino,
a wieczorem świetna kolacja z widokiem na weroński amfiteatr.
Wyłączyłam się z codziennego świata,
pochowałam telefon w katakumbach walizki,
wyładowany bezsilnie czeka na koniec moich włoskich wakacji.
Jutro rannym pociągiem jedziemy na cały dzień do Wenecji,
to będzie wisienka na torcie.
We wtorek wsiadamy do auta, oczywiście zapowiadam buńczucznie,
że będę prowadzić całą drogę,
ale pewnie skończy się
tak jak w piątek-po przejechaniu 250-ciu kilometrów zaczęłam zasypiać,
Karolcia przejęła auto
i dowiozła mnie śpiącą wprost pod dom Albiego i Agi.
Macie pojęcie?
Czechy, Austria, Włochy, po drodze tankowała… zrobiła w niezłym tempie 900 km,
dała sobie radę, z Guśką z przodu
i matką śpiącą z tyłu jak królewna.
Processed with VSCOcam with f2 presetProcessed with VSCOcam with g3 presetProcessed with VSCOcam with g3 presetProcessed with VSCOcam with c1 presetProcessed with VSCOcam with c1 presetPiękną mamy wiosnę tego roku!

Li.

 


Dolce vita od piątku do wtorku.

Kwiecień 13, 2014

photo+3 (3)Od dwóch dni jestem pod włoskim niebem,
razem z Karolcią i Gusią.
Zachwycona snuję się z nimi po Weronie
i wpadam bez opamiętania w dolce far niente.
Dwa lata temu obiecałam Gusi,
że jej piętnaste urodziny spędzimy w Weronie,
pod balkonem Julii i tak właśnie się stało!
(Choć przyznam, że dziecko boleśnie zderzyło się
z bajkowymi „Listami do Julii”,
a rozwrzeszczaną rzeczywistością).
Jutro pojedziemy do Wenecji,
a we wtorek wracamy do Polski.
Życie czasami bywa znośne, doprawdy powiadam Wam.
photo+1 (1)

Processed with VSCOcam with c1 preset

photo+4 (3)

 

 

photo+5 (4)

 

Guśka szczęśliwa i o to chodziło.

Li.